sobota, 31 maja 2014

Letnia ochrona skóry prosto z trójmiejskiej plaży + rozdanie

Dziś po raz pierwszy w tym sezonie byłam na naszej, trójmiejskiej plaży. Przyznam, że jak lubię morze, tak w turystycznym sezonie jeżdżę nad nie bardzo rzadko, a właściwie wcale :) Zrobiłam wyjątek bo to jeden z nielicznych pogodnych weekendów, który jednocześnie mam wolny od pracy i bardzo potrzebuję odpoczynku. Może nie był to szczególnie gorący dzień ale choć odrobinkę ogrzałam się na słońcu i skorzystałam z bezwietrznego dnia. Pomyślałam, że to dobry moment, żeby opowiedzieć o mojej letniej pielęgnacji skóry, po którą lada chwila sięgnę. Upały w Trójmieście dopiero przed nami ale jestem już na nie przygotowana :) 


Wiem, że używanie filtrów i kwestia bezpiecznego opalania budzi wciąż wiele gorących dyskusji. Sama spotkałam się z zaleceniem aby nie stosować zabezpieczenia przed słońcem od mojej doktor dietetyk, ze względu na wysokie niedobory witaminy D. Jak ją uwielbiam za pomoc w innych kwestiach, tak tym razem się zbuntowałam :) Nie przekonuje mnie też do końca argument o szkodliwości filtrów chemicznych. Nie chcę podważać niczyjej kompetencji ani argumentów naukowych, kieruję się raczej własną intuicją i wiedzą o tym, jak żyję i ile czasu spędzam na słońcu. Ochrona skóry jest dla mnie obowiązkowa, szczególnie podczas plażowania. W tej kwestii od dłuższego już czasu sięgam po dermokosmetyki, które świetnie się u mnie sprawdzają.

 

Każdego dnia używam filtru na twarz - bez względu na to czy pogoda jest słoneczna czy pochmurna, czy jest lato czy zima, taki mam nawyk i już :) Oczywiście nie są to kremy 50+ przez cały rok, tym bardziej, że większość dnia spędzam w biurze, do którego droga zajmuje mi jakieś 10 minut. Zawsze jednak coś mam, a w słonecznym sezonie sięgam już po konkrety. W tym roku wybrałam krem z filtrem SPF30 SVR DEFENSE ANTI-AGE, który nie tylko chroni przed promieniowaniem słonecznym ale także działa przeciwzmarszczkowo i antyoksydacyjnie, walczy z objawami starzenia się skóry i chroni komórki macierzyste. Uwielbiam jego zapach! Na blogu na pewno pojawi się jego osobna recenzja.

Jeśli chodzi o ochronę ciała i włosów, tu z pomocą przychodzi mi nowość URIAGE BARIESUN, suchy olejek z filtrem SPF30. Ma formułę wygodnego sprayu i można go stosować zarówno na skórę ciała, jak i włosy. Zapewnia wysoką ochronę przed promieniowaniem UVA i UVB, intensywnie nawilża i chroni skórę przed działaniem wolnych rodników, zawiera witaminę  C i E.

Nie mogłabym też obyć się bez WODY TERMALNEJ URIAGE, o której na blogu pisałam już wielokrotnie. Latem mam kilka butelek - małe, duże, w torebce, w pracy, w łazience, w kufrze, w samochodzie, dosłownie wszędzie :) To jest mój absolutny hit i kosmetyczny ulubieniec już od dawna. Przynosi cudowną ulgę i odświeżenie, nie niszcząc przy tym makijażu. Idealnie nadaje się do orzeźwienia w ciągu dnia, do złagodzenia oparzeń czy jakichkolwiek innych podrażnień, do nawilżenia skóry w klimatyzowanych pomieszczeniach, do stóp i dłoni, które lubią puchnąć w upalne dni. Must have, szczególnie latem :)



ROZDANIE

Bezpieczne opalanie jest ważne dla każdego, dlatego mam dla Was trzy zestawy do wygrania. W ich skład wchodzą:
  • łagodzący spray po opalaniu - łagodne mleczko w mgiełce, które nawilża, koi i chłodzi skórę
  • suchy olejek SPF50+ do ciała i włosów, który chroni przed promieniowaniem UVA i UVB i działa nawilżająco 
  • krem SPF 50+ do twarzy, który chroni przed promieniowaniem i wolnymi rodnikami, zabezpiecza i nawilża skórę.

