poniedziałek, 11 lipca 2016

Dlaczego przestałam pisać bloga.

Ci z Was, którzy jeszcze tu raz na jakiś czas zaglądają pewnie zauważyli, że przestałam pisać regularnie, a pojedyncze posty pojawiają się w dużych odstępach czasu. Dziś postanowiłam wyjaśnić skąd ta zmiana.

DLACZEGO BLOG?
Nie pamiętam dokładnie skąd wzięłam pomysł na prowadzenie bloga kosmetycznego ale popłynęłam na ogólnej fali popularności blogosfery. "Urodowe" tematy były moim konikiem, w międzyczasie rozpoczęłam szkołę wizażu i kosmetyki stały się dla mnie narzędziem pracy. Nie tylko te kolorowe, bo dość mocno zgłębiałam wizaż w ogóle, także w kontekście dbania o skórę i włosy. Po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że wiem już sporo i mogę się tą wiedzą dzielić z innymi. Coraz więcej osób pytało mnie o rekomendacje, widziałam zainteresowanie tym co robię a mój Mąż mocno mnie wspierał widząc, że zamienia się to w prawdziwą pasję. W pewnym momencie znałam większość kosmetyków na półkach, potrafiłam ocenić ich składy a nawet rozpoznawałam kolor lub nazwę szminki widząc makijaż w telewizji albo gazecie! :)

MAKIJAŻ PRZEDE WSZYSTKIM
W międzyczasie zostałam zawodową makijażystką. Ukończyłam szkołę i kilka kursów, obroniłam dyplom i zdałam państwowy egzamin czeladniczy, poznając ludzi, którzy do dziś umożliwiają mi rozwój w tej branży. Wielokrotnie myślałam o tym, że chciałabym aby blog był nie tyle kosmetyczny co makijażowy właśnie - chciałam iść w tym kierunku tak jak Dressed in mint, Katosu, Maxineczka czy wiele innych osób, które odniosły olbrzymi sukces zaczynając od bloga. Niestety mi się nie udało. Przede wszystkim dlatego, że nie maluję siebie, a innych. Pracuję dużo ale nie pamiętam lub nie mam możliwości zrobienia zdjęcia ze zgodą na publikację, o swoich selfie nawet nie wspominam. Choć przewinęły się przez moje ręce różne aparaty, kupiłam profesjonalne lustro z oświetleniem, nie pojęłam sztuki zrobienia sobie zdjęcia aby uchwycić makijaż w sposób, który by mnie satysfakcjonował. Zdjęcia na tle firanki, choć popularne w sieci, nie wchodziły w grę ;) Widziałam też po statystykach, że czytelnicy, którzy już się zgromadzili na mojej stronie, wolą wpisy o nieco innej tematyce a mnie wciąż ciągnęło bardziej do malowania niż zbierania pustych opakowań, które później fotografowałam do 'denka'.

DLACZEGO NIE ZOSTAŁAM PRO
W tym samym czasie obserwowałam jak rozwijają się dziewczyny, które zaczynały w podobnym czasie - rosły im statystyki, odsłony, piękniały witryny a do drzwi pukali kurierzy każdego dnia.  Zdjęcia stawały się coraz ostrzejsze, ładniejsze, aż wreszcie przypominały profesjonalne sesje produktowe w kolorowych pismach. Zaczęłam uczyć się obsługi aparatu, budowania kadru, wykorzystywania światła ale bez powodzenia. Czytałam "kominkowe" poradniki i słuchałam wykładów o tym jak z sukcesem prowadzić bloga ale brakowało mi czasu na codzienne wstawianie postów wysokiej jakości. Kiedy ci bardziej wytrwali zaczęli monetyzować swoje artykuły, ja zaczęłam odczuwać frustrację, że dziś znów nie udało mi się nic napisać, co przełoży się na statystyki (chociaż nigdy nie podpięłam analiticsa, czasem podglądałam dane z blogspota). Nie miałam poczucia, że robię coś dla słupków i wykresów, zwyczajnie cieszył mnie każdy komentarz pod treścią i nowy subskrybent ale gdzieś w środku miałam poczucie, że robię to źle. Nigdy nie myślałam o tym, żeby na blogu zarabiać, miałam inne, satysfakcjonujące źródło dochodu, którego nie chciałam zmieniać. Czułam jednak, że jestem gdzieś w ogonie kiedy nie odnalazłam się już w kolejnym rankingu najpopularniejszych blogów urodowych ale jednocześnie uczestnicząc w konferencjach, na których byli także 'celebryci blogosfery' wiedziałam, że nie interesuje mnie to na tyle, by nad tym pracować.

