wtorek, 15 grudnia 2015

Zimowy makijaż - kobaltowa kreska

Zima i okres świąteczny kojarzy nam się z innymi kolorami. Myśląc o makijażu na tę porę roku jako pierwsze do głowy przyszłyby mi odcienie złota, srebra, błękitów, brokaty i nasycona czerwień ust. Ale dziś mam na myśli zimę kolorystyczną - typ, który lubi nasycone, kontrastowe, chłodne odcienie, w tym między innymi kobalt. Zainspirowała mnie marka Happiness Boutique, która wysłała mi jakiś czas temu w prezencie kolię w takich właśnie barwach. Od razu jak rozpakowałam pudełko, pomyślałam o bardzo prostym, szybkim i uniwersalnym makijażu z kreską w roli głównej.  




Do wykonania makijażu użyłam podkładu, o który często pytacie - Make Up Atelier Paris w odcieniu NB2. Jest lekki i niemal niewidoczny na skórze ale świetnie wyrównuje koloryt i ukrywa drobne niedoskonałości. Wspomogłam się korektorem Estee Lauder Double Wear i transparentnym pudrem Kryolan. Makijaż oka to także cienie MAP; z tuszem trochę poszalałam, bo użyłam czarnego i w odcieniach kobaltu ale z ostatecznego efektu nie jestem do końca zadowolona. Znacznie lepiej wyglądałyby czarne plus jakiś dyskretny pasek sztucznych, do poprawienia następnym razem :) Kreskę zrobiłam sypkim cieniem Kobo. Uwielbiam je za te kolory, zobaczcie same! 


A Wy wiecie jakim typem kolorystycznym jesteście i jakie kolory Wam pasują? Znajdziemy tu 'zimę'? :) 

Uściski, 
Ala 



środa, 18 listopada 2015

Polecane i przereklamowane - pielęgnacja i makijaż

Po poprzednim poście, dotyczącym pielęgnacji cery, dzisiaj czas na pielęgnację ciała, włosów i coś do makijażu. Zacznę od ostatniej kategorii, jak przystało na wizażystkę i fankę wszystkiego, co nadaje się do malowania :)


MAX FACTOR, 2000 CALORIE
Dwa puste opakowania, które  widzicie to dramatic volume i waterproof volume, czyli wersja pogrubiająca i wodoodporna kultowego tuszu. Przetestowałam już niezliczone ilości mascar i szczerze mówiąc nie widzę sensu wydawania więcej niż 100 zł na ten kosmetyk, a na drogeryjnych półkach niejednokrotnie znajdziemy takie, które biją na głowę propozycje selektywnych marek (tusze Estee Lauder są pod tym względem chyba najgorsze). Ofertę Max Factora bardzo lubię i chętnie do niej wracam a wersja wodoodporna królowała w tym roku w makijażach okolicznościowych, które miałam okazję robić. Powiem więcej, sama po niego sięgnęłam malując się na własny ślub więc lepszej rekomendacji nie mam :) Jeden z tuszy ze zdjęcia jest w kolorze black, drugi w kolorze rich black ale nie widzę między nimi różnicy. Wersja wodoodporna ma nieco smuklejszą szczoteczkę ale efekt daje bardzo podobny. Rzeczywiście jest super wodoodporna, na moim ślubie rzęsy przetrwały w nienaruszonym stanie łzy wzruszenia i taniec w strugach deszczu :) Plus za łatwą dostępność i niską cenę. 

MAKE UP ATELIER PARIS, FLUID WODOODPORNY
Mój ukochany podkład na większe wyjścia i do zadań specjalnych. Idealnie sprawdza się w makijażach okolicznościowych, ślubnych, fotograficznych czy przy charakteryzacji. Jego główną zaletą jest ładne krycie przy maksymalnie naturalnym efekcie na twarzy i uniwersalność względem różnego rodzaju cer - dobrze wygląda zarówno u nastolatki jak i kobiety dojrzałej, choć wiadomo, wiele zależy od techniki aplikacji. Lubię go też za super trwałość, jest wodo- i potoodporny, nie ściera się i nie waży ale nie będę się rozpisywać bo szykuję dla Was większą recenzję ze swatchami wszystkich odcieni, jakie posiadam w kufrze. Na razie oczywiście polecam bardzo tym bardziej, że nie odbiega cenowo od odpowiedników dostępnych w sklepach (110 zł / 30ml) a wybór kolorów jest naprawdę imponujący. 


HOLIKA HOLIKA BABY SIKY FOOT, PEELINGUJĄCE SKARPETKI 
Pewnie już dobrze znacie ten dziwny produkt - zakładacie na stopy specjalne skarpetki, wlewacie do środka płyn z saszetek, czekacie półtorej godziny, zdejmujecie, po kilku dniach gubicie skórę jak gad jakiś i cieszycie się miękkością niemowlęcych stópek. Tak jest za pierwszym razem. Później niestety to już tak nie działa i nie wiem od czego to zależy. Robiłam zabieg już trzykrotnie i tylko przy pierwszym efekt był zaskakujący mimo, że od ostatniego minął rok. Nie kupię ponownie choć przyznam, że zabawa była wesoła :)

ECOLAB, SZAMPON OBJĘTOŚĆ I WZROST
Nie pamiętam już kiedy sięgałam po drogeryjny szampon, niemal całkowicie przestawiłam się na kosmetyki naturalne (w tym rosyjskie) i metodę kubeczkową. Wybrałam EcoLab ze względu na roślinny skład (97%) w tym olejek jojoba, olejek z kiełków pszenicy, macadamia, ekstrakt z hibiskusa, oczaru wirginijskiego, masło shea. Szampon miał regenerować, wzmacniać, odżywiać i chronić włosy, sprawiać, że będą miękkie i puszyste. Efekt? Pozytywny ale nie szokujący :) To dobry produkt do codziennej pielęgnacji, łagodnie oczyszczał, nie wysuszał, nie plątał a olejki zawarte w składzie nie obciążały moich cienkich i delikatnych pasm. Nie zauważyłam ani spektakularnego wzrostu ani objętości ale włosy ładnie się układały i były przyjemnie miękkie w dotyku. Na dodatkowy plus z pewnością zaliczam zapach i praktyczną, poręczną butelkę (250 ml). Możliwe, że jeszcze kiedyś do niego wrócę, tym bardziej, że kosztuje zaledwie kilkanaście złotych.

SALLY HANSEN, INSTA-DRI, WYSUSZACZ DO LAKIERU
Produkt, bez którego nawet nie siadam do malowania, nie ważne jakim kolorem. Błyskawicznie wysusza lakier, już po chwili można wrócić do normalnych czynności a malując wieczorem położyć się spać bez odbitej pościeli na powierzchni paznokci. Ma odpowiednią konsystencję, idealny pędzelek i nie zbiera koloru, dzięki czemu do końca pozostaje czysty nawet gdy poprzednia, kolorowa warstwa jest jeszcze całkiem mokra. Niestety gęstnieje i nie da się go zużyć do końca ale to się zdarza każdemu, jeszcze nie zużyłam nigdy żadnego lakieru do ostatniej kropli. Faktem jest jednak, że od połowy jego aplikacja zaczyna przysparzać trudności. Drugim minusem, który irytuje jeszcze bardziej jest łuszczący się czerwony lakier ze szklanej buteleczki, który jakimś cudem migruje na pędzelek i do środka. O ile maluję odcieniami czerwieni, nie przeszkadza mi to w ogóle, gorzej jeśli sięgam po odcienie mleczne lub przezroczyste. Mimo to kupiłam kolejną buteleczkę bo jest znacznie tańsza od Essie Good to go a spełnia swoje zadanie równie dobrze.

BUMBLE AND BUMBLE, HAIRDRESSER'S INVISIBLE OIL
Odżywka, która spełnia obietnice producenta w 100%: przygotowuje włosy do stylizacji, zmiękcza je, ułatwia rozczesywanie, chroni przed uszkodzeniami, ciepłem suszarki i promieniami uv. Idealna, jeśli nie mam czasu na spłukiwanie - wystarczy odrobina by bez problemu i bólu rozczesać wilgotne pasma. Produkt jest w plastikowej, wygodnej butelce z atomizerem, która umożliwia pokrycie włosów równą mgiełką. Ja jednak wolę dwa, trzy psiknięcia rozetrzeć w dłoniach i tak nanieść na włosy. Oprócz działania ma też inną zaletę - przepięknie pachnie :) Na minus mogę zaliczyć tylko dostępność (Sephora) i wysoką cenę (109 zł / 250 ml) ale jeśli chcecie ją przetestować przed zakupem, niedawno weszły wersje podróżne w cenie 39 zł / 60 ml, warto skorzystać.

PLANETA ORGANICA, MYDŁO DO CIAŁA I WŁOSÓW ALEPPO
W grudniu dostałam pierwsze opakowanie i pamiętam, że nie bardzo wiedziałam co z nim zrobić :) Mydło przypominało wyglądem smar, było ciemne i lepkie i miałam opory przed użyciem, szczególnie na włosy. Szybko okazało się jednak, że to doskonały kosmetyk i od tamtej pory kupiłam już kilka opakowań dla siebie i najbliższych. Mydło jest bardzo uniwersalne, nadaje się do oczyszczania twarzy, ciała i włosów (metodą kubeczkową, nie polecam nakładać bezpośrednio na mokre pasma). Nie wysusza skóry, wręcz przeciwnie - nawilża, odżywia, oczyszcza i odświeża. Jest dosłownie napakowane drogocennymi, naturalnymi składnikami a przy tym pięknie pachnie - rozpuszczone w wannie pełnej wody gwarantuje relaksującą kąpiel. Sprawdzi się też, jeśli macie twardą wodę, która powoduje swędzenie skóry - mydło jest delikatne i łagodzi dyskomfort. Na plus także duże, wygodne opakowanie i cena - około 39 złotych za piękny skład i wysoką wydajność. Jeśli jeszcze go nie używałyście, bardzo polecam.

ORGANIQUE, SPICY SUGAR BODY PEELING
Skończyłam już to opakowanie już jakiś czas temu ale nie doczekało się wcześniejszej recenzji. Nie wiem dlaczego o nim nie wspomniałam, bo to naprawdę fajny kosmetyk. Peeling ma przede wszystkim przepiękny, korzenny zapach i solidne cukrowe drobinki ścierające, przez co spełnia swoje zadanie wzorowo. Jest idealny na chłodniejsze miesiące bo oprócz tego, że oczyszcza, odświeża i złuszcza martwy naskórek, także głęboko odżywia i rozgrzewa (zawiera masło shea, olej sojowy, cynamon, imbir, kompleks protein z nasion ryżu i soi oraz witaminę E). Pozostawia na skórze ochronną warstwę, więc efektami zabiegu możemy cieszyć się przez dłuższy czas. Bardzo polecam powąchać a na pewno go kupicie! :) Organique nie zawodzi, jak zwykle!