Konkurs jest dla obserwatorów bloga. Aby wziąć w nim udział, odpowiedz w komentarzu na pytanie: gdzie zabrałabyś ze sobą powyższy zestaw? - jakie miejsce jest Twoim wymarzonym na wakacyjny wypoczynek? Czas na przyjmowanie zgłoszeń mija 15 czerwca.

REGULAMIN:
  1. Organizatorem rozdania jest strona http://alicjamakeup.pl/
  2. Sponsorem nagrody - trzech zestawów kosmetyków do opalania, jest firma Bio-Profil Polska Sp.z o.o.
  3. Czas trwania rozdania: 31.05.2014 - 15.06.2014
  4. Udział w rozdaniu mogą brać osoby pełnoletnie lub niepełnoletnie za zgodą rodziców / opiekunów 
  5. Osoby, których blogi zostały stworzone wyłącznie w celu udziału w konkursach i rozdaniach będą wykluczane 
  6. Uczestnictwo w rozdaniu warunkuje treść tego posta
  7. Udział w rozdaniu jest jednoznaczny z akceptacją niniejszego regulaminu. 
  8. Wyniki rozdania zostaną ogłoszone na stronie http://alicjamakeup.pl/ w ciągu trzech dni od zakończenia rozdania, tj. do 18.06.2014
  9. Na dane adresowe czekam w ciągu 5 dni od ogłoszenia wyników. Po tym czasie zostanie wybrana kolejna osoba. 
  10. Koszt przesyłki jednego z zestawów pokrywa autorka strony http://alicjamakeup.pl/, koszt przesyłki dwóch kolejnych pokrywa sponsor rozdania, Bio-Profil  Polska Sp.z o.o.
  11. Wysyłka nagród nastąpi w ciągu 7 dni od otrzymania danych adresowych zwycięzcy
  12. Organizator zastrzega sobie prawo do zmian w regulaminie. 
  13. Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 roku Nr 4 poz. 27 z późniejszymi zmianami)


Czekam na Wasze typy, gdzie lubicie wypoczywać lub gdzie marzyłybyście pojechać na wakacje. Tymczasem w małym bonusie - Gdynia dziś :) To był naprawdę piękny dzień :)
Uściski!
Ala




środa, 28 maja 2014

Pielęgnacja cery z Auriga Flavo C

Cześć! Dziś będzie o oswajaniu legendy - Flavo C. Oswajaniu, bo tak pięknie, jak zakładałam, niestety nie było. Ale po kolei... 

Moja pielęgnacja skóry różni się w zależności od pory roku. Zimą staram się sięgać po kremy bardziej treściwe, odżywcze i ochronne. Wiosną wybieram już zdecydowanie lżejsze, rozświetlające i zawierające witaminy. Moja skóra potrzebuje zastrzyku energii po sezonie grzewczym i zimowym przesuszeniu. Zawsze lubiłam w tym czasie kremy z witaminą C. Nie mogłam więc nie zmierzyć się z legendą marki Auriga. Zaopatrzyłam się w serum oraz krem z serii Flavo C. 


FLAVO C. NAWILŻAJĄCY KREM ANTI - AGING

Krem nawilżający zapobiegający starzeniu się skóry. Flavo C Cream jest preparatem silnie nawilżającym, opartym na współdziałaniu kwasu hialuronowego i kompleksu polisacharydów. Utrzymuje odpowiedni poziom nawilżenia skóry, dodaje jej blasku.

Skład: Aqua, Caprylic/ Capric Triglyceride, Paraffinum Liquidum, Alcohol, Isostearyl Isostearate, Glycerin, Biosaccharide Gum-I, Sodium Acrylate/Sodium Acrylodimethyl Taurate Copolymer, Polyisobutene, Caprylyl/Capryl Glucoside, Isopropyl Alcohol, Sodium Hyaluronate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Isobutylparaben, Triethanolamine, Carbomer, Ascorbyl Palmitate, Sorbitan Oleate, Cyclohexane, Parfum, d-Limonene/I-Limonene/Dipentene.