DLACZEGO PRZESTAŁAM CZYTAĆ BLOGI
Kiedyś pierwszym miejscem, w którym szukałam informacji przed zakupami był Wizaż i KWC. Z czasem przestałam ufać opiniom i nieocenione stały się właśnie blogi. Znałam dziewczyny z sieci, wiedziałam jaką mają skórę, oczekiwania i wierzyłam w ich recenzje. Wiedziałam, kiedy wpisy są sponsorowane, znałam marki i akcje marketingowe, w niektórych sama wzięłam udział. Niestety po pewnym czasie straciłam rozeznanie, a recenzji wynikających ze współpracy było coraz więcej. W pewnym momencie zaczęło mnie zniechęcać to, że dziewczyny w ciągu miesiąca testują i opisują jednocześnie kilka produktów, których rzetelna ocena wymaga systematyczności w stosowaniu. Ponadto, zapanowała moda na minimalizm i większość stron stała się pastelowa albo czarno-biała. Przestałam rozpoznawać autorki po stylistyce zdjęć bo wszystkie stały się łudząco do siebie podobne. W zasadzie równie dobrze mogłam otworzyć kobiece pismo i przeczytać dział uroda. Kiedyś spędzałam całe wieczory na bloglovin, później wystarczał mi instagram bo z treści i tak wiele nie wynikało. Ostatecznie i tu zrobiłam porządek, czyjeś codzienne dostawy kurierskie przestały mnie kręcić, nawet jeśli zdjęcia były starannie skomponowane, z kwiatami, świeczkami, świeżą kolorową gazetą albo innymi owocami :) Nie chcę generalizować ale blogosfera zaczęła przypominać mi kablówkę - musiałam przeklikać się przez setki kanałów z reklamami, żeby trafić na ciekawy i mądry program, bez moralizatorskiego tonu.

WISICIE MI KASĘ, BLOGERKI
Czar prysł jeszcze bardziej kiedy sięgnęłam po 'blogerskie' poradniki. Rady w stylu: musisz mieć czerwoną szminkę, cieliste szpilki, trencz i rurki a bez torebki Korsa nie jesteś prawdziwą kobietą zupełnie do mnie nie trafiały. Ubieraj się jak Francuzka, myj jak Koreanka, jedz jak Japonka, żyj jak Amerykanka - o co chodzi, że to jest tak popularne i reklamowane przez inne, dorosłe dziewczyny?! Czy ktoś zajrzał w ogóle do książki Love Style Life, która swego czasu była obowiązkowym elementem scenografii do zdjęć na instagramie, obok kubka z kawą i makaroników? Poważnie ktoś to przeczytał i poleca? Szkoda, że wydawnictwo nie przysyłało mi tych książek tylko kupowałam je sama ale jak mawiała babcia, za durnotę się płaci ;) Podobnie było z kosmetycznymi hitami, które miały odmienić moje życie. Ile wydałam pieniędzy na taki badziew wiem tylko ja. Muszę być sprawiedliwa - dzięki blogom odkryłam wiele perełek, do których stale wracam ale od pewnego czasu częściej trafiały mi się boleśnie drogie wpadki więc postanowiłam odszukać swoją czujność i znów zaufać intuicji i doświadczeniu.

