poniedziałek, 29 września 2014

Polecane i przereklamowane

...czyli kolejny post poświęcony produktom, które testowałam w ostatnim czasie. Nie są to specjalnie przygotowane do recenzji kosmetyki, a elementy codziennej pielęgnacji i makijażu. Jeśli jesteście ciekawe mojej krótkiej opinii, zapraszam do lektury :) 


JOANNA NATURIA, ODŻYWKA
To odżywka bez spłukiwania z pokrzywą i zieloną herbatą. Świetnie się sprawdzała na co dzień, nie obciążała, ułatwiała bezbolesne rozczesanie włosów, które były po niej miękkie, sypkie, łatwe w stylizacji i przyjemne w dotyku. Nie zauważyłam, żeby znacznie wpływała na ich ogólną kondycję, pomagała raczej doraźnie ale była idealnym rozwiązaniem rano, kiedy nie miałam czasu na maskę lub odżywkę wymagającą dodatkowego spłukania. Dużym plusem jest jej przyjemny, orzeźwiający zapach, który dodaje energii oraz niska cena (kilka złotych za 200g). Niestety od dłuższego czasu nie mogę jej znaleźć w sklepach ale jeśli  mi się uda, na pewno kupię kolejne opakowanie.

URIAGE, WODA TERMALNA 
Nie napiszę o niej nic nowego, wszystko już opowiedziałam na blogu wielokrotnie :) Pojawiła się tu znów bo zużywam jej znaczne ilości. Wciąż jest moją ulubioną, szczególnie latem. Idealna do codziennej pielęgnacji i super uniwersalna. Na pewno kupię kolejne opakowanie. Ulubieniec!

ORIGINAL SOURCE, ŻEL POD PRYSZNIC
Bardzo przyjemny kosmetyk do codziennego mycia o obłędnym, owocowym zapachu soczystych malin i słodkiej wanilii. Bardzo lubię tę markę za duży wybór wersji smakowo - zapachowych, energetyczne kolory, poręczne opakowania, wydajność, niską cenę i znaczek vegan. Nie nawiązuję bliższych relacji z żelami pod prysznic ale do tych stale wracam bo nie wysuszają skóry, są  łatwo dostępne i naprawdę przyjemne w użyciu. Jeśli jeszcze nie próbowałyście, powąchajcie je przy najbliższej okazji a przepadniecie :) 

GARNIER, PŁYN MICELARNY 3 W 1
Nie będę się rozdrabniać bo recenzji tego produktu na blogach są już tryliony :) Moim zdaniem to jedyny drogeryjny zamiennik Biodermy. Używam go prywatnie i 'zawodowo' bo jest bardzo delikatny a przy tym skuteczny - szybko usuwa makijaż nie podrażniając skóry. Wszystko mi się w nim podoba - wydajność, opakowanie, dozownik, łatwa dostępność, niska cena. Jedyne co bym zmieniła to opakowanie - nie lubię kiedy firmy kopiują udane produkty konkurencji, korzystając z ich sukcesu ale nie spotkałam jeszcze równie przyjemnego płynu micelarnego w takiej cenie, który dorównałby Biodermie. Na pewno kupię kolejne opakowanie bo mimo wysokiej wydajności, zużywałam go ostatnio całkiem sporo. 

BE BEAUTY, PŁYN MICELARNY
Tani produkt, do kupienia w Biedronce. Kiedyś przeze mnie dość lubiany ale odkąd używam Garniera, już do niego nie wracam. To była butelka, która mi się zawieruszyła wśród zapasów i którą zużyłam dla świętego spokoju. Nie kupię ponownie chyba, że będę szukała czegoś naprawdę taniego. 

L'OCCITANE, KREM DO CIAŁA
Lekki krem nawilżający z masłem shea i fiołkiem, który otrzymałam baaardzo dawno temu i recenzowałam w grudniu zeszłego roku (do poczytania tutaj). Przypomniałam sobie o nim jakiś czas temu i zużyłam do końca. Przyznam, że im bliżej było do denka, tym z większym żalem się z nim żegnałam i bardziej doceniałam jego działanie. Do tego świetne opakowanie i obłędny zapach. Jeśli jesteście ciekawe szczegółów, odsyłam do pełnej recenzji :)

ESTEE LAUDER ADVANCED NIGHT REPAIR 
Na zdjęciu widzicie opakowanie po serum i kremie pod oczy. Zbieram się do publikacji recenzji już od dłuższego czasu. Na pewno się wreszcie pojawi bo tym kosmetykom chcę poświęcić osobny post. Używałam ich bardzo długo ale w pełni działanie doceniłam tak naprawdę nieco po fakcie. O tym niebawem :) 

URBAN DECAY PRIMER POTION ORYGINAL
Najlepsza baza pod cienie do powiek na świecie :) Ekstra wydajna, mega skuteczna, super łatwa w aplikacji :) Wystarczy naprawdę niewielka ilość by zapewnić trwałość makijażu. Używam jej na sobie i malując innych i nigdy mnie nie zawiodła. Testowałam wiele baz ale odkąd poznałam tę,  nie szukam innych i na pewno będę kupowała kolejne opakowania. Brawa dla producenta za zmianę opakowania na bardziej praktyczne. Minusem jest dostępność ale warto kliknąć w internecie. Ulubiona!

GUERLAIN METEORITES COMPACT
Puder, który miałam w swojej kosmetyczce bardzo, bardzo długo i ubolewam, że został wycofany ze sprzedaży. Pełną jego recenzję znajdziecie tutaj: KLIK Nadal uważam, że to najlepszy prasowaniec, jakiego kiedykolwiek używałam. Z dużym żalem wyrzucam to opakowanie. Jeśli znacie zamiennik albo wiecie gdzie go jeszcze można znaleźć, dajcie znać.  