MASKA DO WŁOSÓW
Niestety pod wpływem wilgoci całkowicie zniszczyła się etykieta z napisami po polsku ale to termoaktywna maska do włosów z miodem i ekstraktem z łusek cebuli :) Dostałam ją w prezencie od Sylwii (pozdrawiam! :)), u której działała bardzo przeciętnie, a ponieważ mamy zupełnie inny typ włosa, ja bardzo lubię jej buble i odwrotnie, miałam nadzieję, że dla mnie okaże się hitem. Niestety u mnie także okazała się przeciętna, nawet w kierunku słabej. Nie radziła sobie z odżywieniem moich włosów, blaskiem a nawet łatwym rozczesywaniem. Określiłabym ją raczej jako odżywkę do spłukania. Zużyłam ją do zabezpieczenia końcówek włosów podczas mycia przed szamponem.

To wszystko jeśli chodzi o zużyte kosmetyki w ostatnim czasie. Niebawem jesienne nowości w pielęgnacji :) Gorące uściski, 
Ala 


środa, 14 października 2015

Jak rozpoznać dobrą makijażystkę?

Kiedy rozpoczynałam szkołę wizażu, zawód makijażystki stawał się coraz bardziej popularny ale nie był chyba tak bardzo modny jak teraz. Niestety nadal nie ma u nas jasnych kryteriów, które z ogromnej grupy miłośniczek makijażu wyłoniłyby zawodowców. Obecnie makeup artist może nazywać się zarówno domorosła pasjonatka jak i osoba z państwowym dyplomem i tytułem mistrza. Wywołuje to wiele kontrowersji w środowisku ale nie o tym chciałam dzisiaj dyskutować :) Dziś chcę napisać o tym, na co warto zwrócić uwagę aby mieć pewność, że spośród olbrzymiej ilości ofert, wybrałyśmy dobrze.


Pytaj znajomych 
Opinie w Internecie bywają cenną wskazówką ale nigdy nie wiesz kto je pisze, jakie ma oczekiwania i gust :) Najlepiej zapytaj koleżanek czy nie znają kogoś godnego polecenia.

Przejrzyj portfolio
Kiedy już zdecydujesz się na konkretną osobę, przejrzyj jej portfolio lub zdjęcia dotychczasowych makijaży. Pozwoli Ci to poznać jej styl i zorientujesz się czy maskuje niedociągnięcia photoshopem, czy ma lekką rękę czy idzie raczej w kierunku ciężkich, mocnych makijaży. Wybierz kilka prac, które podobają Ci się najbardziej i powiedz o nich podczas pierwszej wizyty.

Nie bój się pytań
Spisz sobie pytania, które chcesz zadać. Może jesteś ciekawa na jakich kosmetykach pracuje, jakie ma doświadczenie itp. Masz prawo wiedzieć komu powierzasz usługę, szczególnie w tak ważnym dniu jak ślub. Nie przejmuj się też, jeśli to ona zasypie Cię pytaniami. Widząc i malując kogoś po raz pierwszy, trzeba wręcz zapytać o możliwe alergie, preferencje i oczekiwania. Jeśli to jest makijaż ślubny, dobra makijażystka zada wiele pytań o całą masę szczegółów takich jak odcień i krój sukni, kolory dodatków, charakter przyjęcia czy jego porę. Nie myśl, że jest wścibska, próbuje jedynie idealnie dopasować look do okoliczności (no chyba, że ma jeden, uniwersalny makijaż, który trzaska jak leci - jeśli nie pyta o nic tylko od razu bierze się za malowanie, bądź czujna ;)). 

Umów się na makijaż próbny 
Jest konieczny. Nie oszczędzaj na nim pieniędzy a oszczędzisz nerwy i stres w dniu ślubu.  Pozwoli Ci to zorientować się czy osoba do której przyszłaś rzeczywiście spełni Twoje oczekiwania. Pamiętaj, że to Ty masz wyjść zadowolona. Jeśli pierwsza propozycja Ci się nie spodoba, poproś o inną, próbuj do skutku aż będziesz miała pewność, że to jest to, w czym czujesz się pięknie :) Przy okazji przekonasz się też czy dana osoba potrafi wykonać tylko jeden rodzaj makijażu czy jest wszechstronna.Wiele makijażystek niestety uważa, że kreska i doklejenie sztucznych rzęs robi całą robotę, umiejętność modelowania oka schodzi na drugi plan.


Zrób zdjęcie, poproś bliskich o opinię
Po skończonej pracy, warto zrobić zdjęcie, zarówno w świetle naturalnym jak i sztucznym, po kilku godzinach. Dzięki temu przekonasz się, że piękny efekt nie zniknie jak tylko wyjdziesz za drzwi ale jest zasługą dobrej techniki, profesjonalnych produktów i utrwalenia. Poproś bliską i szczerą osobę by oceniła jak makijaż prezentuje się na Tobie.
 
Obserwuj - safety first!
To jest moim zdaniem najważniejszy punkt. Domyślam się, że próbny makijaż może się wiązać z emocjami i nie rejestrujemy wielu szczegółów ale warto rozejrzeć się, zanim zaczniesz być malowana. Zobacz jak wizażystka przygotowuje się do pracy - czy ma czyste dłonie, czy je myje lub dezynfekuje zanim dotknie Twojej twarzy, czy posiada płyn odkażający, czy kosmetyki w kuferku nie wyglądają na prastare i czy panuje w nim porządek. Zawsze, ale to zawsze upewnij się czy pędzle, których zamierza użyć są czyste! Nie wahaj się zaprotestować jeśli narzędzia budzą Twoje wątpliwości, bardzo łatwo zarazić się w ten sposób chorobami skóry czy opryszczką, a takiej pamiątki szybko nie zapomnisz. Bądź czujna jeśli makijażystka pracuje taśmowo i przyjmuje wiele osób jednego dnia. Higiena i Twoje zdrowie są najważniejsze!

Bądź krytyczna :)
Nie bój się otwarcie powiedzieć, jeśli coś Ci się nie podoba. Najgorzej kończy się wizyta u makijażystki, kiedy obie nie jesteście zadowolone z efektu końcowego ale żadna nie powie tego wprost. Makijaż to nie tatuaż, wszystko można szybko poprawić :) Właściwa osoba nie obrazi się, jeśli poprosisz o coś innego tylko będzie szukała najlepszego rozwiązania. Możliwe, że sama zauważy, że coś jej nie gra, zmyje fragment i poprawi. Tak jest zdecydowanie lepiej niż przybieranie dobrej miny do złej gry :) Gwarantuję, że jeśli zagrasz w otwarte karty, od razu rozpoznasz fachowca i większa szansa, że wynik Waszej współpracy będzie satysfakcjonował Cię znacznie bardziej.

Nie sugeruj się wyglądem makijażystki
To jest bardzo kontrowersyjny punkt i pewnie wiele osób się ze mną nie zgodzi ale mimo wszystko uważam, że tu trzeba wrzucić trochę na luz. Nie wyobrażam sobie wykonywać codziennie pełnego makijażu, szczególnie kiedy pracuję wiele godzin w trudnych warunkach. Zdarzało mi się słuchać, że powinnam być własną wizytówką, że wygląd wizażysty jest bardzo ważny ale to nie ja mam być gwiazdą tylko osoba, która siada pod moje pędzle. Rozumiem osoby, które dbają o swój nienaganny wizerunek ale uważam, że malowanie siebie a malowanie kogoś to dwie różne historie. Często się zdarza, że ktoś kto wygląda przepięknie i robi perfekcyjną kreskę stopami przy zamkniętych oczach, słabo radzi sobie z malowaniem kogoś i odwrotnie ;) Makijażysta powinien być przede wszystkim czysty i schludny, osoba zaniedbana lub przesadnie wystylizowana i wymalowana nie wzbudziłaby mojego zaufania.

Uwzględnij koszty i czas
Ceny to temat bardzo kontrowersyjny i indywidualny. Unikam komentowania cennika innych bo za każdym stoi inna droga do zawodu ale wątpię aby ktoś kto poświęcił mnóstwo pieniędzy i czasu na naukę, szkolenia, warsztaty, egzaminy, ktoś kto ma kufer wyposażony w wysokiej jakości, profesjonalne i świeże kosmetyki i narzędzia, ktoś kto dojeżdża do klienta wyceniał swoją pracę na 50 złotych :) Ustal też z makijażystką czas, jaki będzie potrzebny na malowanie, żebyś nie zdziwiła się jeśli będziesz gotowa po kwadransie albo ponad dwóch godzinach :) Każda z nas ma inny styl pracy ale lepiej unikać skrajności. Pamiętaj, że makijaż fotograficzny, kamuflujący czy makijaż próbny do ślubu trwają zawsze dłużej niż klasyczne, okolicznościowe. 













Oczywiście nie uważam się za wyrocznię, makijaż to moja pasja a nie źródło utrzymania i tak go traktuję. Nie chcę uderzać w mądraliński ton bo mi też darzyło się zaliczyć kilka wpadek, z których nie byłabym zadowolona jako klient ale staram się traktować dziewczyny, które siadają pod moje pędzle tak, jak sama chciałabym być potraktowana. Zdarzało mi się też odmówić pracy w sieciówce (akcja typu tydzień z makijażem, darmowe malowanie, nie pamiętam dokładnie). bo nie zapewniono mi higienicznych podstaw a nie mogłam zabrać swoich pędzli konkurencyjnej marki. Pomyślałam więc, że taki post może okazać się przydatny dla tych z Was, które pierwszą wizytę u makijażystki mają jeszcze przed sobą.