Dobre wrażenie zrobiło na mnie opakowanie - lekkie, estetyczne, z solidnego plastiku i z systemem airless, umożliwiającym higieniczne dozowanie. Pompka aplikuje jednorazowo niewielką ilość produktu. Sam krem ma biały kolor i przyjemną, jedwabistą konsystencję. Zapach jest kwestią gustu, mnie osobiście nie urzekł. W pierwszej chwili wyraźnie wyczuwam alkohol, dopiero po jego odparowaniu wyłania się dość ostra, charakterystyczna woń. Trudno mi ją opisać, nie jest to zapach owocowych, witaminowych kremów, przypomina mi raczej fenistil lub inny środek na ukąszenia. Dzięki lekkiej formule kosmetyk szybko się wchłania nie pozostawiając tłustej ani lepkiej warstwy. Nadaje się więc na dzień, pod makijaż. Nie zauważyłam, żeby w jakikolwiek sposób wpływał na jego trwałość lub nie współgrał z podkładami - nie roluje się ani nie spływa.

Na tym niestety jego zalety się kończą. Nie mogę pochwalić go za skład, któremu - przyznaję - wcześniej się nie przyjrzałam. Nie jestem biegła w temacie ale chyba nie trzeba być specjalistą, żeby zauważyć w nim moc paskudztw: olej mineralny, alkohol, mnóstwo parabenów a to, co na pierwszy rzut oka kusiło najbardziej, czyli witamina C i kwas hialuronowy, majaczy gdzieś w drugiej części lub na końcu składu. Nie zachwycił mnie także jeśli chodzi o działanie solo: nie zauważyłam wyraźnego nawilżenia czy wygładzenia skóry, o anti-aging nie wspominając. Może niepotrzebnie oczekiwałam od niego więcej, tymczasem mogłabym podsumować go słowem - przeciętny. Faktycznie pozostawia gładką, subtelną powłoczkę ale nie jest to nawilżenie i odżywienie skóry, jakiego się spodziewałam.

Ze względu na parafinę w składzie, która lubi zapychać i powodować niedoskonałości oraz alkohol, który działa wysuszająco, polecam przetestować krem przed zakupem pełnowymiarowego opakowania, tym bardziej, że mało nie kosztuje. Rozpiętości cenowe dermokosmetyków są trudne do ogarnięcia ale możecie go dostać od 50 zł wzwyż / 30 ml (w zależności od apteki).

 


FLAVO C. ROZŚWIETLAJĄCE SERUM ANTI-AGING

Rozświetlające serum przeciw starzeniu się skóry. W widoczny sposób redukuje oznaki starzenia się skóry (zmarszczki, drobne linie i przebarwienia). Wygładza i rozjaśnia skórę, wyrównując jej odcień. Zawiera kwas L-askorbinowy (witaminę C), który stymuluje syntezę kolagenu i chroni przed uszkodzeniami wywołanymi promieniowaniem UV. Skóra odzyskuje blask i odpowiednie napięcie. Flawonoidy z Ginkgo biloba współdziałają z witaminą C zapewniając codzienną ochronę przeciwko działaniu wolnych rodników (...). Działanie serum utrzymuje się w sposób stały przez ponad 8 godzin. 

Skład: Propylene Glycol, Aqua, Ginkgo Biloba Leaf Extract, Ascorbic Acid, Polysorbate 20, Polysorbate 80, Imidazolidinyl Urea, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Butylparaben.

Wybrałam to serum ze względu na liczne pozytywne recenzje i wskazania, które zdawały się idealnie pokrywać z moimi aktualnymi potrzebami: 25+, zmarszczki, ziemista cera, nieregularny koloryt skóry. Szukałam czegoś rozświetlającego, przeciwdziałającego na pierwsze oznaki starzenia, niwelującego zmęczenie. Skusiła mnie także witamina C, którą bardzo lubię oraz wyciąg z Ginkgo Biloba. 

Pierwsze zetknięcie z serum było bardzo pozytywne. Zamknięte jest w miłej dla oka, estetycznej buteleczce z pipetką. Aplikacja jest dzięki temu bardzo łatwa - zużywamy dokładnie tyle ile chcemy, na całą twarz i dekolt wystarczy ok. 5 kropelek. Zapach jest charakterystyczny dla witaminy C, niestety nie należy do najpiękniejszych. Kojarzy mi się z marynatą do kurczaka :D Bardzo podobnie pachniało serum Xylogic, którego kiedyś używałam. Kolor jest taki, jak widzicie na zdjęciu poniżej - złocistobrązowy, półprzezroczysty. Formuła jest rzadka i oleista, spływa ze skóry więc serum trzeba w miarę sprawnie rozprowadzić. Wchłania się szybko i do matu więc śmiało nadaje się pod makijaż. Nie pozostawia lepkiej ani tłustej warstwy, jedynie wyczuwalny jeszcze przez jakiś czas zapach. 

