czwartek, 31 marca 2016

Hity w zimowej pielęgnacji

Cześć :) Wiem, wyskoczyłam z tym wpisem kiedy z utęsknieniem czekamy na promienie słońca, ciepło i zieleń drzew ale póki co tegoroczna wiosna każe długo na siebie czekać, przynajmniej w Trójmieście. Wciąż jest zimno, szaro i wietrznie dlatego nie zrezygnowałam jeszcze ze swojej zimowej pielęgnacji.

Zima w Gdańsku przebiega raczej łagodnie - jest cieplej i bardziej wilgotno niż w innych częściach kraju ale nie zmienia to faktu, że sezon grzewczy, częste zmiany temperatur i wiatr nie służą skórze. Kiedy tylko robi się chłodniej, sięgam po konkretniejsze produkty, które nie tylko dbają o nawilżenie, ale też chronią cerę przed utratą wilgoci i wysuszeniem. Oto moi ulubieńcy ostatnich miesięcy.


SYLVECO - ODŻYWCZA POMADKA Z PEELINGIEM
To jeden z bestsellerów marki, znany chyba większości z Was. Świetny produkt, doskonały dla ust spierzchniętych i przesuszonych, zawiera samo dobro: olej sojowy, wosk pszczeli, olej z wiesiołka, cukier trzcinowy, lanolinę, masło kakaowe, masło karite, betulinę, wosk carnauba i olejek z gorzkich migdałów. Ma przyjemny słodki zapach i odpowiednią  konsystencję, drobinki cukru doskonale radzą sobie ze złuszczaniem suchego naskórka ale jest ich dużo i są dość ostre więc mogą podrażnić bardziej wrażliwych. U mnie pomadka sprawdziła się wyłącznie na noc, w ciągu dnia drażniły mnie drobinki cukru na ustach ale efekt wygładzenia jest fenomenalny. Posiadam wszystkie pomadki tej firmy ale ta jest jedyna w swoim rodzaju i na pewno sięgnę po nią ponownie, szczególnie, że cena jest bardzo niska.

MAŚĆ Z WITAMINĄ A
Tani produkt z apteki a działa cuda! Idealna na przesuszenia, podrażnienia, popękaną skórę. Działa jak opatrunek, błyskawicznie poprawia stan skóry, chroni i odżywia. Wiem, że niektórzy stosują ją na całą twarz, ja ograniczałam się punktowo: na piekące usta, przesuszony nos po katarze, przemarznięte dłonie, wszędzie tam, gdzie potrzebowałam natychmiastowego ratunku. Chwilowo ją odstawiłam (uwaga na retinoidy w ciąży, powinnyśmy ostrożnie używać kosmetyków z witaminą A) ale na pewno wrócę do niej w kolejnym sezonie. Za kilka złotych warto wypróbować.

BABYDREAM - KREM OCHRONNY PRZED WIATREM I ZIMNEM DLA DZIECI
Serii Babydream używałam na długo zanim myślałam w ogóle o macierzyństwie ale polubiłam ją na tyle, że pozostanę jej wierna jak już na świecie pojawi się Mała. Ten krem kupiłam z myślą o bardzo suchej skórze Męża ale sama zaczęłam go używać kiedy na zewnątrz było naprawdę zimno i wietrznie. Mam wrażenie, że nic tak nie otulało i chroniło mojej skóry przed utratą wilgoci jak ten kosmetyk za kilka złotych. Ma przyjemny, pudrowy, dziecięcy zapach i bogatą konsystencję - trzeba nieco cierpliwości by równo rozłożył się na skórze i wchłonął. U mnie sprawdził się pod makijaż ale musiałam odczekać nieco dłużej niż zwykle przed położeniem podkładu. Lubię warstwę, którą zostawia, daje mi poczucie komfortu i odżywienia ale posiadaczki cer tłustych mogą na to nieco narzekać. To póki co mój numer jeden na zimowe wyjścia i na pewno do niego wrócimy za rok.  

MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA - OLEJKI 
Tu na zdjęciu olejek z pestek śliwki i orzechów laskowych. Jeśli używacie olejków wiecie jak wszechstronne mają zastosowanie - używałam ich na zwilżoną twarz, dodawałam do kremów i maseczek, do całego ciała po kąpieli lub jako mix z balsamem, do stóp, do włosów, zarówno na całość jak i na same końcówki, do golenia, do paznokci, masażu itp. Moim ulubieńcem jest olejek z pestek śliwki o zapachu marcepanu choć przyznam, że intensywność obu stała się przez moment nie do zniesienia (uroku pierwszego trymestru ;)). Teraz już jestem mniej wrażliwa na zapachy i z radością do nich wracam. To jest zdecydowanie mój zimowy must have, odżywiają skórę, zapobiegają przesuszeniom, niwelują te już powstałe dosłownie w ciągu jednej nocy, dogłębnie nawilżają. Mają piękne, szklane buteleczki z dozownikiem, całkowicie naturalny skład i krótki termin przydatności do zużycia. Jeśli jeszcze nie znacie, gorąco polecam!  

L'OCCITANE - KREM DO CIAŁA Z MASŁEM SHEA 
W nawilżaniu suchej skóry moim ulubieńcem jest oliwka nałożona na mokre ciało po kąpieli ale lubię dodatkowo otulić się czymś jeszcze przed snem. W tej roli doskonale sprawdza się krem L'occitane, który ma lekką konsystencję musu / pianki a jednocześnie konkretnie nawilża i odżywia skórę, pozostawiając ją miękką i gładką. Bardzo lubię jego formułę, dzięki której łatwo i szybko się rozprowadza i wchłania, zostawiając przyjemny, otulający film. Dodatkowym plusem jest bardzo wygodne opakowanie w formie puszki. Zawiera 125 ml ale produkt jest bardzo, bardzo wydajny. Masło shea (10%) już na trzecim miejscu w składzie.

PLANETA ORGANICA - MYDŁO ALEPPO
Pamiętam, że kiedy dostałam pierwsze opakowanie na ubiegłoroczną gwiazdkę, nie bardzo wiedziałam co zrobić z tą czarną, smolistą pastą :) Od tamtej pory kupuję je regularnie i nie wracam już do drogeryjnych mydeł ani żeli. To jest idealny produkt jeśli szukacie czegoś, co dobrze oczyszcza skórę bez wysuszenia czy ściągnięcia. Używam go zarówno pod prysznic jak i do kąpieli, od czasu do czasu myjąc też włosy (koniecznie metodą kubeczkową) przez cały rok. Nie stosuję go jedynie na co dzień do twarzy choć zdarzyło mi się kilkakrotnie zmyć nim makijaż i też było okej. Uwielbiam jego bogaty skład (woda, potem same oleje, długo długo oleje, na szarym końcu kilka składników, które nie kończą się na oil ;)), żelowo-smarową gestą konsystencję, przyjemny choć trudny do określenia zapach i wygodne opakowanie. Polecam szukać promocji bo rozrzuty cenowe są ogromne, ja swoje kupuję za 32 złote (450ml) ale widziałam też za ponad 50. Mimo dość wysokiej ceny jak za mydło uważam, że warto bo jest bardzo, bardzo wydajne (używam mniej niż pół łyżeczki do umycia włosów i mniej niż łyżeczkę na całą wannę wody).