Pamiętajcie - czyste narzędzia i higiena pracy to absolutna podstawa. Profesjonalista zawsze przygotowuje warsztat i dba zarówno o bezpieczeństwo klienta, jak i własne. Jeśli jest brudno, wiejcie, choćbyście nie wiem jak pragnęły metamorfozy! :)

Bardzo jestem ciekawa czy Wy macie już jakieś doświadczenia w tej kwestii. Byłyście kiedyś u makijażysty? Koniecznie dajcie znać o swoich wrażeniach.
Ala





poniedziałek, 12 października 2015

Polecane i przereklamowane #5 - pielęgnacja cery

Dziś kilka słów o kosmetykach do pielęgnacji twarzy, których używałam w ostatnim czasie. Skończyłam całe opakowania więc mogę wreszcie napisać o nich kilka słów rzetelnego komentarza. Po statystykach widzę, że lubicie te krótkie recenzje więc zapraszam :) 


NATURA SIBERICA, PIANKA DO MYCIA TWARZY
Jak już pisałam wielokrotnie na blogu, uwielbiam pianki do mycia twarzy. Są lekkie, łatwo się rozprowadzają i zmywają, są delikatne ale jednocześnie dobrze radzą sobie z usunięciem zanieczyszczeń. Ostatnio chętnie sięgałam po produkty zza wschodniej granicy ale akurat do tego już nie wrócę. Samo działanie oceniam przeciętnie, pianka nadaje się raczej do odświeżenia po nocy niż do zmycia resztek makijażu. Ma lekką, nawet zbyt luźną konsystencję, ja wolę kiedy produkt jest bardziej zbity i trzyma się skóry. Największym jej minusem jednak jest zapach, już od pierwszego użycia wiedziałam, że jej wykończenie będzie ciężkim zadaniem. Trudno go opisać, bo z niczym mi się nie kojarzy ale naprawdę zniechęcał mnie do sięgnięcia po produkt. Na plus zaliczam niską cenę (nieco ponad 20 zł/150 ml, w zależności od sklepu), wiele ekstraktów w składzie, ładne opakowanie, dobry aplikator i super wydajność do ostatniego mililitra (dosłownie, pompka podawała jeszcze piankę jak opakowanie było już puste :D). Mimo wszystko poszukam czegoś bardziej przyjemnego dla nosa.

THE BODY SHOP, OLEJEK Z DRZEWA HERBACIANEGO
Produkt do zadań specjalnych, a mówiąc wprost, do pryszczy ;) Antybakteryjny, kojący, idealny na wypryski, skaleczenia, ugryzienia czy drobne niedoskonałości. Nałożony szczypie jak dziki ale po chwili pięknie wysusza, goi i oczyszcza problematyczne miejsca. Olejek jest bestsellerem marki i ma już 20 lat więc w tym roku firma postanowiła wypuścić go w większej, limitowanej buteleczce (klik). Ja jednak sięgnęłabym i tak po małą bo to produkt super ekstra wydajny, 10 ml wystarcza na naprawdę bardzo, bardzo długo jeśli tak jak ja, stosujecie tego typu specyfiki punktowo (podobno można dodawać go do maseczek, kremów albo używać do inhalacji). Ma charakterystyczny, mocny zapach, lekką, nietłustą konsystencję i wygodne, szklane opakowanie z dozownikiem kropel. Kosztuje około 20 zł/10 ml, minusem jest niestety jego dostępność (tylko w salonach TBS) ale jeśli zmagacie się z problematyczną cerą, warto go poszukać. 

LA ROCHE POSAY, EFFACLAR DUO
Podobnie jak poprzednik, krem na okolicznościowe niedoskonałości. Pisałam już o nim wcześniej na blogu, to nie pierwsze moje opakowanie i na pewno nie ostatnie. Bardzo go lubię choć sięgam po niego zwykle raz w miesiącu, kiedy moja cera staje się na kilka dni bardziej problematyczna ;) Szybko zwalcza niedoskonałości, zatkane pory, działa oczyszczająco, antybakteryjnie i łagodząco. Uwielbiam jego świeży zapach, kremowo- żelową konsystencję i szybkie wchłanianie. Nie ściąga skóry, nie wysusza, łatwo się rozprowadza i idealnie nadaje pod makijaż. Uratował mnie już nie raz dlatego przymykam oko na dość wysoką cenę (ok. 50 zł/40ml) bo jest bardzo wydajny. Polecam.

ESTEE LAUDER, KREM POD OCZY REVITALIZING SUPREME
Mini krem (5ml), który kupiłam w zestawie promocyjnym z korektorem pod oczy za 39 zł. Bardzo polubiłam oba produkty, a najbardziej ich cenę (sam krem, 15 ml, kosztuje 249 zł!). O korektorze jeszcze napiszę, dzisiaj o kosmetyku pod oczy. Krem jest bardzo dobry, przyjemnie pachnie, ma lekką konsystencję, szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej ani tłustej warstwy. Nie walczę jeszcze ze zmarszczkami ale widzę, że dobrze nawilża i wygładza okolice oczu, skóra jest wypoczęta i odżywiona a spojrzenie świeże. Nadaje się zarówno rano, pod makijaż, jak i na noc (wówczas nakładam nieco grubszą warstwę). Jest wydajny, ma piękne opakowanie i świetnie sprawdza się w podróżnej kosmetyczce. Na pewno będę polowała na tę ofertę bo jestem fanką mniejszych opakowań, bardzo się opłaca cenowo i spełnia moje aktualne oczekiwania w 100%.

CLINIQUE, MOISTURE SURGE INTENSE
Beztłuszczowy, bezzapachowy i antyalergiczny nawilżający krem do skóry suchej lub odwodnionej. Tak deklaruje producent. 15ml produktu wystarczyło mi by przekonać się, że nie do końca. Kosmetyk ma rzeczywiście przyjemną, nieco żelową, chłodną konsystencję, szybko się wchłania, pachnie charakterystycznie dla marki Clinique ale nie daje spektakularnego nawilżenia. Nie czułam obiecanego 24-godzinnego komfortu a mam cerę normalną dlatego zużyłam go na dekolt i szyję. Myślę, że dla cery suchej będzie mimo wszystko zbyt lekki. Koszt jest dość spory, za 50 ml płacimy 199 zł. Poszukam w tej cenie czegoś bardziej odżywczego.

SYLVECO, LEKKI KREM BRZOZOWY
Jeden z popularniejszych kremów marki, skusiłam się na niego po wielu recenzjach. Rzeczywiście jest bardzo lekki, napakowany drogocennymi, wartościowymi składnikami naturalnymi (betulina, mydlnica lekarska, ksylitol, oleje, masło shea, witamina E, aloes itp). idealny do codziennej pielęgnacji cery. Skóra jest po nim miękka, elastyczna i nawilżona. Świetnie sprawdza się pod makijaż, wchłania się bardzo szybko do matu. Posiada bardzo praktyczne, lekkie i ładne opakowanie z pompką, która dozuje odpowiednią ilość produktu. Na plus działa też niska cena (ok. 30 zł) i coraz lepsza dostępność kosmetyków tej marki. Działanie oceniam dobrze ale: krem sprawdzi się raczej latem, raczej na dzień, raczej dla mało wymagającej cery. Na noc i na chłodniejsze dni wybieram bardziej odżywcze kremy dlatego teraz sięgnęłam po wersję nagietkową i jestem z niej znacznie bardziej zadowolona.

LOVE ME GREEN, REGENERUJĄCY KREM NA NOC
Próbka kremu z ekologicznym mleczkiem pszczelim. Nie pamiętam już skąd ją wzięłam ale okres letnich wyjazdów zmotywował mnie do jej zużycia. Jak to bywa w wakacje, to znajomość krótka i raczej bez powrotów i tęsknot ;) Krem miał fajne, miękkie opakowanie, ładny, świeży zapach i bardzo przyzwoity, bogaty skład pełen naturalnych dobroci ale nie zachęcił mnie do dłuższej znajomości. Ot, zużyłam i zapomniałam.

SYLVECO, TYMIANKOWY ŻEL DO TWARZY
Moje pierwsze zetknięcie z marką Sylveco, kupiłam go pod wpływem recenzji Nissiax83 i choć kosmetyki tej marki wzbudziły moją ogromną sympatię, do tej wersji już nie wrócę. Żel ma typową dla tych kosmetyków konsystencję, ładnie się pieni, dość dobrze oczyszcza skórę bez efektu ściągnięcia ale ma zbyt intensywny zapach. Mogłam się tego spodziewać, skoro w składzie ma olejek tymiankowy i kwas jabłkowy ale trudno mi się było do niego przyzwyczaić. Skład oczywiście bardzo na plus, kwas jabłkowy rozjaśnia i wygładza (próbowałyście domowego toniku z octem jabłkowym? cudo!) tymianek i pantenol łagodzi i koi, sam żel jest delikatny i  łagodny dla skóry. Na plus pompka, która dozuje odpowiednią ilość produktu, niska cena  i ładne, bardzo poręczne opakowanie (150 ml, idealnie do podróżnej kosmetyczki). Zamiast kolejnej buteleczki wybrałam wersję Biolaven, która pachnie zdecydowanie przyjemniej. Rozważam też wersję rumiankową ale jeśli nie macie wyjątkowo wrażliwych nosów, tymiankowa też jest warta wypróbowania. Tak czy inaczej, brawa dla Sylveco! :)

To tyle na dzisiaj. Dajcie znać czy miałyście te kosmetyki albo jakie zamienniki polecacie, chętnie poczytam Wasze opinie.
Ala



niedziela, 4 października 2015

Targi URODA - ulubione stoiska i zakupy

Co roku w Gdańsku, w okresie jesiennym, odbywają się Targi Kosmetyczno - Fryzjerskie URODA. W dwóch poprzednich edycjach brałam udział jako uczestnik Mistrzostw Wizażu, tym razem ze względu na temat konkursu postanowiłam odpuścić. Nie mogłam jednak odmówić sobie odwiedzenia ulubionych stoisk i choć nie miałyśmy z siostrą szczególnych zakupowych zamiarów, nie obyło się bez niewielkich zdobyczy :) Dziś więc o tym, co według mnie warto było kupić i których wystawców warto odwiedzić przy najbliższej okazji.


MAKE-UP TRENDY 
Bardzo lubię i regularnie kupuję ten kwartalnik. Znajdziecie w nim mnóstwo fantastycznych makijaży zarówno profesjonalistów światowej sławy, jak i amatorów o wielkim talencie. Do tego wiele wartościowych artykułów, porad, przegląd nowości na rynku i firm branżowych. Jestem pełna uznania dla wydawcy za jakość, otwartość na publikacje i konkurs, jaki stworzyli dla osób, których prace znalazły się w druku. Jestem zaszczycona, że udało mi się zamieścić tam także swój makijaż. Na targach co roku jest Pani Beata Marek, naczelna pisma, która jest niesamowicie radosna, sympatyczna i komunikatywna. Na stoisku można kupić najnowsze wydanie oraz uzupełnić kolekcje o numery przegapione. 

