środa, 28 stycznia 2015

NAJLEPSZE W 2014: DŁONIE

Dzisiaj przedostatni wpis z ulubieńcami minionego roku, dotyczący dłoni. Długich wywodów nie będzie, zdjęcie doskonale oddaje dwie marki, po które sięgałam najczęściej ;-) 


Pielęgnację dłoni sponsorowała niemal wyłącznie marka L'Occitane. Używałam i nadal używam regularnie ich kremów. Uwielbiam je za niewielkie, praktyczne i wygodne opakowania, piękne zapachy i działanie. Oczywiście wśród wielu wersji, jakie testowałam, znalazłam swoich faworytów ale całokształt oceniam naprawdę bardzo pozytywnie. Spośród szerokiej, bogatej oferty każdy wybierze coś dla siebie. Tubki cieszą oko i widać wyraźnie, że firma dużą wagę przykłada do estetyki opakowań swoich produktów. Bardzo to cenię. Moim najulubieńszym jest bestsellerowy krem z masłem shea (o ten: KLIK). Kupowałam go już wcześniej w różnych pojemnościach i nigdy mnie nie zawiódł. Dodatkowy plus za różne formuły i konsystencje, dzięki czemu zimą możemy wybrać coś bardziej treściwego, otulającego i odżywczego a latem sięgnąć po wersję lżejsze, o bardziej orzeźwiającym zapachu. Na pewno pozostanę z nimi jeszcze przez najbliższy czas.

W kwestii lakierów do paznokci nie jestem szczególnie wybredna. Jeśli już maluję, wybieram najczęściej klasyczne, uniwersalne kolory. Nie mam odwagi nosić błękitów, neonów czy intensywnych, ciemnych barw i nie mam bzika na kolekcjonowaniu buteleczek, po które sięgnę może raz czy dwa. Najczęściej używam lakierów ESSIE ale mój aktualny zbiór to zaledwie 5 kolorów: Mademoiselle, Aperitif, Watermelon, Cute as a button i Big Spender.  Unikam jedynie kremowego wykończenia, które przyprawiało mnie o zapaść więc wysłałam je dalej w świat :) Muszę też pamiętać, żeby nałożyć pod nie bazę (wystarczy bezbarwny lakier lub pierwsza z brzegu odżywka) bo potrafią nieestetycznie odbarwić płytkę paznokcia na żółto, nawet Mademoiselle. Uwielbiam je natomiast za piękne kolory, błysk, bajecznie prostą aplikację, wygodny pędzelek, szybkie wysychanie i trwałość. Niektóre z lakierów kupiłam w Polsce, niektóre w Stanach i przyznam, że europejska, szeroka wersja pędzelka zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Mam wątpliwości czy są warte 'naszych' cen, zawsze kupuję je w promocji a i tak mam wrażenie, że przepłacam za markę. Mimo to bardzo je lubię i jeśli będę chciała powiększyć kolekcję o kolejny, uniwersalny kolor, na pewno wybiorę Essie.

Nie wyobrażam sobie natomiast malowania paznokci bez wysuszacza. Odkąd go mam, nie pamiętam odbitej pościeli, sierści czy jakichkolwiek odcisków na świeżym lakierze. Nie jestem królową cierpliwości i nie przepadam za malowaniem paznokci więc kiedy już do tego zasiadam, chcę żeby efekt mnie zadowalał i trwał jak najdłużej. Wcześniej używałam Essie Good to go ale zamiennik Sally Hansen Insta-dri sprawdza się równie dobrze, a kosztuje znacznie mniej. Mam go już bardzo długo i nic się z nim nie dzieje, nie ciągnie się ani nie gęstnieje. Pięknie nabłyszcza paznokcie, utwardza je i rzeczywiście znacznie przyspiesza ich wysychanie. Pędzelek rozprowadza równą warstwę, nie rozlewa jej na skórki a nawet naprawia drobne nierówności. Od jakiegoś już czasu nie widuję w szafach Essie więc pewnie znów kupię kolejną buteleczkę. Jedyne zastrzeżenie jakie mam to estetyka opakowania i łuszcząca się z niego czerwona farba.

Na zdjęciu widzicie też Carmex. Kupiłam go w Stanach za kilka dolarów, głównie ze względu na opakowanie :) Okazał się tak śmierdzący i paskudny, że miałam go wyrzucić do śmieci bo nie wyobrażam sobie nałożyć go na usta. Zaczęłam stosować go na skórki wokół paznokci i to był strzał w dziesiątkę! Zniwelował ich suchość, przestały nieestetycznie odstawać i tworzyć zadziorki. Jestem zaskoczona jego pozytywnym działaniem i nie wiem czy nie kupię wersji w słoiczku właśnie do tego celu chociaż ta w sztyfcie jest przyjemnie miękka i łatwo się rozprowadza. Na pewno zużyję ją do końca ale przestrzegam, jeśli Was pokusi kupić go kiedyś do ust, śmierdziel okropny! :)

W kolejnym wpisie będą wreszcie moje ulubione kosmetyki do makijażu, perełki które zbierałam w kufrze cały miniony rok :) Będzie pysznie! :)
Uściski!
Ala

 



poniedziałek, 26 stycznia 2015

NAJLEPSZE W 2014: PIELĘGNACJA WŁOSÓW

To nie będzie długi post :-) Miniony rok nie przyniósł rewolucyjnych zmian w tej kategorii, wręcz przeciwnie. Ciągły brak czasu sprawił, że przestałam używać rano odżywki po myciu, co dość szybko przełożyło się na kondycję mojej czupryny. Wybierałam wersję bez spłukiwania i jedną nieprzemyślaną decyzją wróciłam do farbowania farbą fryzjerską zamiast henny... Co się więc sprawdziło? 


MYCIE

Włosy myję codziennie, dlatego odstawiłam na dobre drogeryjne, silne detergenty. Zaczęłam stosować rosyjskie, delikatniejsze szampony, które bardzo polubiłam ale niekwestionowanym liderem jest jednak balsam do kąpieli Babydream fur Mama. Uwielbiam go bo jest niedrogi, łatwo dostępny, bardzo łagodny dla włosów ale przy tym świetnie oczyszcza (radzi sobie nawet z olejami, już za pierwszym myciem). Szamponów używam naprzemiennie a raz na jakiś czas funduję im porządne oczyszczanie wersją o krótkim składzie z SLS na początku (np. Joanna). Bardzo polubiłam metodą kubeczkową, która polega na rozrobieniu porcji szamponu w kubku z wodą i nałożeniu tak rozcieńczonego na włosy. Mam wrażenie, że całość lepiej się pieni, łatwiej ją rozprowadzić na głowie i działa delikatniej niż szampon wyciśnięty bezpośrednio z buteleczki. Wróciłam też do nakładania odżywki na długość pasm przed myciem, tak zwanego OMO (odżywka - mycie - odżywka), co pozytywnie wpłynęło na końcówki, które nie są już tak wysuszone i łamliwe. Nowością, jaką wprowadziłam do pielęgnacji jest płukanie zimną wodą, co domyka łuski włosa. W moim przypadku różnica jest zauważalna. Na razie brakuje mi czasu i dyscypliny, żeby stosować płukanki ale to już jest dobry krok ;) Nadal bardzo lubię turbany, którymi owijam głowę. Kupuję je w Naturze za kilkanaście złotych i mam spokój ze spadającym ręcznikiem albo kapiącą na kark wodą bo świetnie wchłaniają jej nadmiar. W okresie zimowym lubię rozgrzać je na grzejniku podczas stosowania masek, ciepło wzmaga ich dobroczynne działanie. 