MAC PRO LONGWEAR CONCEALER
Jeden z ulubionych korektorów, w ulubionym kolorze NW20 :) Świetny kosmetyk, zarówno pod oczy jak i do kamuflowania niedoskonałości. Poświęcę mu osobny wpis bo znam się z nim już dość długo i mogę podzielić się pełną opinią a wiem, że budzi wciąż spore zainteresowanie.  Na minus zaliczam mu opakowanie - bardzo delikatne, szklane, które łatwo zbić (zdarzyło mi się to niestety przy niemal pełnej buteleczce i niestety musiałam wyrzucić całą zawartość ze względu na roztrzaskane w drobny mak szkło). Pompka działa ciężko i topornie, wypluwając za każdym razem znacznie większą ilość produktu niż jest to potrzebne, przez co sporo się niestety marnuje. Pod koniec natomiast nie podaje już niczego a w buteleczce zostaje naprawdę dużo korektora. Ja swoje opakowanie zniszczyłam ale pozwoliło mi to zużyć produkt co do mililitra, wybierając zawartość pędzelkiem. Mimo tego uważam, że warto go kupić, za cenę około 80 złotych mamy wielofunkcyjny kosmetyk o świetnym działaniu. Ja już mam nową fiolkę więc pokażę go Wam jeszcze z bliska. 

YVES ROCHER, SEXY PULP
To miniaturka pogrubiającego tuszu, którą można było do niedawna nabyć w sklepach YR. Bardzo mnie to ucieszyło bo dawno, dawno temu miałam okazję go poznać subskrybując Glossyboxa. Pamiętam, że bardzo mi się wtedy podobał, zarówno pod względem efektu na rzęsach jak i super wygodnego opakowania, w sam raz do podręcznej kosmetyczki czy podczas podróży. Kiedy zobaczyłam próbki w sprzedaży, kupiłam kilkanaście opakowań :))) Używam ich teraz cały czas i nie przestaję się zachwycać tym, jak działa na moje rzęsy. To jedna z najlepszych maskar jakie miałam okazję używać. Oddałabym za nią wszystkie 'ekskluzywne' marki.

COVERGIRL LASH BLAST VOLUME
Tusz polecany przez jedną z  nielicznych polskich vlogerek, jakie oglądam, Nissiax85 :) Kupiłam go za kilka dolarów podczas wakacji w Stanach. Spodobał mi się na tyle, że na jednym się nie skończyło i prosiłam mojego M. o świeżą dostawę przy okazji powrotu do Polski. Jest łudząco podobny do False Lash Effect Max Factora ale znacznie tańszy. Ma grubą, silikonową szczotę, która świetnie unosi, rozczesuje i rozdziela rzęsy. Sam tusz jest idealnie czarny, trwały, nie osypuje się ani nie rozmazuje. Podoba mi się też amerykańskie pakowanie tego typu kosmetyków w foliowe blistry, dzięki czemu mamy pewność, że nikt przed nami nie otwierał buteleczki, tusz jest świeży a jednocześnie możemy z bliska zobaczyć kształt i budowę szczoteczki. Mam jedno opakowanie w zapasie ale gdyby nie zapasy Yves Rocher, które wystarczą do końca dni moich rzęs, pewnie kupiłabym go ponownie :) 

To tyle z aktualnych zużyć, wciąż staram się uprawiać kosmetyczny minimalizm :) Za dwa dni powinni nam już włączyć kaloryfery więc zacznie się sezon na nawilżanie, nawadnianie, natłuszczanie... 

Dajcie znać czy znacie i lubicie te kosmetyki albo jakie zamienniki możecie polecić. 
Ściski!
Ala





środa, 24 września 2014

Paleta szminek like a PRO :)

Jeśli zaglądałyście do mnie już jakiś czas temu, może pamiętacie wpis o tym jak robiłam swoją pierwszą paletkę szminek. Jeśli nie, możecie zobaczyć to tutaj: KLIK Nowa paletka chodziła mi po głowie już od jakiegoś czasu, szczególnie że poprzednie rozwiązanie świetnie się u mnie sprawdzało. Postanowiłam więc położyć kres luźno turlającym się po kuferku sztyftom :) 


Pierwsza paletka, jaką wykorzystałam dwa lata temu pochodziła ze sklepu Inglot i oryginalnie służyła na cienie. Kosztowała mnie kilkanaście złotych. Podczas użytkowania nie było z nią problemu ale kiedy chciałam już wyrzucić resztki szminek, wyczyszczenie jej graniczyło z cudem. Ostatecznie musiałam odkleić magnesy, namordować się z  jej odtłuszczeniem i uprzątnięciem i przykleić magnesy z powrotem. Mogę ją jeszcze wykorzystać na cienie ale nie wygląda już tak estetycznie jak na początku.

Moim marzeniem była paletka Japonesque, dokładnie taka: KLIK ale ostatecznie zdecydowałam się na pudełko MAC. Zapłaciłam za nie odpowiednio 76 złotych za paletkę i 38 złotych za wkład. Całość wyniosła mnie 114 złotych, przesyłka ze sklepu online była darmowa.

Później pozostała już tylko zabawa z przekładaniem szminek. Siedziałam po cichu w pokoju, ubrudzona po łokcie i z każdym wypełnionym dołkiem cieszyłam się coraz bardziej :) Całość nie jest jeszcze skończona, jeszcze szukam idealnych odcieni do mojej kolekcji ale już teraz sprawia mi dużo radości samo patrzenie na nią :) 


Zalety takiego rozwiązania wypisałam już przy poprzednim poście ale teraz, bogatsza o doświadczenie, mogę dodać ich jeszcze kilka:
  • To duże ułatwienie dla makijażystów. Miałam w kufrze osobne pudełko na szminki ale czasem, malując w pośpiechu albo mając do dyspozycji bardzo małą przestrzeń, traciłam czas i nerwy na szukanie odpowiedniego odcienia. Teraz mam wszystko pod ręką i nie muszę otwierać każdego opakowania albo szukać naklejki wypełnionym maleńkim druczkiem. Oszczędzam czas i miejsce w torbie. 
  • Połączenie kolorów cieszy oko, a niewypełnione miejsca prowokują do zakupów ;) 
  • Do malowania innych używam zawsze pędzelka i szpatułki. Łatwiej jest mi nabrać odpowiednią ilość z paletki niż bezpośrednio ze szminki, jeśli wezmę za dużo, mogę odłożyć. Nie muszę się niepokoić o złamany sztyft. 
  • Mam 100% pewności, że szminki nie zmieniają w ten sposób swoich właściwości. Co prawda nie zauważyłam, żeby wcześniej, przy przetopieniu, cokolwiek się z nimi działo ale czytałam różne opinie. 
  • Możemy dowolnie mieszać kolory, tworzyć nowe zestawienia i odcienie, o które trudno w sklepach. Możemy wykorzystać końcówki szminek lub te, których kolor nam nie odpowiada i zrobić zupełnie coś nowego - dodać błyszczących drobinek, błyszczyku, ocieplić je, przyciemnić, cokolwiek nam podpowie wyobraźnia :)
  • Kupując nowe, piękne odcienie często mam dylemat - wrzucić do kufra czy zostawić dla siebie? :) To rozwiązanie pozwala mi na jego i drugie - do opakowania przekładam tylko połowę sztyftu, resztę zostawiam w oryginalnym opakowaniu w prywatnej toaletce :) 
  • Łatwo możemy wyczyścić dołeczki i uzupełniać je nowymi kolorami. 