To moi zimowi ulubieńcy. Mimo, że uwielbiam działanie tych produktów chętnie odłożę je na półkę na przyszły rok. Czekam na lekkie formuły, orzeźwiające zapachy i pastelowe kolory. Wiosno, chodź! :) 

Dajcie znać jak wygląda Wasza zimowa pielęgnacja.
Buziaki, Ala 


czwartek, 17 marca 2016

Polecane i przereklamowane - makijaż

...czyli o tym, co czeka w papierowej torbie na opis na blogu i wyniesienie do śmieci ;) Inaczej: denko, pustaki, empties, kosmetyki, które wykończyłam więc daję sobie prawo do krótkiej recenzji, coby ochronić Was przed wydaniem niepotrzebnie kasy lub naciągnąć na jakiś totalny 'must have' :) Lecimy po kolei:


ESTEE LAUDER, DOUBLE WEAR CONCEALER
Miniaturka, którą kupiłam w Douglass w zestawie z kremem pod oczy i płaczę, że nie jest w regularnej sprzedaży bo oba produkty okazały się u mnie hitem. Ten korektor jest idealny do torebki albo podróżnej kosmetyczki, malutki ale bardzo wydajny. Początkowo obawiałam się, że odcień 02 Light Medium okaże się zbyt ciemny ale doskonale dopasowuje się do koloru cery. Pięknie pachnie, łatwo się aplikuje za pomocą pacynki (jak od błyszczyków), szybko wchłania i daje natychmiastowy efekt. Pięknie kryje zasinienia i zmęczenie, nie wysusza delikatnej skóry wokół oczu, nie gromadzi się w załamaniach skóry, nadaje się na powiekę jako baza pod cienie bo nie roluje się i nie zbiera. W skrócie, odkryłam swojego ulubieńca, tuż obok MAC Pro Longwear. Kupiłam już duże opakowanie ale nadal będę polować na miniaturkę - jeśli się pojawi w sprzedaży, koniecznie dajcie znać!

BENEFIT, HIGH BEAM
Rozświetlacz, który pokochałam nie tylko za efekt na skórze, ale także za małe opakowanie (4ml). Nie pamiętam skąd go mam ale apeluję do producentów - róbcie mniejsze buteleczki! Nie ma szans, żeby zużyć w terminie 6 miesięcy pełnowymiarowy produkt, o ile nie lubimy wysmarować się nim calusieńkie i świecić jak kula w wiejskiej dyskotece. Sam kosmetyk jest moim ulubieńcem w kategorii kremowej formuły. Pozostawia na skórze piękną, jednolitą taflę, bez migrujących drobinek, brokatu i innego obciachu. Mieszałam go z podkładem przy poszarzałej cerze, nabłyszczałam partie twarzy i dekolt, używałam do rozświetlenia kącików oczu i zawsze byłam zadowolona z efektu. Jako zamiennik kupiłam podróbę z Techniq i to nie jest, niestety, to samo.

LIERAC LUMINESCENCE SERUM
Nie pamiętam już skąd to mam ale pewnie znów od kogoś dostałam bo na opakowaniu doczytałam się not for sale  :) Nie używałam tego jako serum tylko jako rozświetlającą bazę pod makijaż i sprawdzało się super. Wyrównywało cerę, ujednolicało delikatnie koloryt, nadawało blasku a przy tym pięknie pachniało. Nie zauroczyło mnie (to serum :)) na tyle, żebym kupiła pełnowymiarowe opakowanie ale rozczarowania też nie było.

KRYOLAN CREAM LINER
Jeden z moich ukochanych linerów o kremowej formule. Gładki, idealny czarny (kolor ebony) i bardzo, bardzo trwały. Jeśli macie dobry pędzelek, wymalujecie nim najpiękniejszą kreskę na świecie. Świetnie się aplikuje, nie pęka, nie osypuje się ani nie rozmazuje, nie gromadzi w załamaniach skóry, ma wygodne, lekkie opakowanie. Niestety po jakimś czasie przysechł i trudniej się nim pracowało więc się z nim żegnam ale jeszcze nigdy nie udało mi się zużyć linera w słoiczku w całości. Pewnie mogłabym go podratować płynem Duraline ale kupiłam już zamiennik z Maybelline, który też jest bardzo dobry. Myślę jednak, że jeszcze kiedyś do niego wrócę bo naprawdę warto. 
 