ODŻYWIANIE

W tej kategorii niestety ciągle szukam ulubieńców. Kupiłam wiele polecanych kosmetyków, używam odżywki z awokado Garniera, mlecznego Kallosa, aloesowej maski, Nivea Long Repair ale stale mam wrażenie, że to jeszcze nie jest to. Możliwe, że moje włosy potrzebują zmiany bo wcześniej byłam bardzo zadowolona ale zdecydowanego faworyta wciąż brak... Staram się za to regularnie (przynajmniej dwa razy w tygodniu) olejować włosy. Sam zabieg jest dla mnie hitem ale nie znalazłam jeszcze jednego, jedynego olejku, który działałby zdecydowanie najlepiej. Używam kokosowego, sezamowego, z pestek winogron, oliwy ale najczęściej chyba sięgam po lniany. Podgrzewam go chwilę na grzejniku (nieliczne plusy sezonu zimowego ;)) i nakładam na całą noc, na suchą lub delikatnie zwilżoną skórę głowy i włosy, wykonując przy tym masaż tangle teezerem*. Staram się też pamiętać o zabezpieczaniu końcówek serum (aktualnie Green Pharmacy) bo codziennie traktuję je suszarką. 

*cyt.: "Mhm, Ty to robisz, jasssne..." No więc sprostowanie - podstawiam się przymilnie M. W tym miejscu pragnę mu serdecznie podziękować za jego nieoceniony wkład w moje zdrowe włosy. (Zadowolony? :D)

FARBOWANIE

Kilka miesięcy temu, pod wpływem impulsu i braku czasu, popełniłam błąd i zafarbowałam włosy w salonie fryzjerskim. Używałam wcześniej henny więc kolor nie wyszedł zgodnie z oczekiwaniami. Z obawy przed kolejną kolorystyczną wtopą odczekałam kilka miesięcy i gdy zaczęłam się już naprawdę srebrzyć a wyrywanie siwych włosów przestało się opłacać, wróciłam do Khadi orzechowy brąz i wszystko wskazuje na to, że jest to dla mnie najlepsza metoda koloryzacji a więc - ulubieniec :)

NARZĘDZIA

Nadal z uwielbieniem sięgam po Tangle Teezer i drewniany grzebień z The Body Shop. Są delikatnie i bezboleśnie rozczesują splątane włosy, nie wyrywając ich i nie łamiąc. Moim zdaniem warto w nie zainwestować.

Oczywiście cała moja pielęgnacja i pomysły na nią mają duży związek z blogiem Anwen i jej ostatnią publikacją, która pomogła uporządkować dotychczasową wiedzę i zmotywowała mnie do walki o lśniące włosy. Spośród różnych dziwnych bestsellerów końcówki minionego roku, ta pozycja jest naprawdę wartościowa, mądra, poprawnie napisana i to wspaniale, że pasja Anwen zaowocowała własną książką. Na pewno będę do niej wracać jeszcze nie raz.

Hitem dla mnie była też zamiana drogiego, szumnego salonu fryzjerskiego, wybitnie czułego na słowa krytyki, na niewielki zakład ze skromną, super zdolną dziewczyną, od której jeszcze nigdy nie wyszłam ze skwaszoną miną, i nie mówię tu o duuużo niższych cenach :) Fajnie że są jeszcze miejsca, w których zadowolenie klienta nie jest mniej ważne niż zadowolenie samego fryzjera ;)

Jakich Wy macie ulubieńców w tej kategorii? 
Ala





sobota, 24 stycznia 2015

NAJLEPSZE W 2014: PIELĘGNACJA CERY

Czyli spóźnieni ulubieńcy :) Miałam w planach napisać ten post znacznie wcześniej ale małe kłopoty położyły mnie wreszcie na chwilę do szpitala. Dostałam jednak kilka przemiłych wiadomości, w których piszecie, że chętnie zobaczycie moje zestawienie, więc jest. Dzisiaj kilka słów o perełkach do pielęgnacji twarzy, które zachwyciły mnie w ubiegłym roku. 

Ostatnio moja skóra daje mi odczuć, że dojrzewa i nie podoba się jej już swawolne eksperymentowanie z przeróżnymi kosmetykami :-) Starałam się więc nie zmieniać co chwilę kremów i odpowiadać na jej aktualne potrzeby. Udzieliła mi się też moda na minimalizm więc starałam się określić, co jest mi niezbędne do pielęgnacji cery: krem na dzień, krem na noc, krem pod oczy, dobry produkt do demakijażu i ochrona przeciwsłoneczna - z tego absolutnie nie potrafiłam zrezygnować.


WODA TERMALNA URIAGE
Jeśli śledzicie mojego bloga w miarę regularnie, na pewno już o niej czytałyście. To niepozorna woda ale jednocześnie jeden z ulubionych, uniwersalnych kosmetyków, które zawsze mam w zapasie. O jej wszechstronnym zastosowaniu pisałam wielokrotnie. Ja najczęściej używam jej do obudzenia skóry rano, do orzeźwienia w trakcie upałów, do maseczek na bazie glinki, do kojenia podrażnień i do zwilżania pędzelka w makijażu (często robię kreski cieniem na mokro). Dużą (150 ml) mam w łazience i kufrze, małą pojemność zabieram na wyjazdy do torebki (50 ml). Jest wydajna, nie trzeba jej wycierać i ma przyjemną cenę (ostatnio często ją widuję w okolicach 20 zł). Hit, który jest ze mną od dawna i na pewno pozostanie w bieżącym już roku. 

BLISTEX CLASSIC LIP PROTECTOR
Klasyczna pomadka ochronna w sztyfcie. Używałam wcześniej wielu balsamów ochronnych do ust, w tym Carmexów, Tissane itp. ale ten sprawdził się u mnie najlepiej. Ma idealną konsystencję, przyjemny zapach i smak, które jako jedne z nielicznych nie wywołują u mnie mdłości. Dobrze się go aplikuje, jest wydajny, niedrogi (ok. 10 zł) i łatwo dostępny w drogeriach i aptekach. Dobrze działa na moje usta, nawilża je, niweluje suche skórki i zapobiega pierzchnięciu, pozostawiając ładną, błyszczącą warstwę. Lubię nakładać go też pod pomadki, daje mi komfort na wiele godzin. Duży plus za higieniczną aplikację, w porównaniu do masełek nakładanych palcem... 