SKIN79
Tę markę widziałam na targach po raz pierwszy ale ponieważ właśnie miałam klikać swój krem online, postanowiłam jednak go zakupić na miejscu - jak się okazało z zaskakującym rabatem bo zamiast 100 kosztował mnie 80 zł. Wybrałam swojego ulubieńca marki, Hot Pink - będzie idealny na okres jesienno-zimowy. Cieszę się, że pojawili się ze swoim stoiskiem, na którym można było przetestować każdy z kremów BB. To moja ulubiona azjatycka marka, pewnie odwiedzę ich znów za rok. 


KRYOLAN
Chyba jedno z najlepiej wyposażonych stoisk. Co roku jestem zaskoczona ilością asortymentu, jaki ze sobą przywożą. Znajdziecie tu wszystko do makijażu i charakteryzacji oraz wszelkie akcesoria. Ja w tym roku nie miałam wielkich potrzeb, jestem już po sprzątaniu kufra po sezonie ślubnym i muszę jedynie uzupełnić braki w podkładach więc zdecydowałam się tylko na jednorazowe szczoteczki do tuszu, które kupuję regularnie, oraz szpatułkę. To, co z czystym sumieniem mogę polecić to fixer w sprayu, puder matujący, paletkę na szminki (identyczna jak Japonesque), szminki, róże, żelowe eyelinery oraz produkty do charakteryzacji - lakiery, lateks, sztuczną krew, co tylko podpowiada wyobraźnia. Na minus zaliczam ceny - takie jak w regularnym sklepie, bez zniżek nawet przy większych zakupach (w zeszłym roku zaszalałam, teraz za szczoteczki i szpatułkę zapłaciłam ponad 50 złotych - sporo).

MAESTRO
Ilość pędzli na stoisku Maestro naprawdę robi wrażenie. Znajdziecie tam dosłownie wszystkie możliwe rodzaje pędzli i wszystkie macie ochotę zabrać ze sobą :) Ja uzupełniłam swoją kolekcję na bogato dwa lata temu i ponieważ nic się z nimi przez ten czas nie stało, w tym roku zakupy zrobiłam bardzo skromne - kupiłam trzy pędzelki do eyelinera - jeden prosty i dwa skośne oraz jeden języczkowy do bazy i podkładu. Uwielbiam te krótkie trzonki z travel set, są idealne nie tylko w podróży ale też dla krótkowidzów, którzy tak jak ja uderzają trzonkiem o lusterko :) Moim ulubieńcem jest ten czerwony ze zdjęcia - posiadam kilka sztuk bo są najwygodniejsze podczas robienia makijażu komuś, szczególnie z drżącą powieką. Na targach można je kupić pojedynczo na sztuki, na stronie niestety sprzedawane są w zestawie, który u mnie kompletnie się nie sprawdził. 


KOSMETYKOMANIA
Najbardziej oblegane stoisko na targach :) Niestety trzeba odczekać swoje żeby cokolwiek kupić lub zadać pytanie. W tym roku wystawione były głównie woski Yankee Candle, babeczki do kąpieli, kosmetyki Sleek, Makeup Revolution i The Balm. Sam sklep uwielbiam ale po raz kolejny miałam wrażenie, że głównym towarem jest marka Makeup Revolution, która w moim odczuciu jest bardzo tandetna i nie umiem zrozumieć zachwytu blogerek - podejrzewam, że jest to sprytny marketing bo kosmetyki wyglądają jak dla małych dziewczynek albo lalek, a po ich stanie na stoisku wnioskuję, że nie są też zbyt solidne. Mam to szczęście, że Kosmetykomania ma sklep w Gdańsku więc w każdej chwili mogę podjechać na spokojne zakupy wśród szerokiej gamy marek oferowanych stacjonarnie.  

GLAM BRUSH 
Także po raz pierwszy na trójmiejskich targach. Tym razem nic nie kupiłam ale cieszę się, że miałam możliwość spotkać Hanię na żywo i chwilkę porozmawiać. Moja siostra zdecydowała się na gąbeczkę do makijażu więc jeśli jesteście ciekawe, podpytam ją o wrażenia.  

SYLVECO 
Zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie - stoisko z pełnym asortymentem, przemiłą i pomocną obsługą, niskimi cenami (niestety wielu wystawców podczas targów ma ceny jak w regularnych sklepach) oraz masą próbek i gratisów do zakupów. Ponieważ mam już jakieś doświadczenie z marką, wymieniłam się z Panią spostrzeżeniami a w zamian otrzymałam wiele wskazówek, sugestii i rekomendacji. Zdecydowałam się na ich bestseller, lipowy płyn micelarny oraz peeling i żel myjący (miałam kupić jakąś naturalną piankę ale uwiódł mnie jego obłędny zapach). Gratis otrzymałam dwie pełnowymiarowe szminki (jedną z nich podarowałam siostrze) oraz garść próbek - miły gest, który na pewno zachęci mnie do ponownych odwiedzin za rok.


Wśród wystawców z branży kosmetycznej znajdziecie na targach też produkty fryzjerskie, do pielęgnacji włosów i do manicure oraz takie, które ciężko zakwalifikować - przypominają wszystko po 5 złotych made in China :) Zwykle omijałam je bez większego zainteresowania ale tym razem moja siostra wypatrzyła na jednym z nich moje ukochane rzęsy Stars Colors. Kupuję je dużych ilościach przez internet (Allegro) i wiem, że sprawdzają się doskonale, to moje ulubione kępki. Klei się je banalnie łatwo, są na maleńkim pasku a nie na supełku, dzięki czemu są przyjemniejsze w aplikacji. Ich największą zaletą jest to, że są bardzo lekkie i wygodne, niemal niewyczuwalne na oku. Pięknie zagęszczają i unoszą naturalne rzęsy, wyglądają super naturalnie i nie wymagają tuszowania. Mają piękny profil i kilka długości do wyboru, ja najczęściej sięgam po 8 i 10 mm. Mogłabym się nimi jeszcze długo zachwycać ale chyba wystarczającą rekomendacją jest to, że zdecydowałam się użyć ich do własnego makijażu ślubnego :) Są prawdziwą perełką wśród innych produktów na tym stoisku. Ja zdecydowałam się jeszcze na buteleczkę z pompką z zamiarem używania jej z płynem do demakijażu. Czasem podczas malowania kogoś brakuje mi rąk, muszę wszystko odłożyć by nabrać odrobinę na wacik a często zdarza mi się przesadzić z ilością bo mój ulubiony różowy Garnier dozuje płyn dość obficie. Mam nadzieję, że ten drobiazg ułatwi mi pracę.


Czy warto wybrać się na targi? 
To zależy. Wejściówka na jeden dzień to koszt 15 zł, na dwa 25 zł plus płatny parking.
Jeśli nastawiacie się na duże zakupy i macie sporo czasu, to warto - wystawców jest naprawdę wielu, oferta bogata i różnorodna i u niektórych można otrzymać naprawdę spore zniżki. W programie jest sporo atrakcji, warsztaty, konkursy i pokazy. Na miejscu można też umówić się na zabieg kosmetyczny, zrobić paznokcie, fryzurę, makijaż albo masaż (nigdy z tego nie korzystałam więc nie wiem do końca na jakich to działa zasadach ale stanowiska oferujące takie usługi są zawsze mocno oblegane; wydaje mi się, że trzeba po prostu stanąć w kolejce i poczekać). Przy odrobinie szczęścia można pewnie się odstawić od stóp do głów i wyjść z siatami pełnymi cudów :) Dla fanek urody lub osób pracujących w branży, skupienie wszystkich wystawców w jednym miejscu to nie lada gratka.
Jeśli jednak nie macie dużych potrzeb, doskonale wiecie czego szukacie i nie potrzebujecie konsultacji, nie lubicie tłumów a w dodatku mieszkacie w Trójmieście, to nie warto. Wiele marek (Kryolan, Bikor, Kosmetykomania, Sylveco) jest dostępnych stacjonarnie - sklepy mają pełen asortyment i nie trzeba się przepychać, żeby coś obejrzeć. Cenowo zwykle wychodzi bardzo podobnie a nawet jeśli chcecie zamówić coś online, koszt dostawy pewnie będzie niższy niż koszt uczestnictwa i parkingu. 

Ja swoją wejściówkę otrzymałam od Make-up Trendy i cieszę się, że zdecydowałam się pojechać. Fajnie było obejrzeć mistrzostwa wizażystów ze strony widowni, spotkać znajomych, odwiedzić wykładowców szkoły wizażu, do której chodziłam, przyjrzeć się kosmetykom z bliska i poznać nowe marki. IMATS to to nie jest ale mimo zmęczenia, maleńkich zakupów i późnej godziny udział bardzo poprawił mi nastrój :) 

Na koniec szczypta złośliwości - na targach możecie zaobserwować wachlarz fatalnych makijaży :D Nie wiem na czym to polega, czy wydarzenie zobowiązuje i niektóre uczestniczki chcąc pokazać się jak najlepiej nakładają wszystkiego za dużo, czy eksperymentują na każdym stoisku i wychodząc przybierają karykaturalne formy ale my z siostrą, w delikatnych makijażach, czułyśmy się nagie :P Szaleństwo! :)

A Wy, bierzecie udział w tego typu wydarzeniach? 
Ala




środa, 9 września 2015

Ogród miłości - makijaż do sesji zdjęciowej

Jakiś czas temu znów miałam okazję pracować z fantastyczną ekipą, tworząc stylizowaną sesję zdjęciową, składającą się aż z kilku części. Realizowaliśmy ją w czerwcu, pokazała się już na kilku stronach więc czas i na bloga :) Pierwsza odsłona do Piknik, do którego zrobiłam bardzo lekki makijaż, który miał pasować do stylizacji i subtelnej urody modelki, Ani oraz niewielką korektę modela, Radka.