Zdaję sobie sprawę, że takie rozwiązanie nie sprawdzi się u każdego, szczególnie u osób, które robią makijaż tylko dla siebie. Poza tym producenci kosmetyków robią teraz tak piękne opakowania, że czasem trudno je zniszczyć czy wyrzucić :) Mnie na pewno ułatwi pracę, szczególnie podczas wyjazdów.

Co Wy o tym myślicie? Kusi Was czasem, żeby podłubać przy kosmetykach w podobny sposób? :D

Ala



poniedziałek, 22 września 2014

Kosmetyki naturalne

Jakiś czas temu pisałam o odkryciu w Gdyni maleńkiego sklepu (sklepiku, wysepki właściwie) z ekologicznymi, naturalnymi kosmetykami EKOPREZENT. Ogromnym zaskoczeniem dla mnie był szeroki asortyment rosyjskich produktów, o których wiele dobrego czytałam, które widywałam w różnych miejscach w sieci ale nigdy nie miałam okazji przyjrzeć im się bliżej. Była to moja pierwsza wizyta więc wybrałam sobie na początek trzy kosmetyki 'na czuja'. Nie pamiętałam dokładnie czego dokładnie dotyczyły blogowe recenzje więc kierowałam się dobrymi radami Pani prowadzącej sklep i - nie oszukujmy się - estetyką opakowań ;) Dziś przyszedł czas na recenzje. 



Bardzo delikatna pianka do mycia twarzy doskonale oczyszcza, zmiękcza i nawilża. Delikatny zapach poprawia nastrój i wywołuje pozytywne emocje. Organiczny ekstrakt z arcydzięgla, wchodzący w skład pianki , zawiera duże ilości witamin i minerałów. Posiada działanie regenerujące i odżywcze, przywraca skórze gładkość , miękkość i naturalny blask. Organiczny olej z wiesiołka, bogaty w kwas gamma-linolenowy, posiada silne właściwości regenerujące, opóźnia pojawienie się pierwszych zmarszczek. Magnolia tonizuje a biała lilia zapobiega pojawieniu się zmarszczek i fotostarzeniu skóry. Cena: 19 zł / 150 ml 

 

Pianki są chyba moją ulubioną formułą jeśli chodzi o oczyszczanie skóry twarzy. Ta urzekła mnie przepięknym zapachem (nie wiem jak to możliwe ale czuję w niej bez :)). Przez kilka dni byłam nim tak zafascynowana, że tylko czekałam na okazję, żeby umyć buzię :) Pianka ma lekką jak chmurka konsystencję, bardzo łatwo i przyjemnie się ją aplikuje. Podajnik dozuje odpowiednią porcję - mi rano wystaczała jedna pompka, wieczorem dwie. Używam jej od ponad dwóch miesięcy, dwukrotnie w ciągu dnia, a zostało mi jeszcze ćwierć opakowania więc wydajność oceniam bardzo wysoko. To, co w niej jednak najfajniejsze to delikatność i skuteczność zarazem. Świetnie radzi sobie z demakijażem, a jednocześnie pielęgnuje skórę, która jest czysta, miękka, przyjemna w dotyku i ukojona. Początkowo miałam obawy czy usunie wszystkie zanieczyszczenia ale po raz kolejny przekonałam się, że nie potrzebujemy silnych, drażniących kosmetyków żeby skóra była naprawdę czysta. Do tego posiada naprawdę ładne, lekkie i praktyczne opakowanie, naturalny skład i przyjemną cenę. To jest najbardziej trafiony produkt z całej trójki. Uwielbiam tę piankę i przy następnej okazji kupię kolejne opakowanie.




Przez kilka lat korzystałam z prysznica. Babeczki wypatrzyłam w momencie, kiedy od dosłownie kilku dni cieszyłam się wanną  w nowym miejscu zamieszkania i mówię Wam - to jest plus milion do relaksu! :) Na zdjęciu widzicie wersję cynamonową, ja wzięłam lawendową ale niestety nie doczekała się zdjęcia. Te kosmetyki wyglądają tak apetycznie, że trudno się powstrzymać... 

Babeczka działa w ten sposób - ukręcamy jej łepek z bitej śmietany. Pod spotem mamy kruche ciasteczko, które możemy połamać na mniejsze części - całe wystarczy nam nawet na cztery kąpiele. Wrzucamy je do wody i słuchamy jak przyjemnie musuje, rozpuszczając się i uwalniając dobroczynne składniki. Smakowitą czapeczkę możemy wykorzystać jako peeling albo mydełko - u mnie się to średnio sprawdziło ze względu na dość ostre krawędzie. Jeśli to Wam jednak nie przeszkadza, możecie używać jej wielokrotnie - wyłowiona i pozostawiona do wyschnięcia, zastyga. Nie potrzebujemy już mydła ani żelu pod prysznic - zawarte w babeczce składniki wystarczająco oczyszczają, wystarczy jedynie spłukać ciało wodą. Balsam też możemy sobie śmiało darować bo skóra jest jedwabiście miękka i nawilżona.