RIVAL DE LOOP PIELĘGNUJĄCE KAPSUŁKI ANTI-AGE
Rybki z witaminami A, E i F i olejkami, które jakiś czas temu dostałam do przetestowania od znajomej (dzięki Sylwia! :)). Od tamtej pory kupuję je regularnie bo świetnie działają na moją skórę. Nie stosuję ich zgodnie z zaleceniem, jako siedmiodniową kurację, a jedynie jak mi się przypomni, średnio raz w tygodniu. Nakładam je na oczyszczoną skórę, na noc, zamiast kremu. Rano cera jest nawilżona, promienna, ukojona, miękka a drobne niedoskonałości i zaczerwienienia mniej widoczne. Rybki nie zapychają porów, nie powodują wyprysków, szybko się wchłaniają, aplikacja jest łatwa i przyjemna. Są doskonałym uzupełnieniem mojej pielęgnacji. 

EFFACLAR DUO
Na zdjęciu widzicie już nowe opakowanie, Duo+, ale przez cały rok używałam starej wersji. Nie wiem jeszcze czy jest między nimi jakaś różnica ale na pewno poprzednia przyczyniła się do znacznej poprawy mojej skóry. Krem stosowałam głównie na noc chociaż jest na tyle lekki, że świetnie sprawdzał się także pod makijaż. Szybko się wchłania do matu, nie zostawia lepkiej warstwy, nie wyświeca cery. Delikatnie piecze jeśli na skórze są mikrouszkodzenia lub skaleczenia ale jednocześnie świetnie na nie działa, kojąc, łagodząc i lecząc. Spotkałam się z opiniami, że potrafi wysuszyć cerę ale u mnie nic takiego się nie dzieje. Z dnia na dzień stan mojej buzi się poprawiał, drobne niedoskonałości zniknęły, powierzchnia się wyrównała. Mam też wrażenie, że wyrównał koloryt, przebarwienia są mniej widoczne dlatego stale do niego wracam. Ciekawe, czy nowa wersja okaże się równie skuteczna, zobaczymy. 

SVR DEFENSE ANTI-AGE CREME SPF 30
To jedno z największych zaskoczeń minionego roku. Krem z opatentowaną technologią komórek macierzystych, 5% witaminą C i filtrami przeciwsłonecznymi, który pielęgnuje, nawilża, i chroni, zarówno przez szkodliwym promieniowaniem jak i procesami starzenia. W pełni odpowiada na potrzeby mojej skóry. Używam go przez cały rok, nawet zimą. Uwielbiam jego działanie, skóra jest miękka, nawilżona, odżywiona, gładka, odczuwa wyraźny komfort przez cały dzień. Nakładam go rano na oczyszczoną twarz i już po chwili mogę robić makijaż. Ma dość bogatą konsystencję ale szybko się wchłania, nie zostawiając tłustej warstwy. Nie bieli, nie marze i nie roluje się pod podkładem. Bardzo odpowiada mi też jego zapach, świeży, cytrusowy, orzeźwiający. Niestety jest dość drogi, bo kosztuje blisko 140 zł, ale jednocześnie jest bardzo wydajny. Na pewno pokażę Wam go z bliska z pełną recenzją bo to najulubieńszy z ulubieńców w tej kategorii :)

ORGANIC THERAPY PIANKA DO MYCIA TWARZY
Pianka pojawiła się już na blogu, zarówno w formie recenzji (tutaj: klik)  jak i w serii polecane i przereklamowane. Pierwsze opakowanie otrzymałam do przetestowania i tak przypadła mi do gustu, że teraz sama kupuję kolejne opakowania. To moje odkrycie roku, do którego wracam regularnie. Ma naturalny skład, jest delikatna ale jednocześnie bardzo skuteczna, nie wysusza skóry, pięknie się pieni i obłędnie pachnie. Ma przyjemne dla oka opakowanie, łatwą i higieniczną aplikację, nie wiem czego mogłabym chcieć więcej :-) Jest niedroga, dostępna online jak i w sklepach stacjonarnych z ekokosmetykami (koszt to kilkanaście złotych, niewiele więcej niż chemiczne żele z drogeryjnej półki ;)).

GARNIER PŁYN MICELARNY 3 W 1
O nim także pisałam już wiele razy, bo wracam do niego regularnie. Odkąd pojawił się na sklepowych półkach, przestałam tęsknić za kultową Biodermą. Moim zdaniem nie różni się od niej niczym poza ceną. Jest równie delikatny, co skuteczny. Szybko rozpuszcza makijaż, nawet żelowy eyeliner, nie podrażniając delikatnej skóry wokół oczu. Nie szczypie, nie pozostawia mgły ani tłustej powłoki, jest bardzo neutralny. Używam go zarówno w domu, jak i pracy, jeszcze nigdy nie wywołał zaczerwienienia, podrażnienia, pieczenia czy jakiegokolwiek innego dyskomfortu. Chętnie znalazłabym coś równie delikatnego i skutecznego z półki cruelty-free. Jeśli znacie zamiennik, koniecznie dajcie znać. To, co mi się nie podoba kiedy próbuję go kupić to rozpiętości cenowe - jest łatwo dostępny ale różnice w cenie potrafią sięgnąć prawie 10 zł! (ostatnią butelkę kupiłam za 12 zł, ale tego samego dnia widziałam go w innym miejscu za 21,99...).

To najlepsze kosmetyki, których używałam w minionym roku. Część z nich na pewno zostanie ze mną na rok kolejny choć już teraz zmieniłam nieco sposób pielęgnacji mojej skóry. Jak widzicie nie ma w tym zestawieniu peelingów, maseczek, kremu pod oczy. Oczywiście ich używam ale nie znalazłam jeszcze nic, co by mnie szczególnie zachwyciło albo pojawiły się one dopiero w styczniu. Zamieniłam też demakijaż płynem micelarnym na masełko, zaczęłam myć twarz mydłem aleppo, ale o tym za jakiś czas, jak już przekonam się do ich działania. Natomiast dużą poprawę stanu mojej cery przyniosło stosowanie jednorazowych ręczników papierowych. Nie jest to oczywiście nic odkrywczego, że wilgotne środowisko w łazience i mokry ręcznik to idealne warunki do rozwoju bakterii. Miałam tego świadomość dlatego zaczęłam stosować małe ściereczki z mikrofibry (do kuchni i łazienek, z Biedry, za złotych trzy ;)). Pranie ich i suszenie po każdym użyciu było jednak trochę upierdliwe i z czystego lenistwa przerzuciłam się na ręczniki jednorazowe. Odkąd zaczęłam je stosować, zauważyłam, że na mojej skórze pojawia się znacznie, znacznie mniej niedoskonałości.