Takie sesje to niesamowita lekcja współpracy z wieloma osobami, od stylisty, fryzjera, dekoratorów, samych modeli, po fotografów i realizatorów materiału wideo. To jest dla mnie prawdziwy zaszczyt, że mogę być częścią teamu profesjonalistów i zdobywać doświadczenie przy takich projektach! :)

Pomysł i produkcja: Valentina Pokrovskaya - Be My Valentine Wedding Alchemy by Valentina​ (www.bemyvalentine.pl) / Zdjęcia: Agnieszka Potocka (www.subobiektywna.pl), Jarosław Klechowicz (www.wedding-movies.pl) / Wianek oraz dekoracje kwiatowe: Justyna Stachowska z Projekt Kwiaty​ (www.projektkwiaty.pl) / Miejsce: Pałac Ciekocinko Hotel Resort & Wellness​ (www.palacciekocinko.pl) / Ubiór Narzeczonego: PAWO Gdańsk Alfa Centrum / Stylizacja fryzur: Aleksandra Czerwińska​ / Stylizacja narzeczonych, ozdoby i inne akcesoria: Wedding Art - butik ślubny​ (www.weddingart.com.pl) / Modele: Anna Krawczyk​ i Radek Janowicz / Makeup: Alicja Jublewska

Zamieściłam tylko część sesji. Jeśli interesuje Was całość, zajrzyjcie na przykład tutaj: 
http://www.wnetwesele.pl/artykuly/ogrod-milosci-sesja-zareczynowa-105.html 

Uściski!
Ala


 

wtorek, 1 września 2015

Letni niezbędnik czyli moje najlepsze kremy z filtrem

Wstyd się przyznać, ostatni wpis jest z czerwca a tego posta zaczęłam dwa miesiące temu! Przygotowania, ślub, miesiąc miodowy pochłonęły mnie na tyle, że na jakiś czas odłożyłam blogowe obowiązki. Po powrocie jedna z czytelniczek tak mi suszyła głowę, że postanowiłam nieśmiało wrócić i napisać kilka zdań - Justyna, ten wpis jest z dedykacją dla Ciebie :D

Miałam pisać o filtrach więc konsekwentnie dokończę ten temat. Co prawda w wielu miejscach robi się już nieco jesiennie ale wciąż jest upalnie i słonecznie! Poza tym te produkty przetestowałam solidnie w trakcie tropikalnego urlopu więc teraz lepiej wiem, co mówię :) Filtry, bo o nich mowa, stosuję przez cały rok, bez względu na opinie, które krążą w sieci. Nie twierdzę, że chemia w nich zawarta jest neutralna dla zdrowia ale mimo wszystko traktuję je jako ochronę mojej skóry i podstawowy etap pielęgnacji przeciwzmarszczkowej :) Po wielu próbach wybrałam te, które u mnie wypadły najlepiej.



Pozwólcie, że daruję sobie tysiąc zdjęć pudełek z każdej strony, kopiowanie informacji od producenta i szczegółowe analizy ;) Chciałabym, żeby moje nowe recenzje ograniczały się tylko do podstawowych informacji i rzeczywistych wrażeń. Wierzę w Waszą inteligencję i umiejętność wyszukiwania informacji a jednocześnie chcę, żeby moje notatki nie były katalogiem reklamowym sampli tylko krótką, szczerą opinią. 

Gdybym miała ułożyć powyższe kremy według pozytywnych wrażeń z używania, na pierwszym miejscu bezapelacyjnie znalazłby się SVR Defense Anti-Age. Spodobał mi się najbardziej pod względem działania - przy nim najlepiej czułam, że oprócz ochrony przeciwsłonecznej, pielęgnuje moją skórę, która była miękka, promienna i odżywiona. Krem ma cudowny zapach, doskonale się rozprowadza i wchłania, nadaje się pod makijaż nawet gdy się spieszymy. Moim zdaniem sprawdzi się przy każdego rodzaju cerze. Dodatkowym plusem jest witamina C, którą moja skóra uwielbia. Dostałam go do przetestowania ale kiedy skończę wszystkie filtry, których używam aktualnie, pewnie do niego wrócę. Minusem jest niestety jego cena, kosztuje ponad stówkę (w sieci Dbam o zdrowie nawet 170 zł!) ale warto polować na promocje bo rozrzuty cenowe są kosmiczne.

Następnym w kolejności byłby Vichy Capital Soleil. Kupiłam go z myślą o bardzo suchej skórze mojego męża (wow, napisałam to pierwszy raz! męża! :D) ale podkradałam regularnie do samego końca. Doskonale sprawdził się także na mojej mieszanej/normalnej cerze, dając maksymalną ochronę. Ten produkt najlepiej 'czułam' na skórze, jest dość ciężki w porównaniu do pozostałych i dobrze na niej siedzi. Zapach jest mniej przyjemny niż powyżej ale najbardziej neutralny z tych wszystkich więc jeśli macie wrażliwe nosy, ten najlepiej przypadnie Wam do gustu. Myślę też, że sprawdzi się idealnie przy cerach suchych i wrażliwych, rzeczywiście jest aksamitny. Czy coś mnie wkurza? Niekonsekwencja w opakowaniach, nie dość, że w na stronie producenta jest w innym kolorze, to wypuścili jeszcze wersję matującą, niemal identyczną wizualnie. Trzeba się mieć na baczności, żeby kupić rzeczywiście ten, o który nam chodzi. Plusem jest cena, nie odstaje na półce z kremami przeciwsłonecznymi tak jak poprzednik.

Ostatnim jest La Roche Posay Anthelios AC, nie oznacza to jednak, że był kiepski. Wręcz przeciwnie, bardzo go lubiłam za skuteczność, praktyczne i 'bezpieczne' opakowanie i lekka formułę. Jest zdecydowanie najbardziej płynny z nich wszystkich ale dzięki solidnej buteleczce, bez obaw mogłam wrzucić go do torebki czy podróżnej kosmetyczki. Niestety ma dość specyficzny i intensywny zapach ale za to łatwo się rozprowadza (dobrze jest wstrząsnąć przed otwarciem). Ten moim zdaniem dobrze sprawdzi się przy cerach mieszanych lub tłustych, ładnie się wchłania nie pozostawiając lepkiej warstwy. Niemal od razu można zrobić makijaż choć zdarzyło mu się kilka razy zrolować, nie wiem od czego to zależy, możliwe, że moja skóra po prostu potrzebowała peelingu. Jest najbardziej matujący ze wszystkich. Jeśli nie lubicie filtrów za ich treściwą formułę i kłopotliwą aplikację, ten powinien sprostać Waszym oczekiwaniom. Cena też nie zabija więc warto wypróbować :)

O tym jak ważne i skuteczne są filtry przeciwsłoneczne przekonałam się podczas jednego dnia wakacji. Był pochmurny dzień a ja w pośpiechu nie użyłam żadnego kremu. Poparzyłam skórę i do dziś mam na ciele całą paletę brązów w różnych odcieniach ;)

Oprócz filtrów używam bez przerwy wody termalnej Uriage. Jestem od niej uzależniona, do Stanów zabrałam 5 butelek (!!!), trzy średnie i dwie małe. To nie jest normalne ale co zrobić, to mój must have i już :)

I to tyle. Mam nadzieję, że gorący okres już powoli minie i będę mogła wrócić do spokojnego ale w miarę regularnego blogowania. Dajcie znać czy jeszcze tu w ogóle jesteście :)

Uściski,
Ala



piątek, 5 czerwca 2015

Rossmannowe hity - polecane i przereklamowane

Podczas ostatniej wielkiej promocji w Rossmannie skusiłam się na kilka produktów, które od dłuższego czasu zbierają doskonałe recenzje na innych blogach. 40% zniżki było dobrą okazją do tego by poznać je na własnej skórze. Czy rzeczywiście były warte zakupu? Niestety nie wszystkie...


Moje zakupy, jak same widzicie, były dość skromne. Postanowiłam zużywać najpierw kosmetyki, które już posiadam a poza tym przy szafach, nawet w małych miejscowościach, panował totalny armagedon. Kobiety dostały małpiego rozumu a moje zasoby cierpliwości okazały się mniejsze niż sądziłam. Niektóre panie mają taką wprawę w odkręcaniu wszystkich tuszy i błyszczyków na czas, że spokojnie mogłyby dorabiać skręcając długopisy :D

Kupiłam kilka rzeczy - internetowych hitów i kilka tych, które już znałam i wiedziałam, że warto. Do tych drugich zalicza się wysuszacz Sally Hansen, który spisał się u mnie na tyle dobrze, że to już moja kolejna buteleczka. Chwyciłam też tusz Max Factor 2000 calorie w wersji wodoodpornej, bo dobrze go znam i nie wyobrażam sobie bez niego kuferka. Dokupiłam też dwa pędzle Real Techniques, które lubię najbardziej z całej mojej kolekcji! Ten duży do różu to już mój drugi egzemplarz, ten mniejszy okazał się nieoceniony do precyzyjnego konturowania i rozświetlacza i chyba kupię jeszcze jeden dla siebie, bo ten powędrował do kuferka. 

Reszta to kosmetyki kupione ze względu na sławę, którą zawdzięczają... no właśnie nie do końca wiem czemu. Żaden z nich, ani tusz, ani krem CC ani te niby szałowe szminki nie zachwyciły mnie na tyle, żeby kupić je ponownie.

Tusz ma bardzo dziwną konsystencję, jest suchy i skleja rzęsy mimo, że kształt szczoteczki teoretycznie obiecuje precyzyjne rozdzielenie. Możliwe, że jakaś klientka wsadziła tam już swoje łapska i wysychał sobie czekając aż po niego przyjdę :) Kupiłam jeszcze później wersję wodoodporną z myślą o makijażu ślubnym więc będę mu się jeszcze bacznie przyglądać ale póki co jestem rozczarowana, bo spodziewałam się po nim znacznie więcej. Krem CC od Bourjois z prawdziwym CC ma niewiele wspólnego. Ot, krem tonujący a raczej zwykły podkład. Na plus zaliczam lekkie, wygodne opakowanie, które fajnie się sprawdza w wyjazdowej kosmetyczce. Niestety reszta wypada już przeciętnie: od koloru, jak na ivory dość ciemnego, przez aplikację i krycie, aż po trwałość i właściwości pielęgnacyjne. Na mojej skórze, która nie sprawia większych problemów, jest widoczny nawet po nałożeniu beauty blenderem. Oczekiwałam że efekt będzie bardziej naturalny, wracam więc do niezastąpionych Skin79. Testując szminki zadawałam sobie w kółko pytanie: dlaczego u mnie nie działa? Dlaczego inne dziewczyny się nimi zachwycają a u mnie, mimo regularnej pielęgnacji ust, prezentują się sucho i nierówno? Malowałam ostatnio koleżankę, która wybrała wersję w kolorze fuksji i wyglądała niesamowicie, a u mnie (kolory jak widzicie bardziej neutralne) szału nie ma. 

Możliwe, że kupując same kosmetyki, jesteśmy wobec nich bardziej wymagające i uważne niż wtedy, kiedy przychodzą w hojnych paczkach. Możliwe, że prezentują się znacznie lepiej na dobrze oświetlonych zdjęciach albo na tle kolorowej gazety i sezonowych kwiatków, a później nadchodzi zderzenie: oczekiwanie vs rzeczywistość :) Możliwe, że testując w krótkim czasie niezliczone ilości różnych produktów w niektórych rzeczywiście dostrzegamy coś więcej. Ja po raz kolejny nacięłam się na taki 'hit', tyle dobrego, że od całego mojego rozczarowania mogę odjąć 40% :)

O kosmetykach wychwalanych na blogach, które u mnie okazały się bublami mogłabym napisać osobny post :) Oczywiście nie jest to regułą, bo wielokrotnie trafiłam też na prawdziwe perełki. A Wam przytrafiły się takie zakupowe wpadki?