Moja lawendowa wersja idealnie sprawdziła się podczas wieczornego relaksu. Babeczka oprócz olejków uwalniała też suszone kwiaty wypełniając łazienkę fantastycznym, świeżym zapachem. Pierwszy raz sięgnęłam po tego typu produkt i jestem przyjemnie zaskoczona. Jedynym minusem jest brak piany ale za to wybór smaków, zapachów, form, kolorów jest nieograniczony, zobaczcie tutaj: KLIK



Organiczny szampon 2 w 1 do włosów i ciała - bambus i sewilska mandarynka. Szampon przeznaczony jest do skutecznego oczyszczenia włosów i ciała. Jest aromatyczny, poprawia nastrój, delikatnie oczyszcza i zmiękcza włosy i skórę głowy, daje długotrwałe uczucie świeżości.

Składniki aktywne: organiczny ekstrakt z bambusa (Organic Bambusa Vulgaris Leaf/Stem Extract) – posiada działanie antyoksydacyjne, wzmacnia włosy i nawilża skórę głowy; organiczny ekstrakt z mandarynki sewilskiej (Organic Citrus Reticulata Extract) – odświeża skórę i włosy, nasyca je życiodajną wodą i witaminami; organiczny ekstrakt z cytryny (Organic Citrus Medica Limonum Extract) - ekstrakt z cytryny, źródło flawonoidów, hydroksykwasów, witaminy C. Działa wielokierunkowo: złuszcza zrogowaciały naskórek, normalizuje keratynizację, stymuluje porost włosów.
Zimoziół północny (Linnaea Borealis Extract)– działanie tonizujące. 
Cena 22 zł / 360 ml


Ten rosyjski szampon poleciła mi właścicielka, Pani Ewa, cierpliwie słuchając narzekań na moje smutne strączki :) Mam włosy cienkie i delikatne, dość smętne i oklapłe, myte codziennie rano i suszone głową w dół, żeby nadać im jakiejkolwiek objętości. Jakby tego było mało, tłuste u nasady i suche na końcach, w kolorze podobnym zupełnie do niczego ;) Mam już za sobą nieudany romans z naturalną pielęgnacją, po której wróciłam pokornie do lekkich silikonów. Wciąż jednak staram się świadomie i rozsądnie kupować kosmetyki, ograniczać stylizację i regularnie olejować włosy. Na ten szampon nie zwróciłabym uwagi na półce, bo koło niego stały inne, kolorowe i piękne opakowania... Okazał się jednak bardzo fajny. 

Szampon ma bardzo wygodną butelkę z dozownikiem, który się nie zakleja ani nie brudzi. Posiada żelową, idealną konsystencję i zielony kolor. Zapach jest rzeczywiście przyjemnie pobudzający i świeży, co czuć jeszcze długo po umyciu. Bardzo ładnie się pieni, świetnie oczyszcza, radzi sobie z silikonami i olejami. Nie plącze ani nie wysusza włosów, nie podrażnia skóry głowy. Przyznam, że miałam wobec niego duże oczekiwania - spodziewałam się, że nie będę musiała myć włosów codziennie, pozytywnie wpłynie na ich 'strączkowanie się' ale nic takiego się nie działo. Sądziłam więc, że nie różni się od drogeryjnych zamienników i miłości z tego nie będzie. Po dwóch miesiącach skończyłam opakowanie (360 ml), a ponieważ nie było mi po drodze do CH Batory, gdzie mieści się EKOPREZENT, wróciłam do Garniera. Po krótkim czasie zauważyłam jednak dużą różnicę w ogólnej kondycji włosów - znów są suche, znacznie mniej przyjemne w dotyku i nie chcą się układać. Myślę, że kwestia naturalnej pielęgnacji trudnych włosów wymaga jednak czasu i cierpliwości. Skruszona wrócę po kolejną butelkę, może tym razem w innej wersji. 

Odkrycie na mapie Gdyni tego maleńkiego sklepiku wypełnionego po brzegi naturalnymi kosmetykami jest dla mnie przebojem sezonu :) Widywałam w Trójmieście sklepy z ekoproduktami ale choć ich składy zachęcały, ceny już nie bardzo... W tym przypadku jestem zaskoczona, że w kwotach zbliżonych do drogeryjnych możemy znaleźć kosmetyki naturalne, pozbawione chemii, a przy tym tak pachnące i skuteczne.

Nadal czekam na Wasze rekomendacje. Dajcie znać czego koniecznie powinnam spróbować następnym razem albo czy znacie równie ciekawe miejsca.
Ala



środa, 17 września 2014

Jesienne nowości

Jesień nad morzem przychodzi później. Jeszcze ciepło, jeszcze drzewa zielone choć wieczory wcześniejsze i chłodniejsze. Wraz z końcem lata zmienia się także moja kosmetyczka, sięgam po inne kolory, zapachy, inną pielęgnację. Dzisiaj kilka nowości, które nabyłam z myślą o nadchodzącym sezonie :) 


DIOR ADDICT to prezent od Ukochanego. Czekam na chłodniejsze dni, żeby się nim otulić. Nie jestem, jak wiecie, znawcą perfum ale te przypadły mi do gustu bardzo. W końcu M. doskonale wie, co lubię :) 

ESSIE BIG SPENDER kusił mnie kolorem już od dłuższego czasu. Kupiłam go korzystając z promocji, głównie z myślą o jesieni. Wyrazisty odcień na paznokciach w deszczowe, pochmurne dni zawsze dodaje mi pozytywnej energii.

KONTURÓWKI DO UST NYX w kolorze Rose i Natural kupiłam z myślą o ustach nude. Co prawda jesienią i zimą  lubię mocniejsze podkreślenie ust ale tak uniwersalne odcienie na pewno się przydadzą.

MAC ANGEL i FAUX czyli szminkowe klasyki. Bardzo byłam ciekawa,szczególnie pierwszej. Na pewno pojawią się na blogu w szerszej odsłonie :)

YVES ROCHER SEXY PULP to jeden z moich absolutnych ulubieńców wśród tuszy z półki drogeryjnej. Ma genialną szczoteczkę, która nie brudzi powieki, fantastycznie rozczesuje i unosi rzęsy a sam tusz trzyma się bez zastrzeżeń aż do demakijażu. Możecie go teraz złapać w zamian za założenie karty stałego klienta, jest dodawany jako prezent więc jeśli chcecie go przetestować, nie ma lepszej okazji :)

CLINIQUE CC CREAM długo czekał na swój czas, głównie za sprawą ciemnego odcienia. Teraz, kiedy mam bardziej opaloną skórę, postanowiłam dać mu szansę.