Jak wspomniałam, moja skóra zrobiła się bardziej kapryśna więc muszę bardziej uważać na to, co nowego wprowadzam do pielęgnacji. Mimo to dajcie znać, jakie są Wasze rekomendacje. Dzięki Wam po dłuuugich poszukiwaniach znalazłam ostatnio krem pod oczy, który okazał się hitem stycznia! :)

Następnym razem hity w pielęgnacji włosów i ciała oraz mój bzik - makijaż! Trzymajcie się ciepło :-)
Ala




sobota, 10 stycznia 2015

Ulubieni makijażyści: TOP 6 2014

Dzisiaj chciałam podzielić się z Wami efektem porządków w subskrypcjach i obserwowanych przeze mnie blogach. Jeszcze w minionym roku starałam się posprzątać swoją listę czytelniczą, rezygnując ze stron, które nie wnosiły już nic pozytywnego i szukając ludzi pełnych energii wynikającej bardziej z pasji niż pogoni za kampaniami reklamowymi i statystykami. Przed Wami kilka osób, które inspirowały mnie w ostatnich miesiącach najbardziej - makijażyści :)

Gdybym miała wybrać jedną, jedyną ulubioną makijażystkę, byłaby nią bez wątpienia Linda Hallberg. Uwielbiam jej metamorfozy i makijaże, są niezwykle dokładne, staranne i czyste. Linda jest wszechstronna, wydaje się bardzo sympatyczna i ma ogromny talent. Nie jest dziuniowata jak wiele zagranicznych makijażystek, na które trafiam na yt. Chciałabym malować kiedyś na podobnym poziomie. Mój niekwestionowany numer jeden w kategorii klasyka.


Myśląc o makijażu artystycznym, jako pierwsza przychodzi mi do głowy Sandra Holmbom, mistrzyni precyzji, wyobraźni i kreatywności. Marzy mi się taka pewna ręka i prosta kreska. Sandra zaskakuje z każdym wpisem, publikuje za każdym razem coś zupełnie nowego, nieprzewidywalnego i oryginalnego. Podziwiam jej głowę pełną pomysłów i genialne wykonanie. Chyba nie ma takiej rzeczy, której nie potrafiłaby namalować na skórze :)



Nie sposób też nie wymienić KatOsu, która jest doskonałym przykładem tego, jak talent może stać się prostą drogą do sukcesu. Jestem pod nieustającym wrażeniem jej przemiany, rozwoju i wyczucia. Jej makijaże są doskonale wyważone, czyste i piękne kolorystycznie. Nie jestem fanką jej książki ale za to bardzo doceniam jakość filmów i zdjęć, perfekcja!



Regularnie śledzę też Kosmetyczną hedonistkę, która jest nieprzyzwoicie piękna i robi obłędne makijaże. Jej zdjęcia są zawsze estetyczne, staranne a ona sama wygląda na nich jak gwiazda Hollywood. Trudno oderwać wzrok, koniecznie zajrzyjcie na jej bloga jeśli jeszcze jakimś cudem go nie znacie :)



Jeśli śledzicie zagraniczne strony makijażowe, Instagram albo Pinterest, na pewno często natykacie się na zdjęcia Agnieszki z bloga Dressed in mint Trudno się dziwić, że udostępnia je coraz więcej osób. Pięknie sfotografowane piękne makijaże :)



Będzie też akcent męski bo nie mogłabym pominąć w tym zestawieniu Daniela Sobieśniewskiego, którego makijaże śledzę już od jakiegoś czasu i marzę o kursie w jego nowo otwartej szkole (mam nadzieję, że już na wiosnę :)).  

 
Coraz więcej jest dziewczyn, które makijaż uczyniły swoją pasją lub zawodem i to jest fantastyczne. Miło jest patrzeć kiedy ktoś dzięki wytrwałości, talentowi i pracy staje się profesjonalistą. Często też widzę osoby, które są samoukami i osiągają wyższy poziom wiedzy i umiejętności niż niejeden 'zawodowiec' z przerostem samooceny nad warsztatem. Nie ma mowy o rosnącej konkurencji, ja jestem dumna, że mamy tak wiele talentów, które są dla mnie przykładem, inspirują i dają motywację do tego, by nieustannie się rozwijać, uczyć i dążyć do spełniania swoich marzeń.

Jeśli macie listę swoich ulubionych subskrypcji w kategorii makijażowej, koniecznie podzielcie się w komentarzu, z chęcią poznam kogoś nowego :)
Ala

 

środa, 7 stycznia 2015

Polecane i przereklamowane cz. 2

Wracam z drugą częścią wpisu polecane i przereklamowane, który będzie poświęcony tym razem pielęgnacji twarzy. Pojawi się też kilka drobiazgów do makijażu, zapraszam :)


ORGANIC THERAPY PIANKA DO MYCIA TWARZY
Kolejne opakowanie mojego ulubieńca ostatnich miesięcy. Ma urzekający, bardzo przyjemny zapach, leciutką konsystencję, jest delikatna dla skóry i przy tym bardzo skuteczna. Z makijażem sobie nie poradzi ale jest doskonałym uzupełnieniem płynu micelarnego. Łatwo ją zaaplikować, łatwo spłukać, nie ściąga ani nie wysusza skóry. Cena niewygórowana, bo kilkanaście złotych za 150 ml, przy czym jest bardzo wydajna. Używam już kolejnego opakowania co jest najlepszym przykładem na to, że lubię ten kosmetyk i bardzo polecam :) 

GARNIER PŁYN MICELARNY 3w1
Najlepszy drogeryjny płyn do demakijażu, jaki do tej pory znalazłam, doskonały zamiennik słynnej Biodermy. Bardzo skuteczny ale jednocześnie delikatny dla skóry, także tej wokół oczu. Dobry dla osób, które noszą soczewki kontaktowe i myślę, że sprawdzi się także w przypadku wrażliwej cery. Jest wydajny, wygodny w użyciu i niedrogi, bo za butelkę 400 ml płacimy ok. 17 złotych. Nie wiem ile już zużyłam buteleczek ale wciąż kupuje następne, także do pracy, do kufra. Na pewno pojawi się w odkryciach i hitach 2014 roku :) 

BLISTEX CLASSIC
To najlepszy sztyft ochronny i nawilżający do ust, z jakim się do tej pory spotkałam. Moim zdaniem bije Nivea i Carmex na głowę. Ma przyjemny zapach i smak, odpowiednią konsystencję i niską cenę (ok. 10 zł.). Lubię go nakładać solo i przed pomadką bo pięknie wygładza skórę warg. Na tę chwilę nie szukam innego, polecam spróbować :)

ESTEE LAUDER CLEAR DIFFERENCE SERUM
Pełna recenzja tego kosmetyku znajduje się na moim blogu tutaj: KLIK. Nadal uważam, że to świetny produkt. Z dużym żalem wyrzucam to zachomikowane opakowanie bo nowy zakup to koszt aż 380 zł / 50 ml.  Na pewno zobaczycie je jeszcze raz w poście o ulubieńcach i hitach minionego roku, bo obok kremu pod oczy to najlepszy kosmetyk marki, jakiego używałam.