MINIMALIZM 
Po pewnym czasie przestało mnie też kusić kupowanie produktów o tym samym zastosowaniu. Na półkach panował bałagan, kosmetyki w kufrze zaczynały się starzeć a ja miałam wrażenie, że nad tym nie panuję, ciągle kusiło mnie testowanie czegoś nowego, lepszego. W pewnym momencie trafiła do mnie idea kosmetycznego minimalizmu i pielęgnacji naturalnej. Odnalazłam swój styl w makijażu, zauważyłam, że służyła mi zasada: mniej ale lepiej. Przestałam kupować hurtowo 'hity do 10 zł'. W łazience zaczęły dominować kosmetyki o naturalnym, krótkim składzie i wszechstronnym zastosowaniu. Wcześniej w kufrze targałam wszystko, co miałam z kolorówki, na czym tracił mój kręgosłup, a i tak ciągle sięgałam po te same produkty. Zrobiłam generalne porządki, zrobiło się puściej ale miałam pod ręką same perełki, które nigdy mnie nie zawiodły. Może na klientkach robiło to mniejsze wrażenie niż pękające w szwach torby ale przynajmniej teraz nie ma miejsca na eksperymentowanie na żywym organizmie - mam tylko to, czego sama użyłabym w najważniejszym dla mnie dniu. Wszystko jest świeże i czyste a ja uzupełniam zapasy jedynie o to, co jest mi naprawdę potrzebne. 

ŻYCIOWA REWOLUCJA
Kiedy mój Mąż zaczął więcej czasu spędzać w domu (zamiast na morzu), zaczynało brakować czasu na pisanie bo większość dnia pochłaniała mi praca zawodowa i domowe obowiązki. Później zniknęłam z powodu przygotowań do ślubu, a za chwilę czeka mnie kolejna, ważna rola - rola mamy. Wiem, że jest mnóstwo blogerek, które godzą pisanie z macierzyńską codziennością i pozwala im to zachować zdrowy balans (super!) ale ja nie czuję takiej potrzeby. Nie chcę też zmieniać charakteru bloga z urodowego w lajfstajlowy, żeby dostawać paczki z wyprawką albo wrzucać setki zdjęć swojego maluszka, skoro on taki słodki i na pewno wszyscy inni też się zachwycą ;) Wybrałam inny cel - chcę moją energię i czas wolny skierować na wizaż, aby nie wypaść z obiegu przez urlop macierzyński i kontynuować swoją pasję. Nie mam o czym aktualnie pisać, bo moja ciążowa pielęgnacja i wyprawka córki jest naprawdę minimalistyczna i ogranicza się głównie do olejków. Makijażowe umiejętności rozwijam cały czas, choć do porodu został już niecały miesiąc. Udało mi się zgromadzić materiał do portfolio, który mnie satysfakcjonuje ale nie ma już na niego miejsca na blogu. Pracuję nad stworzeniem albumu z moimi realizacjami, który będzie online, ale już w zupełnie innej formie.

Nie znikam pod stertą pieluch i nie kasuję wszystkiego z wielkim fochem. Możecie tu śmiało grzebać, możliwe, że jeszcze kiedyś coś skrobnę na fali sentymentu - spędziłam na bloggerze wiele, wieeeele godzin i żal mi to usuwać jednym kliknięciem. Zamiast pustych butelek po żelach pod prysznic wolę jednak fotografować prawdziwe życie i bliskich mi ludzi, zamiast scrollować kolejne recenzje kosmetyków z Rossmanna (które już znam jak własną rodzinę :D) wolę doskonalić techniki makijażu i pracować nad kolejnymi zleceniami. Wciąż jestem online, przenoszę tylko swoją aktywność na instagram i tam serdecznie zapraszam.

* Kiedy powiedziałam mojej siostrze, że mam zamiar napisać tego posta, powiedziała: "o, to idę po popcorn, będzie gównoburza" :) Mam jednak nadzieję, że udało mi się wyjaśnić swoje podejście w sposób, który nikogo nie uraził. Odkąd założyłam bloga, nie pojawił się na nim ani jeden (!) hejterski komentarz za co bardzo dziękuję i co uważam za powód do radości i dumy! 
Wszelkie podobieństwo powyższego tekstu do wrednych uwag jest przypadkowe, wynika z durnowatego poczucia humoru albo hormonalnej huśtawki - zalecam dystans na przymrużonym oku  o ile ktoś to w ogóle jeszcze przeczyta ;) 

Buziaki! 
Ala 



UA-49610063-1