Oprócz tego dostałam wręcz fioła na punkcie bransoletek z naturalnych kamieni od Mum. Wraca też sezon na świece, także te zapachowe :) Będą idealnym dodatkiem do dużego kubka ciepłej herbaty, miękkiego koca / lub kota, o ile obdarzy mnie łaską przytulania i gazety lub książki :)

A co u Was nowego? 
Ala



wtorek, 16 września 2014

Ochrona i pielęgnacja skóry latem

... czyli kilka słów o kosmetykach, które towarzyszyły mi podczas ostatnich, gorących dni :) Lato jest dla mnie zawsze okresem minimalizmu, zarówno w makijażu jak i pielęgnacji ciała. Właściwie w drugiej kwestii mogłabym się ograniczyć tylko do dwóch produktów: wody termalnej i ochrony przeciwsłonecznej. W dzisiejszym wpisie ulubieńcy, bo lato przecież cały czas trwa!

 

WODA TERMALNA URIAGE

W kwestii wody termalnej jestem wierna Uriage. Uwielbiam ją od pierwszego użycia, pisałam już o tym wielokrotnie na blogu. Jest jednym z najbardziej uniwersalnych kosmetyków jaki mam. Najczęściej używam jej do rozbudzenia skóry rano, do orzeźwienia i odświeżenia w ciągu dnia i robienia kreski cieniem na mokro :) Poparzenia słoneczne czy podrażnienia raczej mi się nie zdarzają ale wiem, że doskonale się spisuje także w takich momentach. Przydaje się też podczas wyjazdów (szczególnie mniejsze opakowanie, które można zabrać do samolotu), zwilżenia gąbeczek do makijażu, do maseczek na bazie glinek i co tylko sobie wymyślicie. Jej dużą zaletą jest fakt, że nie trzeba jej ścierać, jak pozostałych wód dostępnych na rynku. Pięknie odświeża, pielęgnuje i nawilża skórę. To mój ulubieniec, niezależnie od pojemności i pory roku :) Coraz częściej można ją znaleźć za mniej niż 20 złotych, naprawdę warto!

  
URIAGE BARIESUN, SUCHY OLEJEK SPF30

Bardzo przypadło mi do gustu jego opakowanie - złocisty olejek zamknięty jest w estetycznej butelce z atomizerem. Jest bajecznie łatwy w aplikacji - mgiełka równo się rozpyla i osiada, można ją szybko rozetrzeć. Pięknie się wchłania, zostawia na powierzchni delikatny film, który nie jest lepki ani tłusty i z biegiem czasu całkowicie wnika w skórę, aż do matu. Nie zostawia żadnych połyskujących drobinek, pachnie letnio, świeżo, delikatnie ale zapach nie utrzymuje się zbyt długo więc z powodzeniem można stosować perfumy. Nie zawiera alkoholu więc nie wysusza skóry. Może nie nawilża spektakularnie ale spełnia założenia w 100% - chroni przed słońcem, pozostawia skórę miękką i zadbaną. Jest wodoodporny, może być stosowany do każdego rodzaju skóry, także wrażliwej, oraz na włosy, o których wiele z nas zapomina. Lekka formuła nie brudzi butelki. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić to jego przydatność do zużycia - producent zaleca na opakowaniu 9 miesięcy od otwarcia. Nie udało mi się zużyć go do końca w okresie wakacyjnym, opakowanie 200 ml okazało się zaskakująco wydajne a ja na kąpiele słoneczne w tym roku mogłam pozwolić sobie zaledwie przez kilka dni. Już w tym momencie na dnie butelki zgromadził się osad tworząc nieestetyczne farfocle. Obawiam się, że kiedy przyjdą kolejne wakacje, kosmetyk nie będzie nadawał się już do użycia. Jeśli jednak lubicie formułę suchych olejków i często jesteście narażone  na działanie promieni słonecznych, ten produkt Wam się spodoba.


L'OCCITANE JENIPAPO OCHRONNE MLECZKO DO CIAŁA SPF 20

Mleczko pochodzi z limitowanej serii i totalnie urzekło mnie swoim opakowaniem :) Buteleczka jest niebanalna, śliczna, lekka i wygodna w użyciu. Jest to zupełnie inna formuła niż w przypadku suchego olejku - tu ma formę lekkiego, mlecznego balsamu w białym kolorze, który na skórze pozostaje niewidoczny. Nie zawiera też żadnych rozświetlających drobinek. Dzięki aksamitnej konsystencji łatwo się rozprowadza, szybko wchłania nie zostawiając ani lepkiej, ani tłustej warstwy. Mam wrażenie, że lepiej pielęgnuje niż poprzednik - skóra jest gładka, miękka i nawilżona. Używając go mogłam z powodzeniem zrezygnować z innych kremów, byłam spokojna zarówno o ochronę przeciwsłoneczną, jak i nawilżenie. Jestem także zachwycona zapachem, który znacznie dłużej utrzymuje się niż w przypadku Uriage. Olejek przypomina mi zapach skóry rozgrzanej słońcem, u L'Occitane jest to już konkretna nuta, która z niczym mi się nie kojarzy ale trafia w gust. W przypadku mleczka rezygnowałam z perfumowania ciała, jego woń jest na tyle trwała i wyczuwalna, że nie miałam potrzeby dokładania kolejnego zapachu. Jedynym nieporozumieniem jest dla mnie dozownik w formie atomizera, który jest zupełnie nieprzystosowany do konsystencji mleczka. Zamiast podawać mgiełkę, wyrzuca z siebie ciężką strugę, która dociera wszędzie, tylko nie do celu...Niemal za każdym razem aplikowałam porcję nie z opakowania, a z ubrudzonych rzeczy dookoła... Myślę, że idealnie sprawdziłaby się tu pompka. Drugim minusem jest cena - mleczko jest co prawda bardzo wydajne ale mimo wszystko 105 polskich złotych za 150 ml to wciąż dużo. Uriage kosztuje około 40 zł za 200 ml a ochrona działa jednakowo w obu przypadkach.