URBAN DECAY PRIMER POTION
...czyli nic nowego, od trzech opakowań moja ukochana, najlepsza baza pod cienie. Oczywiście mam już kolejne opakowanie ale to podobało mi się szczególnie, bo nie miało tej durnej pacynki tylko mały otworek do wyciskania. Szkoda, że na opakowaniu nie jest to wyraźnie zaznaczone, następną kupiłam już w formie z aplikatorem, który strasznie mnie wkurza. Nie zmienia to faktu, że nie szukam innej bazy bo ta jest idealna. Jeśli chcecie zapobiec zbieraniu się cieni w załamaniu powieki, ułatwić sobie ich rozcieranie, podbić kolor cieni to to jest produkt doskonały. Kremowa, lekka, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Nie siadam do malowania oka bez tego kosmetyku i jeśli jeszcze go nie znacie, gorąco polecam! Mój must have w kuferku i toaletce.

DUO
Znany już chyba wszystkim klej, a na pewno tym, które chociaż raz w życiu przyklejały sztuczne rzęsy. Kolejny ulubieniec. Bardzo podoba mi się niewielka pojemność (7g), dzięki czemu bez żalu wyrzucam już naprawdę końcówkę. Najważniejsze jednak jest to, że klei na beton, nie ma opcji, żeby pasek rzęs odkleił się w trakcie imprezy albo pannie młodej spadły kępki do rosołu ;) Kupiłam już zamiennik tej samej firmy jednak wybrałam wersję szarą, która zastyga na czarno i tej już pozostanę wierna forever. Znacie coś lepszego? 

MAYBELLINE COLOR TATTOO
Kremowy cień w kolorze Permanent Taupe, którego używam nie jak normalny człowiek do powiek, tylko do brwi. Świetny, chłodny odcień szarego brązu, doskonale podkreśla linię brwi i utrwala je na wiele godzin. Nie potrzebuję już żelu ani innego zastygacza, żeby zaprowadzić tam porządek na cały dzień. Niestety nie udało mi się zużyć całego opakowania bo zawartość już mocno przyschła ale ze względu na niską cenę, bez żalu zamieniłam go na nowy słoiczek. Jedyne, co mi w nim przeszkadza to to, że jest dość ciężki i potrzebuję pędzelka, co w podróżach i ograniczaniu kosmetyków do minimum na spore znaczenie. Marzy mi się w ofercie formuła w kredce, ze szczoteczką na drugim końcu, w identycznym odcieniu - to by było rozwiązanie idealne :)

SMASHBOX PHOTO FINISH PRIMER
Mój absolutny hit, o którym już nie raz pisałam na blogu, bo to nie jest moje pierwsze opakowanie (ani nie ostatnie). Najlepsza baza, która wygładza skórę, matuje i przygotowuje pod podkład, doskonała do sesji zdjęciowych i makijaży okolicznościowych albo wtedy, kiedy zależy nam na trwałości bez poprawek w ciągu dnia. Ma doskonałą, aksamitną konsystencję, świetnie się rozprowadza i wchłania, ułatwia aplikację podkładu każdą techniką i sprawia, że wygląda on naprawdę dobrze. Jedyny minus to jej polska cena, polecam polować za granicą, pozwala to na spore oszczędności. Niestety w najbliższym czasie nigdzie się nie wybieram więc pewnie będę musiała zacisnąć zęby i nie patrzeć na rachunek ale muszę mieć ją w kuferku, inaczej nie maluję!