SVR CHRONOLYS CREME
Krem do twarzy o działaniu energizującym i nawilżającym. Starej wersji używałam już w 2011 roku (pisałam o tym tutaj: KLIK) ale oprócz opakowania niewiele się zmieniło, skład pozostał ten sam. Buteleczka jest teraz przyjemniejsza dla oka, ma bardziej nowoczesny design. Ciekawym doświadczeniem było porównanie działania na moją skórę po prawie czterech latach. Okazuje się, że chociaż moja świadomość pielęgnacji i znajomość kosmetyków wzrosła, potrzeby mojej skóry niespecjalnie się zmieniły. Krem nadal wypadł bardzo dobrze: cera była gładka, uspokojona, nawilżona i wypoczęta. Formuła współgrała z innymi produktami do pielęgnacji i makijażu, nie mam mu nic do zarzucenia. Jeśli lubicie marki apteczne, polecam przyjrzeć mu się bliżej, szczególnie jeśli jesteście w przedziale wiekowym 25-35. 

SVR XERIALINE GOMMAGE
Wydajny skubaniec :) Używałam go dobrych kilka miesięcy jeśli nie prawie rok. Miał delikatny, świeży zapach, kremowo-żelową konsystencję z zatopionymi drobinkami, które dobrze ścierały skórę, przyjemnie masując. Peeling łatwo się spłukiwał, nie pozostawiając żadnego filmu ani tłustej warstwy. Skóra była miękka, gładka, bez zaczerwienień czy podrażnień. Bardzo przyjemny w stosowaniu, polecam jeśli lubicie mechaniczne złuszczanie. 

LA ROCHE POSAY EFFACLAR DUO
Mój ulubieniec do zadań specjalnych, kolejne opakowanie już stoi na półce w łazience. Doskonale radzi sobie z niedoskonałościami skóry, wypryskami i zaskórnikami. Wygładza, oczyszcza, łagodzi i leczy wszelkie zmiany. Niestety potrafi wysuszyć więc stosuję go co drugi dzień lub na noc, kiedy działanie kremu jest najsilniejsze, a rano stawiam na intensywne nawilżenie. Ulubieniec od wielu, wielu miesięcy, nie tylko ubiegłego roku i na pewno będę do niego wracać, o ile nowa formuła okaże się równie skuteczna.


YVES ROCHER SEXY PULP MASCARA
To jeden z absolutnych hitów glossyboxa, który poznałam dawno, dawno temu i od razu bardzo przypadł mi do gustu. Niestety okazało się, że pełnowymiarowe opakowanie już nie jest takie cudowne (będzie o tym osobny wpis). Dlatego tym bardziej się ucieszyłam kiedy kilka miesięcy temu zobaczyłam, że za kilka złotych można kupić próbki. Zrobiłam spory zapas, którym cieszę się do dziś. Tusz w tej wersji jest chyba najlepszym dla moich rzęs, jakiego kiedykolwiek używałam. Uwielbiam go za uniesienie, rozdzielenie, zagęszczenie i wydłużenie, wszystko w jednym! Jeśli miniaturki jeszcze są, koniecznie spróbujcie, ta szczotka działa cuda!

CARMEX MOISTURE PLUS
Carmex to chyba jedna z najpopularniejszych marek do pielęgnacji ust. Ja mam do niej mieszane uczucia, trochę przeszkadza mi zbyt intensywny zapach i smak.  Różową wersję kupowałam jednak ze względu na kolor, jaki zostawia na ustach. Wielokrotnie byłam pytana, jaką noszę szminkę :) Teraz przepadłam wśród pomadek więc już do niego nie wracam.

INGLOT EYE SHADOW 353
Idealny cielisty, matowy cień, który powinien być w każdej kosmetyczce. Doskonały solo, do makijażu dziennego, jako baza pod inne cienie lub do rozcierania Bardzo lubię pracować na cieniach tej marki, uważam, że choć są trochę nierówne, niejednokrotnie biją na głowę marki selektywne. Kupuję je zwykle w formie wkładów do palety ale ponieważ to kolor, którego zużywam najwięcej i najszybciej, nabyłam go luzem. W tej chwili używam MAC Brule i nie widzę między nimi żadnej różnicy poza ceną.

SMASHBOX HIGH DEFINITION FOUNDATION
Kupiłam ten podkład po bardzo okazyjnej cenie (razem z pudrem i korektorem). Sądziłam, że to kwestia mało popularnego koloru (Dark D1) ale zdążyłam użyć go raptem kilka razy kiedy zaczął się paskudnie rozwarstwiać i chlupotać. Do kosza z nim! :)

SEPHORA SMOOTHING PRIMER
Baza, którą kupiłam z polecenia jako rzekomy zamiennik mojej ulubionej Smashbox Photo Finish. To nie do końca prawda ale i tak jestem z niej zadowolona. Przyjemnie wygładza i matuje tworząc na skórze gładką, miłą w dotyku powłoczkę ale jest też dużo mniej wydajna. Smashbox wystarcza mi naprawdę na długo a Sephorę zużyłam w dwa dni (!) intensywnej pracy przy sesji. Świetnie sprawdza się na specjalne okazje, nie używam i nie polecam jej na co dzień. Nie wiem czy jeszcze do niej wrócę bo jestem nieco rozpieszczona przez konkurencyjną markę ale jeśli potrzebujecie tego typu kosmetyku od ręki, warto się jej przyjrzeć. 

To już koniec zdenkowanych produktów, idę wyrzucić śmieci ;) 
Ala


wtorek, 6 stycznia 2015

Polecane i przereklamowane

Cześć! Dzisiaj kolejna dawka mini recenzji kosmetyków, których używałam w ostatnim czasie. Zachomikowałam sporo pustych opakowań więc podzieliłam post na części - dziś pielęgnacja ciała, włosów, dłoni, a w kolejnej odsłonie pielęgnacja twarzy oraz makijaż. Zapraszam :)


BABYDREAM FUR MAMA
Płyn do kąpieli dla mam, choć nią nie jestem i jeszcze długo nie będę, to kosmetyk, który kupuję w Rossmannie najczęściej. Uwielbiam go za uniwersalność - nadaje się do kąpieli, pod prysznic, do demakijażu ale najczęściej używam go do włosów. Jest delikatny ale skuteczny, dzięki zawartości olejków nie przesusza i nie ściąga. Ma delikatny, relaksujący zapach, wygodną butelkę i lejącą konsystencję, do której początkowo trzeba się przyzwyczaić. Pisałam już o nim wielokrotnie i na pewno będzie się nadal pojawiał na blogu bo to jest mój pielęgnacyjny hit za niewielką cenę (niecałe 10 zł za 500 ml!).