Ala


poniedziałek, 25 maja 2015

Makijaż do letniej sesji zdjęciowej

Jakiś czas temu miałam przyjemność wziąć udział w sesji zdjęciowej dla http://boutiquebielizny.com/ wykonując makijaże pięknym modelkom. Kolorowe stroje kąpielowe, bliskość plaży i nadmorskie wnętrze sopockiej restauracji White Marlin sprawiły, że choć wstałam o 4 rano, czułam się jak na wakacjach :) Atmosferę podkręcała dodatkowo wesoła ekipa, która łączyła profesjonalizm ze świetną zabawą. Zobaczcie pierwsze efekty:







Zdjęcia: Łukasz Pęcak
Restauracja White Marlin
Makijaż: ja

Jeśli szukacie oryginalnych kostiumów kąpielowych w ciekawej kolorystyce albo bielizny dobrej jakości, serdecznie polecam zajrzeć na boutiquebielizny.com :)  
Jak Wam się podoba taka letnia odsłona? 

Ala
 

środa, 20 maja 2015

Polecane i przereklamowane #4

Kolejna część serii krótkich recenzji, które dziś dotyczą pielęgnacji ciała. Zapraszam :)


RECEPTY BABUSZKI AGAFII - SZAMPON NR 4 NA KWIATOWYM PROPOLISIE
Niedawno używałam tego szamponu i wspominałam o nim na blogu, to jest kolejna buteleczka. Odkąd przestawiłam pielęgnację swoich włosów na rosyjskie specyfiki, nie wrócę już do drogeryjnych, mocnych szamponów, choćby nie wiem jak skuteczną miały reklamę i jak piękną szatę graficzną. Przekonałam się, że delikatne, naturalne produkty mogą równie dobrze oczyszczać włosy, dodatkowo je pielęgnując. Przy moich delikatnych, cienkich pasemkach, takie zabiegi sprawdzają się doskonale. Koszt, jaki trzeba wydać jednorazowo jest co prawda nieco wyższy ale nie jest to aż takie nadszarpnięcie budżetu a wydajność szybko to rekompensuje. Ja do tego stosuję metodę kubeczkową, bo szampon jest gęsty, więc wystarcza mi naprawdę na długo. O zapachu mogłabym pisać godzinami, musicie kiedyś powąchać :) Tak, kupię kolejny :)

BABYDREAM FUR MAMA - PŁYN DO KĄPIELI 
Powinnam dostać kartę stałego klienta choćby za ilość litrów, jakie już kupiłam :) Uwielbiam ten kosmetyk i regularnie uzupełniam zapasy. Jest idealny do codziennego mycia włosów, kąpieli i pod prysznic. W sytuacjach kryzysowych sprawdza się też do demakijażu i czyszczenia pędzli. Jest tani, łatwo dostępny, przyjemnie pachnie i stanowi moje ulubione połączenie delikatności ze skutecznością oczyszczania. W ciąży, nie w ciąży, będę go kupować zawsze! :)

GREEN PHARMACY - JEDWAB W PŁYNIE
Czyli serum na łamliwe końcówki. Jestem dość nieufna do produktów typu jedwab do włosów bo najczęściej jest to silikon, który moim włosom akurat nie za bardzo służy ale o nim naczytałam się wielu pozytywnych recenzji i postanowiłam wypróbować. Stosowałam go głównie zimą, kiedy moje pasma do ramion ocierały się o szaliki i kołnierze płaszczy. Sądzę, że krzywdy mi nie zrobił a końcówki i tak regularnie podcinam. Czy kupię ponownie? Nie, bo mimo, że działanie ma całkiem przyzwoite, do szału doprowadza mnie oblepiona butelka, którą naprawdę trudno otrzymać w czystości. Teraz pewnie przerzucę się na olejek z pestek malin, który ma naturalne filtry chroniące włosy przed szkodliwym działaniem słońca.

URIAGE - WODA TERMALNA
Najbardziej niepozorny kosmetyk, bez którego nie wyobrażam sobie kosmetyczki. Mam kilka butelek, używam jej do użytku prywatnego jak i pracy. Pisałam już wielokrotnie o szerokim zastosowaniu wody. Pryskam twarz przy codziennej pielęgnacji, budzę się nią rano kiedy jest mi wyjątkowo ciężko wstać, nawilżam zastygające maski z glinek, moczę pędzelek robiąc kreskę cieniami na mokro. Ponadto przynosi ulgę po depilacji, opalaniu albo po prostu w upalne, letnie dni, w długiej podróży samolotem. Jest idealna do szybkiego odświeżenia. Długo by pisać, musicie przekonać się same. Najlepsza woda termalna dostępna na naszym rynku, zdecydowanie :) 

ORGANIQUE - MASŁO DO CIAŁA Z MASŁEM SHEA I ŻURAWINĄ
To jest jeden z najpiękniej pachnących kosmetyków, jakie kiedykolwiek miałam. Wielokrotnie zdarzało mi się odkręcić opakowanie tylko po to, żeby wsadzić do środka nos :) Samo masło było gęste, treściwe, aż trudne do nabrania palcami ale pod wpływem ciepła ciała, zmieniało się w oliwkę, doskonałą do masażu. Skóra była solidnie natłuszczona, nawilżona i miękka. Na duży plus skład, w którym masło shea jest na pierwszym miejscu, zaraz po nim wosk pszczeli, cetearyl alcohol (to ten dobry ;)) i olejki: sojowy, winogronowy i z awokado.  Uwielbiam kosmetyki Organique za zapachy i pewnie skuszę się jeszcze nie raz. 

KHADI - HENNA DO WŁOSÓW ORZECHOWY BRĄZ
Jakiś czas temu z zaciekawieniem czytałam blogi na temat pielęgnacji włosów, szczególnie farbowania henną. Szukałam sposobu na kolor bez szkody dla moich cienkich jak piórka pasemek. Przyznam, że początkowo byłam zadowolona ale schody się zaczęły kiedy po hennie, w chwili pośpiechu, położyłam u fryzjera farbę 'profesjonalną' a potem znów hennę. W konsekwencji mam do tej pory nierówne włosy i to nie z powodu siwych nitek, tylko z powodu pigmentu, który wniknął w strukturę włosów, uniemożliwiając równą koloryzację i rozjaśnienie. W chwili obecnej nie jestem zadowolona z koloru moich włosów, są zbyt ciemne i nie do końca czuję się z tym dobrze. Nie winię za to oczywiście produktu tylko swoją niewiedzę ale do henny już pewnie nie wrócę ze względu na to, że jest dość nieprzyjazna w użytkowaniu - wymaga mieszania w odpowiedniej temperaturze, czasu na utlenienie w ciepłym miejscu, starannego nałożenia, co przy jej tępej konsystencji wcale nie jest łatwe ani przyjemne. Do tego dochodzi trudny do zniesienia zapach i czas, jaki musi upłynąć od farbowania do pierwszego mycia (co dla mnie oznaczało siedzenie w domu przez cały dzień, bo głowę myję codziennie rano). Kolor wychodził całkiem przyzwoity ale suchość włosów też nie zachęcała do dalszego eksperymentowania dlatego świadoma, że włosy będę musiała farbować coraz częściej, wracam jednak pokornie do usług fryzjerskich.

Na jakiś czas to tyle, mogę wyrzucić śmieci ;)  W kolejnym poście coś, co lubię najbardziej czyli makijaże! :)
Uściski,
Ala


wtorek, 19 maja 2015

Polecane i przereklamowane #3

...czyli krótkie recenzje kosmetyków, które testowałam na własnej skórze w ostatnim czasie. Przyznam, że sporo tych produktów kupiłam pod wpływem pozytywnych opinii ale nie wszystkie się u mnie sprawdziły. Jesteście ciekawe, które konkretnie? Zapraszam na nowy post! :)



ORGANIC THERAPY - PIANKA DO MYCIA TWARZY
Pisałam już o niej nie raz, zarówno recenzję (tutaj) jak i wspominałam przy denkach. Zużyłam już kilka opakowań i wciąż wracam bo to najlepszy kosmetyk do oczyszczania skóry, jaki do tej pory poznałam. Uwielbiam ją za skuteczność i delikatność jednocześnie, przyjazny skład, wygodne i praktyczne opakowanie, wydajność, lekką formułę, obłędny zapach, przyjemną aplikację, pielęgnację cery i niską cenę (kilkanaście złotych). Mój absolutny ulubieniec, polecam każdemu!

INGLOT - LAKIER PODKŁADOWY DO PAZNOKCI ROZDWAJAJĄCYCH SIĘ
Kupiłam go jako bazę pod lakiery kolorowe, które często odbarwiają mi płytkę paznokcia. W tej roli sprawdził się dobrze, był bezbarwny, łatwo się nakładał, miał wygodny pędzelek i szybko wysychał. Niestety nie wpłynął na rozdwajanie się płytki, z czym się zmagam szczególnie w przypadku dwóch paznokci ale nie nastawiałam się też na spektakularne zmiany. Żegnamy się bo zgęstniał na tyle, że nie jestem już w stanie nim pracować. Czy kupię ponownie? Nie. Zraziłam się do tej półki produktów Inglota, kiedyś bardzo lubiłam ich lakiery ale zauważyłam spory spadek jakości. Poszukam zamiennika w niższej cenie. 