DERMACOL MAKEUP COVER
Ten produkt kupiłam wieku temu i nie wiem czy powinnam go opisywać bo nie używałam go już pewnie ze trzy lata albo i lepiej ;) Nadal ładnie pachnie, nadal ma dobry kolor ale nie mam odwagi położyć go na twarz ani sobie, ani tym bardziej komuś. Idzie do kosza ale towarzyszą mu raczej dobre wspomnienia - doskonałe krycie, przebogata gama kolorystyczna, niska cena, dość ciężka formuła ale do wypracowania. Jeśli w najbliższym czasie miałabym kamuflować tatuaże, pewnie bym o nim pomyślała w pierwszej kolejności. To na pewno kosmetyk do zadań specjalnych, żadne must have.
 
COVERGIRL LASH BLAST VOLUME
Tusz, którego pierwsze opakowanie przywlokłam podczas pierwszego pobytu w Stanach i za każdym kolejnym razem był w moich suwenirach. Łudząco podobny do False Lash Effect Max Factora ale dużo tańszy (ok. $6, dostępny w Walmartach, Walgreensach i innych CVSach, dosłownie wszędzie). Bardzo lubiłam jego wielką, silikonową szczotę, głęboką czerń i formułę, która doskonale trzymała się do demakijażu, bez osypywania się i rozmazywania. Rzęsy były uniesione, dobrze rozczesane, podgrubione i wydłużone. Nie wiem jednak czy coś się zmieniło w składzie czy mój amerykański zapał trochę ostygł ale od jakiegoś czasu już nie zachwyca tak jak zachwycał. Ostatnie sztuki, które przywiozłam ubiegłego lata leżą i czekają na swoją kolej. Tak czy siak, jeśli nie znacie, warto wypróbować chociaż raz.

SKIN79 BB CREAM / ORANGE
Zastanawiałam się czy jest sens wrzucać tu próbkę, która mi wystarczyła na dwie aplikacje ale ze względu na efekt uznałam, że jest :) Mini-saszetki dostałam przy zakupie pełnowymiarowego opakowania, które jak się okazało, było kolorystycznym strzałem w płot. Pomarańczowa wersja pasuje najlepiej do mojej karnacji dlatego już kupiłam większe opakowanie. To, co bardzo mi się podoba to wysoki filtr SPF50 (różowy i złoty mają tylko SPF30) i efekt, jaki daje na poszarzałej, zmęczonej skórze - cera wygląda jak po photoshopie - jest gładka, promienna, zdrowa a nie widać na niej śladu podkładu. Pisałam już wiele razy, że uwielbiam kremy BB tej marki ale ten jest póki co moim ulubieńcem. Chwilowo, ze względu na 'stan błogosławiony', używam go z umiarem bo nie potrafię rozszyfrować szlaczków w składzie ale latem na pewno będę po niego sięgać. 

Edit: Ta książka, którą wcisnęłam do zdjęcia... Jedyna OSTATNIA książka o stylu, której potrzebujesz. Moje największe rozczarowanie w kategorii 'rzeczy, które wszyscy pokazywali na blogach i ista, więc musiałam ją sobie kupić'. Tak mnie oszukać?! To najgorzej wydane pieniądze, oddajcie mi hajs, blogerki! :P Jeśli ciągle ją widujecie i macie ochotę kupić, bo ładnie wygląda na zdjęciach, mówię Wam - idźcie kupcie sobie szminkę albo dwie. Ładne obrazki można pooglądać na pintereście, czytanie treści to strata Waszego czasu. 

To tyle, zostawiam Was z tym postem i idę wynieść wreszcie te śmieci :) 
Dajcie znać czy znacie te kosmetyki albo zamienniki, których powinnam spróbować. 
Buziaki, 
Ala 

 

czwartek, 10 marca 2016

The Makeup Day i Beauty Forum - moje wrażenia

Zaczęłam pisać tego posta jeszcze w niedzielę, tuż po powrocie do Gdańska i zatytułowałam go 'wrażenia na świeżo' ale okazało się, że brak czasu zmusił mnie do przesunięcia publikacji, więc już tak świeżo wcale nie jest ;) Mimo to zdecydowałam się przygotować krótką relację dla tych z Was, które są ciekawe a nie mogły same się wybrać. 