REWITALIZUJĄCY SRUB CUKROWY PAT&RUB
Uwielbiam cukrowe peelingi i sporo po nim oczekiwałam, bo początkowo zachwycił mnie składem bogatym w olejki i masło shea oraz fantastycznym, orzeźwiającym zapachem. Otrzymałam go w niewielkim, bardzo wygodnym opakowaniu i na tym plusy się kończą. Jak widzicie nie zużyłam go do końca. Niestety użyty na skórze wygląda i zachowuje się jak tłuste masło z drobinkami cukru, którego naprawdę trudno pozbyć. Zostawia grubą, śliską, białą warstwę ciężką do usunięcia nawet za pomocą mydła. Nie wiem, może coś robię źle, może stał u mnie za długo (choć data ważności minie dopiero z końcem września) ale zupełnie nie umiem go wykorzystać. 

ESOTIQUE ŻEL I BALSAM DO CIAŁA
To nowości marki, które jakiś czas temu otrzymałam do przetestowania. Żel ma dość świeży zapach, ładnie się pieni i delikatnie oczyszcza skórę (nie zawiera SLS). Nie wysusza choć też nie nawilża ale robi to, czego oczekuję od tego typu kosmetyków. Na plus miękka tubka, która nie sprawia trudności w dozowaniu. Balsam niestety sprawdził się nieco gorzej, głownie za sprawą nieprzyjemnego zapachu. Producent deklaruje, że produkt zawiera kwiatowe ekstrakty ale niestety nimi nie pachnie. Może to kwestia, że te znajdują się dopiero w połowie składu. Na plus zaliczam zawartość masła shea, które bardzo lubię za właściwości pielęgnacyjne i nawilżające. 

GARNIER MINERAL ACTION CONTROL
Kulka, do której wróciłam już kolejny raz. Sprawdza się u mnie bardzo dobrze, robi wszystko, czego oczekuję od takiego kosmetyku, jest przyjemna w dozowaniu i ma ładny zapach. Chciałabym jednak zastąpić ją docelowo czymś bardziej naturalnym ale równie skutecznym więc jeśli możecie coś polecić, będę wdzięczna :) 


L'OCCITANE ŻEL POD PRYSZNIC
Odkąd zostałam zaproszona do Akademii Zmysłów, zaczęłam poznawać bliżej kosmetyki tej marki i moja sympatia do niej znacznie wzrosła. Uwielbiam je za piękne opakowania, zapachy i działanie. Żel jedynie podtrzymuje te wrażenia. Jest zapakowany w bardzo przyjemną dla oka butelkę, która wygląda jak ze starej aptecznej półki. Pachnie obłędnie, rześko, orzeźwiająco, cytrusowo i bardzo pobudzająco. 100% energii i oczyszczanie bez wysuszania, czego chcieć więcej? Niższej ceny, 65 zł za 250 ml trochę boli ;) 

ORGANIQUE PIANKA DO MYCIA CIAŁA
Tu w wersji greckiej ale każda sprawdza się świetnie, to tylko kwestia preferencji. Uwielbiam je za zapach, ta jest pod tym względem wyjątkowa. Skończyła się już jakiś czas temu a wciąż intensywnie ją czułam podczas robienia zdjęć. Jak sama nazwa wskazuje, ma konsystencję pianki / musu, który łatwo nabrać w dłoń. Dobrze się rozprowadza, dobrze pieni i dobrze oczyszcza, nie wysuszając skóry. Dzięki temu, że jest bardzo lekka i ma wygodne opakowanie, jeździła ze mną w podróże.  Zaskakująco wydajna jak na tak niewielkie (100 ml) opakowanie. Polubiłam ją do tego stopnia, że kolejne opakowanie - tym razem w innej wersji zapachowej - pojawi się w następnym poście o tej tematyce :) Polecam!

THE BODY SHOP CHOCOMANIA
Nie stronię specjalnie od słodyczy, lubię kosmetyki TBS ale mimo to dość długo męczyłam ten peeling. Może to przez wysoką wydajność (używałam głownie na kończyny), spore opakowanie albo przesyt słodkością, nie wiem. Wąchając jednak teraz to pudełko, znów mam ochotę na czekoladę. Zapach jest naprawdę smaczny, co moim zdaniem nie zdarza się często w przypadku 'czekoladowych' kosmetyków. Zwykle zalatują jakąś chemią, sztucznością a ten peeling naprawdę masz ochotę zjeść łyżeczką (to pewnie stąd znaczek, żeby nie spożywać i trzymać z dala od dzieci ;)). Drobinki cukru dobrze usuwają martwy naskórek a olejki i masło kakaowe dobrze pielęgnują skórę nadając jej miękkość i odpowiedni poziom nawilżenia. Plus za against animal testing i support community fair trade

YASUMI SUGAR SCRUB
Zapach! To pierwsza myśl jaka mi przychodzi do głowy w kontekście tego kosmetyku. Obłędny, orzeźwiający, mega świeży, pobudza ślinianki do intensywnej pracy :)  Jeśli lubicie cytrusy, koniecznie powąchajcie go przy najbliższej okazji, skondensowana energia! :) Drugi, duży plus to skład bogaty w przeróżne olejki i masło shea. Ich mieszanka z cukrem fantastycznie wygładza skórę, pozostawia na niej przyjemną powłoczkę i nawilżenie. Scrub służył mi wyłącznie do dłoni, masaż nim był wyjątkowo przyjemny. Komfort jego stosowania i efekt stawia go na podium wśród innych kosmetyków tego typu. Plus za wygodne i minimalistyczne opakowanie. Naprawdę warto wypróbować, uczta dla zmysłów.


PAT&RUB RELAKSUJĄCY BALSAM DO RĄK
Relaksujący o ile lubicie intensywną woń trawy cytrynowej i kokosa bo tej nam producent nie szczędzi. W przeciwnym razie zamiast zrelaksować, krem mocno zmęczy nasz nos :)  Ja się do niego po jakimś czasie przyzwyczaiłam ale miłości z tego nie było. Zużyłam całe opakowanie bardziej ze względu na komfort dozowania - naprawdę zastanawiam się dlaczego tak rzadko producenci sięgają po pompki, które wypychają denko do góry, to jest super wygodne i nie marnuje się nawet kropla. Działanie określiłabym raczej jako przeciętne, w odnowę i rozjaśnienie dłoni czy wzmocnienie paznokci raczej nie wierzę ale nawilżenie i wygładzenie całkiem w porządku. Mimo tego i dość bogatych składów, jakoś sceptycznie podchodzę do marki Pat&Rub. Może to kwestia sympatii do właścicielki, może niezbyt udane doświadczenia ale na chwilę obecną szukam lepszych kosmetyków.

ZMYWACZ DO PAZNOKCI
No poezja to to nie była, raczej przesusz paznokci, skórek i wszystkiego dookoła :) Kupiłam ten zmywacz przystawiona do muru na wakacjach w kiosku i strasznie długo męczyłam. Lakier zmywał ale robił przy tym takie szkody, że więcej go nie kupię a i Wam nie polecam. (Hit! Teraz dopiero zauważyłam jego cenę: 1,55, czego ja się spodziewałam :D). 