Ciekawostka... 
Mleczko zawiera ekstrakt z drzewa jenipapo z regionu Cerrado w Brazylii. Złote kwiaty drzewa jenipapo rozjaśniają krajobraz Cerrado i wypełniają powietrze owocowo-kwiatowym zapachem. Region Cerrado znajduje się w samym sercu Brazylii, gdzie spotykają się trzy rzeki, rosną ozdobne liściaste drzewa, są słodkie owoce, niezwykła fauna i kolorowe zachody słońca. 


Poza kosmetykami do ochrony ciała z jeszcze większą konsekwencją używałam kremów z filtrem SPF do twarzy. Korzystam z nich przez cały rok, niezależnie od pogody więc na pewno jeszcze o nich wspomnę. Przetestowałam ich mnóstwo, znalazłam ulubieńców i choć na zewnątrz robi się coraz chłodniej, nadal stoją na głównej półce w łazience :) O tym, dlaczego ochrona przeciwsłoneczna jest taka ważna napisano już setki artykułów. Nie będę udawała specjalistki i pisała osobnego posta na ten temat. Dla mnie tego typu pielęgnacja jest ważna i prędzej wyjdę z domu bez makijażu niż bez filtra :) Często oglądam w swojej pracy twarze klientek i wiele z tych, którym można pozazdrościć pięknej cery, unika właśnie ekspozycji na słońce. Mam też koleżankę, miłośniczkę sportów wodnych, która nie stosowała żadnej ochrony podczas treningów - uwierzcie mi, to widać, szczególnie w okolicach oczu... Dodatkowo przemówiło do mnie zdjęcie tego pana, który połowę swojej twarzy wystawiał na bezpośrednie działanie promieni - zgadnijcie, którą ;) 

Zanim rozpocznie się sezon grzewczy i skóra będzie się domagała solidnego nawilżenia, cieszę się jeszcze letnią opalenizną. Korzystam z ostatnich ciepłych dni, ostatnich promieni słońca, które jeszcze rozgrzewają. Łapię lato póki trwa. Nie wiem jak Wy, ja ze zgrozą myślę o tym, co nas czeka w najbliższym czasie. Byle do kolejnych wakacji! :)

Ala




poniedziałek, 15 września 2014

Ślubne smokey eyes dla Celebrity Bridal

W minioną środę miałam wielką przyjemność wykonać makijaże podczas otwarcia nowego salonu sukien ślubnych Celebrity Bridal i pokazu nowej kolekcji YolanCris. Była to dla mnie ogromna radość i satysfakcja, uwielbiam ślubne klimaty! :) Założeniem był smokey eyes choć z doświadczenia wiem, że niewiele Pań decyduje się na taki rodzaj makijażu w dniu ślubu... Makijaż pokazowy rządzi się jednak nieco innymi prawami.

foto: Dolce Vita
Jeśli jesteście zainteresowane wyborem sukni lub chcecie obejrzeć całą kolekcję, poniżej podlinkuję Wam fotorelację z wydarzenia. Tymczasem kilka zdjęć z backstage'u, które do tej pory wywołują wielki uśmiech na mojej twarzy :) 

foto: AP
foto: Dolce Vita
Wielkie dzięki za pomoc dla mojej niezastąpionej siostry Aleny :)

Gorąco zachęcam do obejrzenia zdjęć z całego pokazu tutaj: KLIK tutaj: KLIK oraz odwiedzenia strony http://www.celebritybridal.pl/

Zdecydowałybyście się na tak odważny makijaż ślubny czy stawiacie raczej na delikatną klasykę? :)
Ala


sobota, 6 września 2014

Trójmiejskie odkrycie eko-kosmetyczne

W niewielkiej galerii handlowej w Gdyni (CH Batory) natknęłam się jakiś czas temu na równie niewielkie stoisko kosmetyczne. Z zewnątrz bardzo niepozorne a kryje w sobie tak wiele skarbów, że do dziś nie wiem jakim cudem wszystko mieści się na tak niewielkiej przestrzeni :) Nazwa EKOPREZENT była dla mnie początkowo myląca ale kiedy zaczęłam buszować wewnątrz okazało się, że to prawdziwy raj dla miłośniczek kosmetyków naturalnych. 


Raz na jakiś czas mam 'fazy' na naturalną pielęgnację. O tym, ile chemii dostarczamy każdego dnia do organizmu i jaki to ma wpływ na nasze zdrowie nie będę pisać bo to temat na obszerniejszego posta. Zastanawiałam się nad tym ostatnio analizując moje dotychczasowe doświadczenia z produktami eko i postanowiłam znów do nich powrócić. Czytając coraz więcej pozytywnych recenzji nabierałam ochoty na rosyjskie kosmetyki ale miałam opory przed zamówieniem przez internet. Kiedy zorientowałam się, że mam możliwość zobaczyć je na żywo w Gdyni, wybrałam ze strony to, co mnie zainteresowało i pojechałam na zwiad :) 

Na miejscu zastałam olbrzymi wybór produktów, przepiękne opakowania i oszałamiające zapachy. Wszystko, co jest wystawione na niewielkiej wysepce zachęca do powąchania i wypróbowania, wszystko niesamowicie działa na zmysły. Pani Ewa doskonale zna kosmetyki z oferty, ma dużą wiedzę i chętnie doradza niezdecydowanym klientom :) To mocna przewaga w porównaniu z zakupami online. Dzięki jej uprzejmości mogłam zrobić kilka zdjęć na bloga ale poniżej to tylko niewielka namiastka :)

Uwielbiam takie opakowania :)

Póki co przetestowałam piankę do mycia twarzy i szampon do włosów, o których napiszę niebawem. Nie oparłam się też przepysznej musującej babeczce, gratka dla łasuchów na diecie ;) Kuszą mnie maseczki, masła do ciała i wszystko do kąpieli, bo odkąd mieszkam z wanną, doceniłam możliwość relaksu z pianką :) Lizaki, czekoladowe kostki, kule, sticki we wszystkich zapachach, smakach, wariantach i bez ograniczeń kalorycznych :D

To był mój pierwszy ale na pewno nie ostatni raz i tu wielka prośba do Was - jeśli używacie tego typu kosmetyków, koniecznie dajcie znać co polecacie. Wybieram się tam ponownie niebawem i chętnie sięgnęłabym po rekomendowane przez Was produkty.
Ala



piątek, 5 września 2014

Roczna szkoła wizażu - czy warto?