Kiedy zobaczyłam informację, że obok targów Beauty Forum szykuje się prawdziwe święto wizażu, The Makeup Day organizowany przez Makeup Trendy, od razu miałam ochotę na udział ale ze względu na różne samopoczucie w ostatnich dniach, zwlekałam z zakupem wejściówki dosłownie do ostatniego dnia. Koszt był naprawdę niewielki (dwudniowy udział to zaledwie 32 złote) a nazwiska wizażystów, które sukcesywnie podawali organizatorzy naprawdę zachęcały. Postawiłam więc na pełną mobilizację, nastawiłam budzik na wczesną godzinę i wyjechałam do Warszawy w sobotę rano. 

Kiedy dotarłam na miejsce impreza już trwała w najlepsze a ilość zwiedzających wciąż rosła. Udałam się od razu na wykłady bo to był dla mnie najważniejszy punkt programu. Na scenie powoli kończył się pokaz Agaty Wyszomirskiej więc na dobre zaczęłam od prezentacji Marzeny Tarasiewicz z Makeupowni.  Marzena pokazała piękny, klasyczny makijaż ślubny w wersji glamour. Taki, jakie uwielbiam :)


Niestety tuż na wprost modelki operator ustawił statyw z kamerą, dzięki czemu na ekranie mogliśmy śledzić postępy prac ale mi osobiście to przeszkadzało w oglądaniu. Znacznie lepiej by było, gdyby chłopak stanął nieco dalej i ściągał obraz zoomem. Wiem, czepialska jestem :P

Następną prelekcję obejrzałam z dużym zaciekawieniem bo uwielbiam no makeup. Wystąpienie Ani Kołygi trochę się przedłużyło ale mieliśmy okazję dobrze poznać ofertę marki Kryolan i sposoby aplikacji produktów o różnych formułach przez profesjonalistów i szkoleniowców marki. Bardzo podobał mi się styl prezentacji, konkretny ale luźny i przesympatyczny.


Bardzo czekałam też na wykład Beaty Bojdy, która opowiedziała o tym jak przygotować profesjonalny edytorial. Trzykrotnie już wysyłałam zdjęcia swoich makijaży do magazynu Makeup Trendy i teraz już rozumiem dlaczego się nie udało zdobyć uznania redakcji. Beata uświadomiła mi, że zabierałam się za to od złej strony, i że nawet najbardziej staranny, precyzyjny i czysty makijaż nie wystarczy. Dla mnie była to jedna z najcenniejszych lekcji, jakie wyniosłam z całej imprezy i bardzo się cieszę, że tak doświadczeni wizażyści nie mają oporów przed dzieleniem się swoją wiedzą, doświadczeniem, wypracowanymi rozwiązaniami. To bardzo pomaga uwierzyć osobom początkującym, poprawić i zrozumieć błędy i podnieść poziom swoich prac.


Wykład Ewy Gil przyciągnął mnie na The Makeup Day jak magnes :) Jestem bardzo wdzięczna organizatorom, że umożliwili nam podpatrzenie jej pracy na żywo bo to nie zdarza się często. Cóż, nie rozczarowałam się. Byłam zachwycona osobowością Ewy, jej poczuciem humoru, luzem i niesamowitym talentem. W kilka chwil na scenie wyczarowała jeden z najpiękniejszych makijaży, jakie widziałam podczas imprezy. Była to propozycja na czerwony dywan, którą z powodzeniem mogłyby nosić największe gwiazdy na oskarowej gali. Miałam wrażenie, że efekt był wynikiem zaledwie kilku ruchów i wcale nie trzeba mieć pokaźnego zestawu pędzli, żeby makijaż wywołał zachwyt. Jedno życzenie spełnione, teraz czekam na warsztaty! (Ewa całkowicie mnie kupiła, kiedy podczas wspólnego zdjęcia na ściance zauważyła mój ciążowy brzuszek i zaczęła śpiewać do niego kołysankę :) Możecie zobaczyć zdjęcia na moim profilu na instagramie, szalona kobieta! :))