ZIAJA - PASTA DO GŁĘBOKIEGO OCZYSZCZANIA TWARZY
Polubiłam ją na tyle, że kupiłam kolejne opakowanie zanim to się skończyło. Bardzo fajna pasta, po której rzeczywiście czuć, że skóra jest oczyszczona. W średnim niestety składzie (jak to w Ziai) zawarta jest zielona glinka i ostre drobinki, które przypadną do gustu fankom porządnego peelingu. Nakładam niewielką ilość na wilgotną skórę, masuję by zetrzeć martwy naskórek a następnie zostawiam na dłuższą chwilę, zwilżając raz na jakiś czas wodą jak klasyczną maseczkę z glinki. Taki zabieg stosuję raz, dwa razy w tygodniu maksymalnie. Bardzo ją lubię za gęstość, mocno oczyszczające działanie, piękny, świeży zapach, wydajność i niską cenę.  Myślę, że nie sprawdzi się jednak u osób z bardzo suchą lub wrażliwą cerą, skłonną do podrażnień i zaczerwienienia. Drobinki są ostre a po zmyciu może pojawić się uczucie ściągnięcia. Nawet moja, mało wymagająca skóra, potrzebuje chwilę później solidnego nawilżenia. Kupiłam pod wpływem recenzji i tego zakupu nie żałuję :)

L'OCCITANE - CREME PRECIEUSE IMMORTELLE
Ta miniaturka trafiła mi się przypadkiem przy zakupie jakiejś kolorowej gazety na lotnisku. Bardzo długo leżał w zapomnieniu aż wreszcie postanowiłam go wypróbować. Okazało się, że niewielki słoiczek (15 ml) wystarczył mi naprawdę na bardzo długi czas. Na minus zaliczam niezbyt wygodne, szklane i ciężkie opakowanie i bardzo mocny, nie do końca przyjemny zapach. Plusem jest dość zbita konsystencja ale jednocześnie łatwa aplikacja; krem mimo że mocno odżywczy i gęsty, bardzo dobrze rozsmarowuje się na skórze i wchłania. Nie pozostawia lepkiej ani tłustej warstwy, dobrze sprawdza się na noc ale mimo wszystko nie czuję się zachęcona do zakupu pełnego opakowania - głównie ze względu na półkę cenową i zbyt drażniący zapach jak na krem do twarzy. Spektakularne odżywienie? Też nie do końca ale warto się było przekonać bez uszczerbku dla portfela (kto zna markę, ten pewnie też zna ceny ;)). 

GARNIER - PŁYN MICELARNY 3 W 1 
Chyba napisałam już o nim wszystko - mój ulubiony płyn do demakijażu z drogeryjnej półki. Nie ma co się rozwodzić, jest delikatny dla skóry, bezlitosny dla zanieczyszczeń, przyjazny dla budżetu :) Zużyłam już wiele buteleczek i wciąż go kupuje bo sprawdza się idealnie zarówno w użytku domowym, jak i w pracy. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby kogokolwiek podrażnił albo sprawiał trudności w zmyciu makijażu. Za cenę kilkunastu złotych naprawdę warto. Nie pamiętam już kiedy ostatnio kupiłam Biodermę ;) Kusi mnie natomiast nowa, zielona wersja. Próbowałyście już? 

SVR - DEFENSE ANTI-AGE SPF30
Stosuję wiele filtrów przeciwsłonecznych i lubię marki konkurencyjne ale ten krem sprawdził się na mojej skórze jak dotąd najlepiej. Jest treściwy, odżywczy a mimo wszystko świetnie sprawdza się pod makijaż. Szybko się wchłania i daje komfort nawilżenia przez cały dzień. Do tego zawiera witaminę C, którą moja cera uwielbia, chroni przed starzeniem się skóry i szkodliwym działaniem promieni słonecznych. Poza tym jestem uzależniona od jego zapachu, dzięki niemu poranna pielęgnacja jest naprawdę bardzo przyjemna. Bardzo żałuję, że już się skończył ale na pewno jeszcze kiedyś do niego wrócę. Dziękuję Magdzie za polecenie i teraz sama Wam polecam! :) 

CLINIQUE - MOISTURE SURGE INTENSE
...czyli kolejna miniaturka w kolekcji, nie mam bladego pojęcia skąd ją mam :) Z kosmetykami tej marki mam taki problem, że są bardzo nierówne, albo coś bardzo polubię, albo nie mogę się doczekać kiedy się skończy. Cieszę się, że to było małe opakowanie bo duże męczyłabym na siłę. Niby miał wygodny słoiczek, lekką konsystencję dobrze się wchłaniał ale z drugiej strony przeszkadzał mi jego ostry zapach i brak nawilżenia, którego spodziewam się po kosmetyku w tej cenie (a krem jest według producenta do odwodnionej skóry...). Zużyłam go na szyję i dekolt i na tym kończę przygodę z kremami do twarzy Clinique.

ESTEE LAUDER - REVITALIZING SUPREME
Nie pamiętam już na jakim blogu dokładnie ale wiem, że czytałam komentarze, pod których wpływem w ciągu kilku minut weszłam na stronę Douglasa i kupiłam dwa zestawy zawierające miniaturkę tego kremu pod oczy :) Szkoda, że pamięć mnie zawodzi bo autorkom powinnam wysłać czekoladę i szkoda, że nie kupiłam więcej :) To jest to, czego moja skóra potrzebowała - nawilżenie, wygładzenie i urocze mini opakowanie, które idealnie sprawdza się w częstych wyjazdach. Dodatkowy plus za bardzo przyjemny zapach i zaskakującą jak na takie maleństwo wydajność. Zatęskniłam za nim szybko kiedy przerzuciłam się na Sylveco ale zamierzam do niego wrócić na około miesiąc przed ślubem bo wiem, że dobrze wykona swoją robotę a ja nie będę się martwić o stan mojej skóry pod oczami. Na pewno jeszcze do niego wrócę bo jest super, na razie pielęgnacja okolic oczu tej marki mnie nie zawodzi. 

UNDER20 - ANTI ACNE FLUID MATUJĄCY
Za starych, dobrych czasów, kiedy jeszcze regularnie poświęcałam się blogowaniu, dostałam ten podkład od autorki bloga No to pięknie. Już wtedy bardzo przypadł mi do gustu, byłam zaskoczona efektem, jaki mogłam osiągnąć podkładem drogeryjnym za śmiesznie niską cenę. Chociaż trądziku moja skóra nie widziała nigdy i kosmetyk teoretycznie w ogóle nie był przeznaczony dla mnie, sprawdzał się super. Ładnie krył, wyrównując koloryt skóry, nie spływał, trzymał się niemal do demakijażu i miał bardzo przyjemny zapach. Byłam na tyle zadowolona, że kupiłam kolejne opakowanie ale później zaczęłam być bardziej blada i najjaśniejszy odcień odcinał się od reszty ciała, bardziej wymagająca i poznałam lepsze rozwiązania. Tym sposobem opakowanie wylądowało na dnie szuflady aż minęła data przydatności do zużycia. Jeśli jednak macie ograniczone fundusze i szukacie czegoś przyzwoitego na drogeryjnej półce, polecam go wypróbować. Opakowanie może nie jest najpiękniejsze ale kryje w sobie zaskakujące wnętrze :) 

CLINIQUE - TAKE THE DAY OFF CLEANSING BALM
Nie wiem co mnie podkusiło, żeby kupić ten balsam bez próbki. Do tej pory na myśl o jego cenie pluję sobie w brodę :) Nie ukrywam, że to jedno z największych rozczarowań jeśli chodzi o zakupy pod wpływem recenzji na blogach. Instagram mi podpowiada, że zużyłam go w ciągu 18 tygodni. Moim zdaniem to niewiele, biorąc pod uwagę o jakiej wydajności pisały dziewczyny. Możliwe, że zużywałam go za dużo ale mniejsza ilość nie radziła sobie w ogóle z demakijażem.  Przyznaję, że dość łatwo i przyjemnie pod wpływem ciepła rąk zmieniał konsystencję ze stałej w płynną emulsję ale potem było już tylko gorzej - rozmazywał pozostałości makijażu robiąc efekt pandy z zaćmą (nie znoszę tego zamglenia, jakie zostawiają niektóre kosmetyki do twarzy). Oczyszczając skórę sięgałam więc po płyn micelarny, balsam i na koniec żel do mycia, żeby rzeczywiście mieć uczucie dobrze wykonanej roboty. Za 140 złotych oczekiwałam jednak większego ułatwienia przy wieczornej toalecie. Plus jest natomiast taki, że ma bardzo wygodne opakowanie, do którego przełożyłam czysty, niedrogi olej kokosowy o przepięknym zapachu, który w ciągu kilku sekund dokładnie rozpuszcza wszystkie kosmetyki kolorowe :D 

Na dzisiaj to tyle. Przygotowałam jeszcze jedną część ale ponieważ i tak przydłużyłam, poczęstuję Was innym razem, żeby nie zanudzić :) Dajcie znać jak u Was sprawdzają się takie produkty i czego aktualnie używacie do pielęgnacji cery. 

Uściski dla tych, co tu jeszcze zaglądają :)
Ala 



wtorek, 28 kwietnia 2015

MÓJ HIT: Kryolan Anti-shine powder

Dziś zmierzam się z legendą - pudrem Anti - Shine marki Kryolan. To chyba jeden z najpopularniejszych sypkich pudrów matujących, dostępnych na naszym rynku :) 

Przyznam, że aktualnie nie używam pudru w ogóle. Moja cera w okresie zimowym jest bardziej sucha i nie potrzebuję zmatowienia ani utrwalenia makijażu w ciągu dnia. Możliwe, że latem będę częściej po niego sięgać ale teraz wystarcza mi tylko niewielka warstwa lekkiego podkładu. Nie wyobrażam sobie jednak nie mieć tego kosmetyku w kufrze. Jest absolutnie niezastąpiony przy pracy, zarówno na sesjach zdjęciowych, pokazach jak i makijażu indywidualnym. Do tej pory moim ulubionym był transparentny puder marki Grimas ale kiedy nadarzyła się okazja wypróbowania Kryolanu, nie czekałam ani chwili. Musiałam przekonać się sama ile prawdy jest w tych wszystkich pozytywnych recenzjach :)


Marka Kryolan jest ceniona na całym świecie. W ofercie ma naprawdę wysokiej jakości produkty do makijażu, charakteryzacji oraz kosmetyki pielęgnacyjne. Miałam okazję na nich pracować, wiele sama mam i bardzo sobie cenię. Nie wyobrażam sobie kufra choćby bez fixera, żelowego eyelinera, szminek czy różu. Regularnie kupuję też gąbeczki do nakładania podkładu i jednorazowe aplikatory do tuszu.

Puder Anti-shine jest ryżowy, wskazany dla osób z cerą tłustą lub mieszaną, z tendencją do świecenia się (szczególnie w strefie T). Ma mocno matujące właściwości więc pozwala zachować 'suchy', świeży efekt przez długi czas, a mimo to nie przesusza skóry. Ma bardzo drobną formułę dzięki czemu wygładza, dając aksamitne wykończenie, bez wrażenia ciężkości. Bardzo mi się podoba, że choć jest dość mocny w działaniu, na skórze pozostaje niewidoczny. Mimo białego koloru, nie zmienia odcienia podkładu ani nie wybiela. Bardzo dobrze stapia się z cerą i stanowi świetną bazę pod kolejne pudrowe kosmetyki, jak bronzer czy róż, które idealnie się na nim rozcierają, bez smug i plam.