Cześć :) Dziś mam dla Was wpis trochę nietypowy. Dostaję ostatnio wiele pytań o szkołę wizażu, którą ukończyłam. Pomyślałam, że temat może być ciekawy dla niektórych z Was więc napiszę jak to wygląda z mojej perspektywy, dwa lata od rozpoczęcia mojej przygody. 

JAK, KIEDY I DLACZEGO?

Trudno mi powiedzieć skąd i kiedy dokładnie wziął się pomysł rozpoczęcia szkoły. Makijażem zainteresowała mnie kilka lat temu bliska mi wówczas osoba i pewnego dnia, trzy lata po skończeniu ‘normalnych’ studiów magisterskich, postanowiłam się zapisać na zajęcia. W Trójmieście miałam dość ograniczone możliwości wyboru - brałam pod uwagę Mat-Studio w Gdyni, Magnus Film w Sopocie i Beauty-Art w Gdańsku. Ostatecznie zdecydowałam się na ostatnią, biorąc pod uwagę chyba wszystkie plusy i minusy, jakie byłam w stanie wymyślić ;) Od roku jestem już absolwentką więc mogę z dystansem ocenić czy było warto. 

SZKOŁA

Wybrałam gdański oddział i tryb zaoczny. Zajęcia odbywały się w co drugi weekend i trwały od 09:00 do 15:00 więc mogłam z powodzeniem pogodzić je z pracą. Grupa liczyła kilkanaście dziewczyn, z którymi miałam wreszcie o czym porozmawiać :D Narzeczony, przyjaciele i rodzina przyglądali się mojej pasji już od jakiegoś czasu ale trudno mi było wciągnąć ich do dyskusji o nowinkach kosmetycznych, technikach makijażu, kolorach czy trendach ;) Pracowałyśmy parami, będąc na przemian makijażystką i modelką więc miałyśmy możliwość ćwiczenia na twarzach o różnych rysach i typach cery.  Na zdjęciach, które wygrzebałam widzę, że po pewnym czasie dobierałyśmy się jednak w bardziej powtarzalny sposób ale początki były naprawdę pomocne ;) Każde stanowisko pracy było niezależne. Miałyśmy do dyspozycji dobrze doświetlone miejsca pracy z dużymi lustrami, produkty higieniczne typu chusteczki, waciki, kosmetyki do demakijażu i pielęgnacji, płyny do dezynfekcji. Kosmetyki kolorowe marki Make Up Studio były w formie dużej szafy, dostępnej dla każdego. Każda z nas otrzymała na własność kilka pędzelków ale szybko okazały się niewystarczające. Wiele z nas miało już swoje komplety, które uzupełniałyśmy dodatkowo w trakcie nauki. Muszę jednak przyznać, że szkolne pędzle sprawdzają się do dziś całkiem nieźle. Same kosmetyki początkowo budziły mój spory opór. Byłam przyzwyczajona do własnego zbioru, formuł które dobrze znałam ale z czasem się przyzwyczaiłam, aż w końcu kupiłam kilka ‘perełek’ do własnego kuferka.

ZAJĘCIA

Zajęcia zaczęłyśmy od teorii z dziedziny kosmetologii. Każde kolejne dotyczyły innego tematu i rodzaju makijażu i rozpoczynały się pokazem wykładowców. Później ćwiczyłyśmy same: makijaż typu Chanel, Dior, smoky, no make up make up, francuski, makijaż kobiety dojrzałej, ślubny, wieczorowy, fotograficzny, sceniczny, graficzny, fashion, etniczny i wiele, wiele innych. Były też zajęcia poświęcone analizie kolorystycznej, lekcje fryzjerstwa, stylizacji i chyba moje ulubione – charakteryzacji. Część odbywała się poza szkołą, np. te z doboru stroju. Po tym, jak już wiedziałyśmy jaki reprezentujemy typ kolorystyczny i rodzaj sylwetki, udawałyśmy się do galerii handlowej i stylizowałyśmy wybrane spośród nas modelki. Mnie przypadła szczęśliwie właśnie ta rola, nigdy nie byłam najlepsza w zakupach ;) Dziewczyny nie miały łatwego zadania z moją budową ciała, wzrostem karła i skłonnością do marudzenia ale wykonały je na medal. Nigdy bym nie powiedziała, że będę się sobie podobać w limonkowej marynarce, wysokich szpilkach i skórzanych spodniach, których o mały włos nie kupiłam! ;) Mnóstwo radości sprawiły mi też zajęcia z charakteryzacji i dziś, kiedy wyszukałam dla Was te zdjęcia, ponownie rozważam kontynuowanie nauki w tym kierunku. Lekcje prowadziły Panie charakteryzatorki, które opowiedziały nam o swojej pracy, pokazały materiały i techniki. Postarzanie i pobrzydzanie wychodziło mi lepiej niż upiększanie. Najwięcej pomocy potrzebowałam natomiast przy upięciach fryzur, które totalnie mi nie szły. Na zajęciach z fryzjerstwa dowiedziałam się natomiast jak prawidłowo prostować włosy i okazało się, że cały czas robiłam to źle (i wiele fryzjerek też :D). Muszę przyznać, że nigdy się nie nudziłam. Dzięki temu, że zakres materiału był tak szeroki, za każdym razem było ciekawie. Żałuję jedynie, że nie robiłam więcej zdjęć… 

Makijaż etniczny - moje prace na jednej z najlepszych dziewczyn na świecie, Kasi!
...i prace Kasi a ja w roli modelki :D
Zajęcia z charakteryzacji teatralnej - makijaż wykonała Pani Marzena Korczak - Komorowska z Teatru Muzycznego w Gdyni
Nasze prace :) Może tak będziemy wyglądały kiedyś na zjeździe absolwentów ;)
Kasia ćwiczyła na mnie, ja na Kasi :)
Emocjonujące odkrywanie typów podczas analizy kolorystycznej
...i długo wyczekiwany przez nas makijaż ślubny :)
PRAKTYKI