Po tym wystąpieniu postanowiłam zrobić szybką rundę po stoiskach, żeby zorientować się przynajmniej w wystawcach. Nie nastawiałam się na zakupy więc nie byłam mocno rozczarowana kiedy zobaczyłam olbrzymie kolejki do marek, które mnie najbardziej zainteresowały. Największym zaskoczeniem był dla mnie sklepik NYX, do którego wejścia czekało się nawet 2 godziny. Bardzo natomiast podobał mi się porządek dzięki Panu ochroniarzowi, który wpuszczał do środka pojedyncze osoby kiedy ktoś odchodził od kasy i odsyłał cierpliwie na koniec kolejki panny, którym nie chciało się czekać ze wszystkimi :) Bardzo miły gest spotkał mnie drugiego dnia od jednej z dziewczyn z NYX, która zobaczyła mój widoczny już brzucho i zaprosiła do wejścia bez kolejki. Nie skorzystałam bo wszystko szło sprawnie i już po chwili wyszłam z zakupami ale było to naprawdę sympatyczne. Podziwiam natomiast determinację dziewczyn, które nastawiły się na duże zakupy i cierpliwie czekały znosząc wpychanie się i poszturchiwanie łokciami, ja już się do tego nie nadaję ;) Trzeba jednak uczciwie przyznać - to były największe i najlepsze targi branżowe, na jakich do tej pory byłam i na pewno każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Wieczór był kolejną okazją do poznania osób, których makijażowy talent oglądam w sieci od dawna a to za sprawą rozstrzygnięcia konkursu Artysta Roku organizowanego przez Makeup Trendy. Nie zdziwiło mnie uznanie dla Kamili Patyny i Karoliny Matraszek, zasłużyły na te nagrody i bardzo się cieszę, bo mocno trzymałam kciuki podczas ogłaszania werdyktu!


Drugi dzień rozpoczęłam od pokazu makijażu podwodnego Izy Śmieszek - Dorn, którą miałam już wcześniej okazję poznać podczas szkolenia w warszawskiej siedzibie Kryolan i na egzaminie czeladniczym, który zdawałam w 2014 roku. Iza ma niesamowitą wiedzę, rady, które od niej wówczas dostałam stosuję w makijażu do dziś i naprawdę widzę ogromną różnicę. Byłam bardzo ciekawa jak przygotowuje modelki do sesji podwodnych i po jej prezentacji chylę nisko czoła bo nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to trudne. Makijaż, poza tym, że musi być oczywiście wodoodporny, nie przyjmuje żadnych poprawek, musi być dobrze rozświetlony ze względu na brak lamp pod wodą i zdecydowanie różni się od innych, wykonywanych na sesje czy pokazy. To była bardzo cenna prelekcja i choć myślę, że nie wykorzystam tej wiedzy w najbliższym czasie, dobrze jest podejrzeć inne techniki i rozwiązania w makijażu.


Całkiem niedawno trafiłam na wywiad z Agnieszką Chełmońską i kiedy zobaczyłam, że w programie jest jej wystąpienie, bardzo się ucieszyłam, że będę mogła zobaczyć na żywo jej pracę. Agnieszka wykonała makijaż blokatowy, zrobiła to przy tym tak wdzięcznie, sprawnie i konkretnie, że byłam pod wielkim wrażeniem, bo ja bym pewnie przy czymś takim musiała sprzątać to, co by mi się osypało z powieki szufelką :) Widać ogromne doświadczenie, wprawę i pewną rękę, nawet w precyzyjnych elementach jak rysowanie kreski czy doklejanie kępek rzęs. Jednak co malarka, to malarka ;)