Na plus zaliczam też jego 'obojętność' - jest bezzapachowy więc nie drażni, lekki, przyjazny dla każdej skóry. Używam go na różnych modelkach o różnych cerach, do sesji zdjęciowych, przy makijażach okolicznościowych i jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby jakkolwiek zawiódł. Nie powoduje podrażnień i spełnia swoje zadanie na 100%. Jeśli zależy mi na długotrwałym efekcie, jest absolutnie niezastąpiony. Na co dzień wystarczy omieść twarz pędzlem z dosłownie odrobiną pudru, żeby uzyskać efekt ładnej, matowej skóry.  Do zadań specjalnych warto użyć puszka lub zwykłego bawełnianego wacika, nabrać niewielką ilość i wciskać delikatnie w skórę. Pozwoli to uzyskać jeszcze lepszy efekt i często stosuję tę technikę właśnie przy sesjach zdjęciowych lub u osób z większą tendencją do wyświecania cery (szczególnie w upalne dni).

Na dodatkowy plus zaliczam lekkie, proste opakowanie z sitkiem i solidną zakrętką, która nie przepuszcza nawet grama :) Design mógłby być bardziej nowoczesny ale umówmy się, Kryolan nie jest marką dla konsumentek żądnych luksusu i pięknych puderniczek ;) Może przydałby się jej mały rebranding ale te kosmetyki nie muszą cieszyć oka, żeby zdobyć uznanie profesjonalistów i ich późniejszych klientek, bronią się świetnym działaniem. 

Na koniec jeszcze kilka informacji praktycznych - puder zawiera 30 g i powinnyśmy go zużyć w ciągu dwóch lat od otwarcia. Kosztuje niedużo, bo około 70 złotych i można go kupić głównie w sklepach internetowych (np. u Ladymakeup: http://www.ladymakeup.pl/sklep/kryolan-puder-anti-shine.html

Skład dla wtajemniczonych:
DIMETHYLIMIDAZOLIDINONE RICE STARCH, TALC AND MAY CONTAIN: [+/- TITANIUM, DIOXIDE CI 77891, IRON OXIDES CI 77491, CI 77492, CI 77499, ULTRAMARINES CI 77007, YELLOW 5 LAKE CI 19140].




Przez jakiś czas na pewno nie będę szukała innego zamiennika - nie tylko ze względu na spore opakowanie i wydajność ale i na jakość oraz efekt, jaki daje na skórze. Bardzo polecam każdej osobie, która zajmuje się makijażem na co dzień albo chce poskromić świecenie własnej cery. Warto! :)

Ala 


wtorek, 21 kwietnia 2015

MÓJ HIT: Cienie Make Up Atelier Paris - T22

Z marką Make Up Atelier Paris miałam styczność po raz pierwszy oczywiście w internecie. Czytałam wiele pozytywnych recenzji na ich temat więc wybierając się na warsztaty makijażu ślubnego do Państwa Folaronów ucieszyłam się, że będę mogła wypróbować je na własnej skórze. Do wyboru miałam całą ofertę marki ale najbardziej w pamięci utkwiły mi dwa produkty, bez których dzisiaj nie wyobrażam sobie mojego kufra: podkłady i cienie. Dziś kilka słów na temat tych drugich. 


Make Up Atelier Paris to doskonale znana francuska marka, kojarzona z profesjonalnymi produktami. Jej współzałożycielka, Helene Quille, jest cenioną na całym świecie wizażystką. W swojej bogatej ofercie proponuje zarówno kosmetyki do makijażu jak i do charakteryzacji. Zdecydowanie mocnym atutem są moim zdaniem właśnie cienie do powiek. 

OPAKOWANIE
Cienie na pierwszy rzut oka przypominają paletki innych znanych marek. Okrągłe wkłady (5 sztuk, o średnicy 2,5 cm) umieszczone są w zgrabnych i eleganckich plastikowych kasetkach o wymiarach 16x4 cm. To zdecydowanie moje ulubione opakowanie: jest lekkie, solidne i bardzo wygodne. Napisy nie ścierają się, zawiasy pracują bardzo płynnie, pudełeczko zamyka się na charakterystyczny klik. Dzięki przezroczystemu wieczku widzę dokładnie kolory więc kiedy moja kolekcja się powiększy, będę dokładnie widziała, po co sięgam. Obok wkładu znajduje się maleńki otworek, który umożliwia jego wymianę bez ryzyka uszkodzenia. Dodatkową zaletą jest to, że mimo codziennego używania, wciąż wygląda czysto i estetycznie, jestem z niej bardzo zadowolona. Sprawdza się znacznie lepiej niż MAC, Inglot i jakiekolwiek inne kasetki.


KOLORY
Minusem cieni jest to, że są już skompletowane i nie ma możliwości samodzielnego doboru kolorów. Z drugiej zaś strony oferta jest tak urozmaicona, że bez problemu znajdziemy co najmniej kilka propozycji dla siebie. Możemy wybierać wśród cieni matowych, satynowych, satynowych z drobnym brokatem, perłowych, z drobinkami brokatu i satynowo-metalicznych. Moja paletka należy do pierwszej grupy. Postawiłam na uniwersalny, ponadczasowy zestaw, który składa się z neutralnych odcieni. 

U góry cienie bez bazy, na dole na Urban Decay Primer Potion
Pierwszy to odcień śmietankowy. Używam go do rozświetlenia wewnętrznego kącika i pod łukiem brwiowym. Daje bardziej naturalny efekt niż biel ale jednocześnie pięknie rozjaśnia.  Drugi z kolei to typowy  kolor nude, najbardziej naturalny jak się da, maksymalnie podobny do pigmentu skóry. Jest idealny jako bazowy: wyrównuje koloryt powiek, pozwala miękko nakładać i rozcierać każdy kolejny cień. Niby nie daje wyraźnego koloru ale nie wyobrażam sobie nie mieć go w ogóle w codziennej paletce, to jest najczęściej przeze mnie zużywany wkład ever (z powodzeniem zastępuje mi dotychczasowych ulubieńców w tej kategorii: MAC brule i Inglot 353). Środkowy to piękny, ciepły karmel, którego uwielbiam używać w załamaniu powieki do modelowania kształtu oka, kiedy chcę zachować jasny, lekki look. To jest mój wybraniec z całej paletki :) Pięknie, miękko się rozciera i rewelacyjnie wygląda na oku. Kolejny to ciepły brąz, który daje już więcej możliwości: czasem przyciemniam nim zewnętrzny kącik, czasem tylko linię rzęs, a czasem nakładam na całą powiekę, jeśli chcę wykonać nieco mocniejszy makijaż. Ostatni, chłodny odcień brązu, jest idealny do smoky ale ja najczęściej robię nim kreskę - na mokro, kiedy chcę uzyskać graficzny efekt, lub na sucho, kiedy zależy mi na miękkiej, nieco mglistej linii. Nadaje się do tego idealnie bo nie osypuje się na rzęsy, nie kruszy a jest na tyle napigmentowany, że z powodzeniem zastępuje liner, dając bardziej subtelny efekt.  Cały zestaw pozwala mi na stopniowe budowanie intensywności makijażu: od lekkiego, jasnego na dzień, po naprawdę ciemne, eleganckie smoky na większe wyjścia.

JAKOŚĆ
Pamiętam, jak podczas malowania na kursie mówiłam modelce, że jestem zaskoczona jakością tych cieni. Od pierwszej chwili zauważyłam, że mimo mocnych kolorów, są niesamowicie łatwe w aplikacji. Nie sprawiają żadnych trudności w nakładaniu, pięknie nabierają się na pędzelek, nie osypują się, nie tworzą plam. Są idealne zarówno dla osób początkujących, które nie mają jeszcze wprawnej ręki, jak i dla bardziej doświadczonych, ceniących czas i komfort pracy. Uwielbiam je za to, że w ogóle nie pylą. Mam bardzo podobną kasetkę matowych cieni marek konkurencyjnych i ciągle jest zanieczyszczona a paletka MAP, mimo codziennego używania przez ostatni miesiąc, wygląda wciąż ja nowa. Nie widzę też ubytku w cieniach, dokładnie tyle, ile nabieram, nakładam na skórę. Są jedwabiste, gładkie a przy tym niesamowicie mocno napigmentowane. Nałożone dodatkowo na bazę pod cienie, wyglądają nieziemsko! Nie blakną, nie rolują się ani nie zanikają w ciągu dnia. Trwałość jest ich kolejną zaletą: cienie pozostają na powiece w stanie nienaruszonym aż do wieczornego demakijażu (ale zaznaczam, że zawsze na bazie, bez tego nie zasiadam do malowania oka :)).


PRZYDATNE INFORMACJE
Formuła cieni jest na bazie silikonu z talkiem, wzbogacona formułą kwasów tłuszczowych. Dokładny skład dla bardziej wtajemniczonych: 

TALC, CYCLOMETHICONE, PARAFFINUM LIQUIDUM, DIMETHICONE, HYDROGENATED POLYISOBUTENE, ARACHIDONIC ACID, LINOLEIC ACID, LINOLENIC ACID, PHENOXYETHANOL, SODIUM METHYLPARABEN, SODIUM ETHYL PARABEN, SODIUM BUTHYLPARABEN, SODIUM PROPYLPARABEN (+/- may contain: CI 77019, CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 77007, CI 77742, CI 77288, CI 77289, CI 9140:1, CI 42090:2)

Cienie w paletce (10g) należy zużyć w ciągu 18 miesięcy od ich otwarcia. Kosztują 122 złote (niestety) i można je kupić w sklepie Ladymakeup: http://www.ladymakeup.pl/sklep/make-up-atelier-paris-paleta-5-cieni.html

 
Przyznam szczerze, że ta paletka przebiła moich dotychczasowych ulubieńców z Inglota i MAC'a, a nawet powszechnie wychwalaną Naked. Aktualnie to są moje najlepsze cienie i na pewno kupię kolejne zestawienia kolorystyczne. Dzięki temu, że mają wodoodporną formułę, na pewno po nie właśnie sięgnę malując się na własny ślub. Są miękkie, pięknie się ze sobą łączą, rozcierają, nie tworzą plam, nie osypują się, dzięki czemu umożliwiają czysty, estetyczny makijaż w krótkim czasie. Czaję się jeszcze na kolejne maty (tym razem w szarościach i oberżynie) oraz na wersje satynowe, z myślą o odważniejszych makijażach (fiolety, błękity). Jeśli macie już z nimi doświadczenie i możecie coś polecić, koniecznie dajcie znać, to będzie mój ulubieniec tego roku! :)

Ala

UA-49610063-1