Kolejną  mocną stroną szkoły, którą doceniam chyba najbardziej, jest możliwość praktyk (możliwość, nie przymus ;)). Szczerze mówiąc uważam, że nauczyły mnie tyle samo, co malowanie w szkolnej sali ale z zupełnie innej perspektywy. Wykorzystywałam każdą możliwą okazję wychodząc może na nadgorliwą słuchaczkę w oczach innych, ale z kolejną upływającą na nich godziną czułam, że jestem o krok dalej. Oczywiście, odbywało się to kosztem prywatnego czasu wieczorami lub w wolne weekendy ale nie żałuję ani jednej dodatkowej minuty. Początki były trudne ale z czasem nauczyłam się pracować szybciej i bliżej modelki. Szkoła umożliwiała udział w bardzo różnorodnych wydarzeniach. Często malowałyśmy w galeriach handlowych i nigdy nie brakowało nam chętnych pań. Zdarzało się wręcz, że na prośbę zostawałyśmy dłużej, aż do zamknięcia sklepu przez ochronę ;) Kiedy wspominam, z jaką niepewnością podchodziłam do malowania pierwszej nieznajomej mi osoby i ile czasu mi to zajmowało uważam, że teraźniejszą wprawę zawdzięczam głównie tym praktykom. Wartością dodaną są też oczywiście pierwsze kontakty, pierwsze znajomości. Niektóre z nich trwają do dziś i owocują stałą współpracą. Wszystkim słuchaczkom szkoły polecam wykorzystywanie możliwości praktyk na maxa, później dodatkowy czas i trud naprawdę procentują. 

Przygotowanie modelek do konkursu The Look of the Year / praktyki
EGZAMINY

Dużo zabawy miałyśmy też przy realizacji sesji semestralnej. Każda z nas losowała epokę, którą musiała później zreferować w formie pisemnej i ustnej oraz wykreować stylizację zgodną z jej założeniami. Na zakończenie miałyśmy małą sesję zdjęciową. Wylosowałam barok, z którego początkowo byłam bardzo niezadowolona. Kiedy zaczęłam jednak przygotowywać się do napisania pracy odkryłam wiele ciekawostek, które zdumiewają mnie do dziś, na przykład – czy wiecie, że rajstopy, makijaż i noszenie butów na obcasie zapoczątkowali mężczyźni? :D Praca na pewno wzbogaciła moją wiedzę na temat historii sztuki i historii makijażu.

Nie do końca poważne próby w domu... ;)

Na kończenie szkoły był jedynie egzamin praktyczny: sesja plenerowa i beauty. Tematem pierwszej brzmiał city lady chic. Jak pisałam, nie jestem najlepsza w stylizacjach ale ten motyw nawet mi się spodobał. Oczywiście z ciuchami i fryzurą miałam największy kłopot ale ostatecznie wyszło tak:


Kilka tygodni później odbyła się sesja beauty, podczas której miałyśmy pełną dowolność tematyczną. Z tej drugiej nie jestem w ogóle zadowolona, ani z makijażu ani ze zdjęć, które powędrowały prawdę mówiąc na dno szuflady ;) Potraktowałam to jednak jako kolejną, cenną lekcję i doświadczenie na przyszłość. Dziś wykonałabym ten makijaż zupełnie inaczej i mam nadzieję, że uda mi się go powtórzyć, bo modelkę miałam fantastyczną! Zobaczcie same:


Każda z nas otrzymała portfolio w formie kilku wydrukowanych zdjęć z pleneru i sesji beauty, płytę ze zdjęciami w formie elektronicznej i dyplom.


PODSUMOWANIE

Wrażenia i wspomnienia ze szkoły mam bardzo pozytywne. Jasne, nie wszystko było idealne, pewne rzeczy można poprawić ale mimo to jestem bardzo zadowolona. Nie żałuję ani jednej wydanej złotówki, choć to dopiero przedsmak wydatków związanych z zawodem, jak choćby kompletowanie kufra czy organizacja prywatnego stanowiska pracy :D  Zapisując się na zajęcia chciałam się nauczyć makijażu a nauczyłam się o wiele, wiele więcej, jak choćby ciekawej teorii, pokory, podejścia do klientek, pracy na różnych kosmetykach, z różnymi problemami i typami skóry, pracy pod ogromną presją czasu, w lepszych i gorszych warunkach, z różnymi ludźmi.

Czy uważam, że warto?

To zależy. Jeśli chcecie nauczyć się malować same to nie. Szkoda kasy i przede wszystkim czasu. Wybierzcie kurs indywidualny podczas którego prowadzący skupi się tylko na Was, Waszych potrzebach. Roczną szkołę polecam osobom, które chcą zostać makijażystkami i świadczyć usługi z zakresu wizażu. Jeśli chcecie się tym zajmować, kochacie malować innych i sprawia Wam to prawdziwą, niewymuszoną radość to gwarantuję Wam, że koszty edukacji szybko się zwrócą :) 

Aktualnie trwa rekrutacja na kolejny rok. Do wyboru jest wiele opcji, od szkoły wizażu i stylizacji, przez szkołę charakteryzacji, fryzjerstwa, po kursy: indywidualne, podstawowe, intensywne oraz - co ciekawe - kurs kreatora wizerunku ślubnego! Jeśli jesteście z Gdańska, Krakowa, Poznania i Warszawy, zachęcam Was gorąco do odwiedzenia szkoły podczas dnia otwartego w niedzielę, 07 września, w godzinach 12-18. Sama skorzystałam z takiej możliwości, chwilę później złożyłam dokumenty i zaczęłam cieszyć się pasją jeszcze bardziej! :) Więcej informacji znajdziecie na stronie http://beautyart.pl/  (artykuł nie jest sponsorowany, powstał w odpowiedzi na wiele pytań i z potrzeby podzielenia się moim entuzjazmem ;))
______________________________________________________________________________________________

Nie wiem jak daleko mój wpis sięgnie ale chciałabym podziękować Pani Gosi Dunder i Pani Beacie Małachowskiej za wszystko. Te dwie osoby bardzo przyczyniły się do tego, gdzie zaszłam ze swoją pasją. Jeśli mnie czytacie - DZIĘKUJĘ!!! :)


Jeśli zastanawiacie się nad taką drogą zawodową i macie jakiekolwiek pytania, dajcie znać w komentarzach. Z chęcią uzupełnię informacje, których mogło tu zabraknąć. 
Kto z Was maluje? :D 
Ala



UA-49610063-1