Po tej prelekcji postanowiłam znów trochę się rozprostować i przejść po stoiskach w oczekiwaniu na kolejne wykłady. Czekałam na wystąpienie Jasona Benetta i jakie było moje zaskoczenie kiedy przypadkowo zorientowałam się, że zostało ono przesunięte na wcześniejszą godzinę. Gdybym pojawiła się na imprezie specjalnie dla tego amerykańskiego artysty i okazałoby się, że znowu nastąpiła zmiana w programie, byłabym bardzo rozczarowana. Niestety nie dotrwałam do końca prezentacji bo miejsce stojące, ilość osób wokoło i zaduch zrobiły swoje - musiałam wyjść na świeże powietrze i już na imprezę nie wróciłam.


Podsumowując, to, do czego mogłabym się przyczepić to przede wszystkim rozbieżność między podanym wcześniej programem a tym, co się działo na scenie. Jeśli ktoś, tak jak ja, przyjechał z daleka głównie na wykłady, mógł się poczuć skołowany. Do dzikich tłumów nie mam pretensji bo to tylko oznacza, że branża rośnie w siłę i ludzi, których łączy wspólna pasja jest naprawdę wielu, a to jest super! Zaapelowałabym jedynie do producentów pędzli aby pakowali je bardziej higienicznie bo to, że wszystkie stały sobie na wierzchu i były beztrosko macane przez tłum zniechęciło mnie trochę do zakupów :) Zaskoczyło mnie też trochę to, że znane wizażystki nie używają jednorazowych szczoteczek do tuszowania rzęs i dmuchają w zapylone paletki albo pędzle. Wiem, mam na punkcie higieny pracy konkretny odchył i wiem, że ilość pracy nie zawsze pozwala, żeby oczyścić kuferek przed pokazem ale chwilami szeroko otwierałam oczy podobnie jak wtedy kiedy widziałam, że nie powinnam też aż tak bardzo przejmować się precyzją ;) Delikatne nierówności nie dla wszystkich stanowią problem, a ja bym pewnie z uporem maniaka poprawiała jednak ten ułamek milimetra tracąc cenny czas. 

To, co mnie absolutnie zachwyciło to mnogość marek, przebogata oferta w atrakcyjnych cenach, pokazy wizażu i charakteryzacji, które odbywały się non stop w wielu miejscach jednocześnie, olbrzymi talent niewiarygodnych ludzi i możliwość spotkania osób, których makijaże podziwiam od lat. Każdy ma swoich idoli, kogoś kto go nieustannie inspiruje - jedni kochają muzyków, inni aktorów, ja makijażystów :) Moje 'gwiazdy' okazały się normalne - sympatyczne, skromne, otwarte na kontakt, uśmiechnięte, motywujące, chętne do pokazania swojego warsztatu pracy, co nie zawsze jest takie oczywiste. Nie da się ukryć, to było prawdziwe święto makijażu!



Poznajecie osoby ze 'ścianki'? To oczywiście Marzena Tarasiewicz, Karolina Ziętek i Ewa Gil. I proszę wybaczyć, że się nie 'odstawiłam' na taką imprezę ale zauważcie - żadna z prelegentek nie wygląda, jakby prosto ze sceny miała iść do klubu ;) Co innego patrząc na niektóre zwiedzające - przy nich rzeczywiście wyglądałam, jakbym nigdy nie trzymała szminki w dłoni :P Pewnie niejedna pani ze stoiska też chętnie zrobiłaby ze mną porządek... Z drugiej strony taka różnorodność wiele też mówi - niby impreza dotyczyła makijażu a wszystkie wykorzystujemy i odbieramy go inaczej - i to jest bardzo okej :)

Bardzo się cieszę, że się zmobilizowałam i na pewno pojawię się za rok, licząc na więcej spotkań, więcej inspiracji i jeszcze więcej wspólnych zdjęć!

Ala


UA-49610063-1