L'OREAL PARIS ODŻYWKA 7IN1
Odżywkę znalazłam w jakimś glossyboxie. Początkowo bardzo przypadła mi do gustu zarówno solo jak i warstwa podkładowa pod kolorowy lakier. Bardzo fajny pędzelek, łatwa aplikacja, szybkie schnięcie. Niestety przyjemna konsystencja dość szybko zgluciała mimo kuleczki w środku. Udało mi się zużyć do tego czasu ok 3/4 opakowania. Raczej nie kupię ponownie bo nie zauważyłam spełnienia ani jednej z siedmiu obietnic producenta.


WELLA LAKIER STAY STYLED
Każdy lakier i cokolwiek, co zawiera wysoko w składzie alk. denat.  to dla mnie prosta droga do przesuszenia włosów dlatego nie stosuję takich kosmetyków praktycznie nigdy. Myślę, że takie przypadki można policzyć na palcach jednej ręki w ciągu roku. To opakowanie było w jednym z glossypudełek i służyło mi do utrwalania brwi. Pryskałam nim szczoteczkę i ujarzmiałam niesforne włoski utrwalając przy tym wcześniej nałożony cień. Wątpię, żebym kupiła sama jakiekolwiek opakowanie :) 

TAFT LAKIER POWER HAARLACK
Może i brakuje mi doświadczenia w stosowaniu produktów do stylizacji włosów ale ten mogę ocenić - szajs i badziew. Używałam go na włosach do stylizowania fryzury podczas mistrzostw wizażu i przeklinałam pomysł wrzucenia go do kufra. Sklejał i oblepiał włosy, osiadał na nich w formie małych kropelek i białych kropek. Może nie mam ręki do lakieru i wprawy ale jeśli kiedykolwiek będę musiała kupić kosmetyk do utrwalenia, na pewno nie wybiorę tego lakieru. Na szczęście kupiłam w Rossmannie małe opakowanie ale i tak ląduje w koszu. 

JOANNA NATURIA ODŻYWKA BEZ SPŁUKIWANIA
Bardzo lubię odżywki bez spłukiwania tej firmy, bez względu na wersję i bardzo ubolewam, że nie mogę ich nigdzie ostatnio dostać. Używałam tej z pokrzywą i zieloną herbatą zamiennie z miodem i cytryną i nie widzę większej różnicy. Obie bardzo mi pomagały w rozczesywaniu umytych włosów kiedy nie miałam czasu na nałożenie odżywki do spłukania lub maski (czyli codziennie rano ;)).  Włosy są po nich sypkie, przyjemne w dotyku i miękkie. Nie odżywiają głęboko i nie zdziałają cudów na wysuszonych czy zniszczonych pasmach ale jako produkt 'wspierający', sprawdzały się na medal, szczególnie przy cenie ok. 4 zł / 200g. Trzeba być czujnym bo wersja do spłukania jest w niemal identycznym opakowaniu ;) Jeśli jednak wiecie, gdzie można dostać tę dla bardziej leniwych, dajcie znać bo u  mnie już denko :) 


Chciałam krótko i konkretnie ale wyszło jak zawsze ;) Gratulację dla wytrwałych, którzy przeczytali całość. Jeśli znacie zamienniki tych produktów, które możecie polecić albo macie z tymi jakiekolwiek doświadczenia, zachęcam do wymiany opinii w komentarzach :) A w kolejnej odsłonie pielęgnacja twarzy i kilka drobiazgów do makijażu. 

Uściski! 
Ala



sobota, 3 stycznia 2015

Kosmetyki MAC - polecane i przereklamowane

Cześć :) Dziś chcę napisać kilka słów o kosmetykach MAC, o które dostaję sporo pytań. Używałam ich szczególnie często w minionym roku i chociaż moja kolekcja nie jest powalająca, część z nich mogę polecić z czystym sumieniem, a część odradzić bo niestety nie wszystkie produkty przypadły mi do gustu...


1. PALETKA CIENI
Paletkę kupiłam razem z jednym wkładem w odcieniu Brule (to ten cielisty na samej górze :)). Pasują do niej wkłady Inglota oraz Kobo i pozostałe trzy krążki są właśnie tych firm). Sama paletka sprawdza się u mnie doskonale. Jest niewielka (7,5x7,5 cm), lekka, bardzo solidnie wykonana i ma magnetyczne zamknięcie. Dzięki przezroczystemu wieczku łatwo mogę zlokalizować kolory. Mogę też łatwo i bezpiecznie wyjąć z niej wkłady bez uszkodzenia cieni, bo od spodu ma specjalne wgłębienia. Na co dzień do pracy wolę większe palety ale ta jest idealna na wyjazdy i do codziennych, prostych makijaży dla siebie. Bardzo polecam jeśli chcecie złożyć sobie same zestaw najbardziej uniwersalnych, najczęściej używanych odcieni. 

O samym cieniu Brule nie mogę powiedzieć za wiele. Zwykły, matowy, cielisty, kupiłam go jako bazę pod inne kolory i do rozcierania i jestem zadowolona. Za wkład zapłaciłam około 50 złotych. Uważam, jednak, że identycznie sprawdzał się Inglot 353 (10 złotych). Szczerze mówiąc pracowałam na cieniach MAC i nie widzę większej różnicy między nimi a naszą rodzimą marką. W asortymencie są inne produkty, w które warto zainwestować - w cienie na chwilę obecną nie widzę sensu.

2. BLENDING BRUSH 217
Kultowy pędzel marki, który ja także bardzo polubiłam. Używam go każdego dnia, co widać zresztą na zdjęciu ;) Posiadam w swojej kolekcji różne pędzle do blendowania, zamienniki innych firm łudząco podobne do niego (np. Maestro) ale mimo to nie sposób się pomylić - ten jest naprawdę najlepszy. Pracuje niemalże sam, ma idealne włosie i nie trzeba mieć wprawnej ręki, rozetrze wszystko :) Mam go już ponad dwa lata i oprócz tego, że starł się nieco napis z trzonka, nic się z nim nie dzieje, mimo wbrew pozorom czystego prania ;) Kosztuje sporo, bo 105 zł ale warto w niego zainwestować bo posłuży nam naprawdę lata.

3. OPULASH MASCARA 
To opakowanie, nie wiem jakim cudem, przechomikowałam aż dwa lata :D Postanowiłam jednak wrzucić je do treści posta bo pamiętam, że z tego wielkiej miłości nie było. Za tę cenę można kupić dwa o niebo lepsze tusze z drogeryjnej półki. Nie wiem czy w ogóle wrócę kiedykolwiek do mascar MAC, bo choć ten nie był jakiś dramatyczny, nieco mnie uprzedził.

4. FACE AND BODY FOUNDATION, N1
Podkład, z którym musiałam się początkowo długo oswajać, przyzwyczajona do zupełnie innych formuł na co dzień. Wielokrotnie widywałam go na toaletkach moich ulubionych wizażystów więc postanowiłam przetestować go na sobie. Kupiłam opakowanie 50 ml, idealne na pierwszy raz choć i tak zaskakuje wydajnością. Uwielbiam tę buteleczkę - jest leciutka, miękka, idealna do podróżnej kosmetyczki. Sam podkład ma bardzo płynną, lejącą konsystencję, wręcz wodnistą. Trzeba się do niej przyzwyczaić i pamiętać, by wstrząsnąć porządnie buteleczkę przed użyciem. Zamiast pompki ma dziubek, który łatwo dozuje odpowiednią ilość produktu. Sam podkład sprawdza się u mnie idealnie na co dzień - jest trwały, wodoodporny, łatwo się rozprowadza różnymi technikami. Daje lekkie, bardzo naturalne wykończenie i efekt zdrowej skóry. Na twarzy jest praktycznie niewyczuwalny, chwilę po nałożeniu zastyga i zostaje tak aż do demakijażu. Producent określa krycie jako delikatne do średniego. Skłaniam się raczej ku pierwszemu, w przypadku niedoskonałości trzeba sięgnąć po korektor, bo sobie nie poradzi. W zamian dostajemy jednak naprawdę naturalny look, bez efektu maski. Ja nie używam już do niego pudru, bo lubię jego lekko satynowe wykończenie i delikatny blask.Zdecydowanie polecam go wypróbować, szczególnie tym z Was, które nie zmagają się z niedoskonałościami a chcą jedynie wyrównać koloryt skóry. 

 

5. PRO LONGWEAR CONCEALER 
To jest mój ulubiony korektor ze wszystkich, jakie testowałam do tej pory. Zużyłam już kilka buteleczek i stale do niego wracam. Używam najczęściej dwóch kolorów NC15 i NW 20 i to właśnie ten widzicie na zdjęciu. Idealnie sprawdza się zarówno pod oczy jak i do zakrycia drobnych niedoskonałości czy przebarwień. Zdarza mi się też mieszać go z kremem i nakładać na całą twarz jako krem koloryzujący. Nie gromadzi się w  załamaniach skóry nawet, jeśli go nie zagruntuję (nie zawsze używam pudru). Spotkałam się z opiniami, że wysusza skórę pod oczami ale u mnie nic takiego nie miało miejsca. Myślę, że systematycznie pielęgnowana i nawilżona skóra poradzi sobie z tym bez problemu. Dwa minusy, jakie do tej pory odnotowałam to: buteleczka z bardzo delikatnego szkła oraz pompka. Korektor bardzo łatwo zbić i nie potrzeba do tego ani dużo siły ani wysokości. Przekonałam się o tym sama kiedy niemal pełne opakowanie roztrzaskało się w drobny mak... Czytałam też wiele negatywnych opinii o pompce i ja sama miałam na początku problem z dozowaniem odpowiedniej ilości produktu. Zauważyłam jednak, że ostatnie opakowanie pracuje już bez zarzutu więc albo producent ulepszył mechanizm albo trafił mi się taki egzemplarz. Mimo to nie zrażam się i kupuję kolejne opakowania bo to korektor, na którym naprawdę mogę polegać. Na pewno pojawi się w hitach kosmetycznych 2014 roku. 

6. BRONZING POWDER BRONZE
Bronzer w klasycznym, czarnym opakowaniu z lusterkiem. Najgorszy zakup jaki zrobiłam, musiałam mieć jakąś pomroczność albo zachłysnęłam się amerykańskim, wielkim salonem MAC. Szukałam matowego, delikatnego, chłodnego bronzera. Początkowo rzeczywiście był matowy ale pod wierzchnią cieniutką warstwą ukryły się złote drobiny, których szczerze nie znoszę. Mam też wrażenie, że nie bardzo mogę opanować jego aplikację. Dużo łatwiej i przyjemniej korzysta mi się z Bahama Mama choć i ten bywa kapryśny i trudny. Możliwe, że wrócę do niego latem ale póki co nie jestem do niego przekonana i przyklejam mu łatkę 'przereklamowane'.

7. WELL DRESSED POWDER BLUSH
Ten kosmetyk z kolei stoi na podium w kategorii ulubionych róży, tuż obok Clinique Cheek Pop i Kryolana. Uwielbiam go i sięgam po niego niemal każdego dnia, bez względu na to jaki makijaż noszę. Pasuje niemal do wszystkiego i wszystkim, jest cudownie uniwersalny. Pięknie podkreśla policzki, nadaje cerze zdrowego blasku i świeżości, wygląda bardzo lekko. Używam go kiedy chcę wyglądać na wypoczętą i wyspaną lub kiedy moja skóra jest szara i zmęczona. Idealnie nadaje się też do makijażu nastolatki, kobiety dojrzałej, osób o różnym typie urody i karnacji. Trudno zrobić nim sobie krzywdę, nie zostawia plam a efekt można z łatwością stopniować dokładając kolejne warstwy. Jestem bardzo zadowolona z tego zakupu i na pewno kupię kolejne opakowanie.

8. POMADKI: FANFARE, ANGEL, FAUX
Pomadki były tym, co w produktach MAC kusiło mnie najbardziej. Pozytywne recenzje, piękne kolory, oszałamiający wybór odcieni, minimalistyczne opakowanie i osławiona trwałość kusiły, aż kupiłam pierwsze egzemplarze. Pierwszą, która znalazła się w mojej kosmetyczce była Fan Fare (cremesheen) Kupiłam ją też siostrze i obie wpadłyśmy w zachwyt :) Bezproblemowa aplikacja, piękny choć naturalny kolor, który w jednej chwili ożywa twarz, zaskakująca trwałość, wszystko czego można oczekiwać od tego typu kosmetyku. Jakiś czas później kupiłam kolejne odcienie, wciąż z kategorii nude: klasyczną, bardzo popularną Angel (frost) i Faux (satin) oraz Russian Red, dla mojej siostry, która maluje usta znacznie mocniej niż ja. Wszystkie bardzo lubię choć muszę przyznać, że po Angel, po której spodziewałam się najwięcej, sięgam najrzadziej. To jest bardzo dobry początek kolekcji, która na pewno urośnie przy okazji kolejnego wyjazdu do Stanów. Ceny są tam znacznie przyjemniejsze dla portfela, a przynajmniej były, dopóki dolar nie zaczął szaleć...


Mam nadzieję, że te mini recenzje okażą się dla Was pomocne. Jeśli macie jakiekolwiek pytania albo chcecie zobaczyć któreś z kosmetyków z bliska, dajcie znać, zrobię osobną notatkę i weźmiemy je pod lupę :) Zimowe światło może nie sprzyja, ale się nie poddamy! :) 

Uściski! 
Ala




UA-49610063-1