To, co mnie najbardziej zaskoczyło to szybkie działanie - efekty zauważyłam niemal od razu, już po kilku aplikacjach. Skóra była wyraźnie wygładzona, wypoczęta i rozjaśniona. Niestety równie szybko pojawiło się na niej uczulenie w postaci wielu drobniutkich krostek - początkowo na czole, później także na policzkach przy nosie :( Pierwszy raz się spotkałam z taką reakcją mojej cery, nigdy wcześniej to się nie zdarzało a jak przystało na kosmetycznego freaka, używałam wielu produktów i często zmieniałam pielęgnację. Po odstawieniu i powrocie, problem znów się pojawił więc nie mam wątpliwości, że sprawcą jest to właśnie serum. Jego działanie na moją skórę dało jednak tak fajne efekty, że postanowiłam jakoś je poskromić i używam go teraz znacznie rzadziej - dwa razy w tygodniu w rozsądnej ilości wystarczy. 

Serum nie zapycha ani nie wysusza, chociaż opinie innych są bardzo podzielone w tej ostatniej kwestii. Ja stosuję po nim zawsze krem nawilżający więc trudno mi się odnieść. Skóra jest zdecydowanie bardziej elastyczna, napięta, wygładzona, pełna blasku a koloryt wyrównany. Mam wrażenie, że niewielkie przebarwienia i rozszerzone pory zniknęły. Efekty są zauważalne nie tylko w porównaniu z innymi kosmetykami, ale też 'gołym okiem'. Stosuję serum tylko na noc ale rano po przebudzeniu wyglądam naprawdę znacznie lepiej, zdrowo i bardziej promiennie. Nie wiem czy spłyca zmarszczki bo nie borykam się jeszcze z takim problemem ale chcę wierzyć, że im zapobiega :D Jak to ocenić, nie mam zielonego pojęcia :)

Ostatni okres jest dla mnie wyjątkowo ciężki - mnóstwo pracy, stresów, pośpiechu, nie zawsze przespane noce, częste wyjazdy i nie do końca rozsądna dieta sprawiają, że mój wygląd zdradza zmęczenie. Nie mam wątpliwości, że działanie tego kosmetyku i znajomość kilku makijażowych tricków pozwoliło mi sprytnie zakamuflować na mojej twarzy błaganie o odpoczynek :) Żałuję, że moja skóra reaguje alergicznie na jego regularne stosowanie ale ograniczając ilość i częstotliwość aplikacji, jestem w stanie cieszyć się jego działaniem bez obaw. 


Próbowałam złapać konsystencję - po lewej krem, po prawej serum, a właściwie plama po tym, co skapnęło na toaletkę i podłogę ;) Krem ma jeszcze taką przedziwną przypadłość, że trudno mi było złapać na nim ostrość (na opakowaniu też :-)).

Podsumowując, jestem zadowolona z działania serum, mimo reakcji uczuleniowej. Sięgam po nie od czasu do czasu w ostrożnej ilości i obserwuję skórę - tak mogę cieszyć się jego działaniem, które uważam za naprawdę bardzo skuteczne. Polecam przed zakupem sprawdzić czy Was też nie uczuli, bo to wydatek rzędu 50 lub nawet 100 zł (w zależności od apteki). Krem mnie nieco rozczarował, głównie składem i przeciętnym działaniem. Możliwe, że gdybym od początku używała go razem z serum, oceniłabym go wyżej ale solo niestety wypada średnio.

Dajcie znać czy miałyście już do czynienia z Flavo C i jakie są Wasze wrażenia. Chętnie też dowiem się, jakie kremy z witaminą C polecacie, piszcie śmiało! :-)

Ala





sobota, 17 maja 2014

Pachnące kosmetyki L'Occitane

W ramach Akademii Zmysłów L'Occitane docierają do mnie zdecydowanie najbardziej aromatyczne kosmetyczne smakołyki. Dzisiaj chciałam Wam przedstawić dwa z nich, jestem ciekawa, który wariant zapachowy przypadnie Wam do gustu najbardziej :) 

LAWENDA

Ciekawostka: niegdyś nazywano lawendę „błękitnym złotem". Nie można sobie wyobrazić Prowansji bez jej zapachu! Szczególnie ceniona jest lawenda wąskolistna (Lavandula angustifolia), która dostarcza najlepszego olejku eterycznego o subtelnym zapachu. Aromat tego gatunku lawendy bardzo różni się od lekko kamforowej woni, wydzielanej przez dominującą obecnie odmianę Lavandin Grosso.

O lawendowej przesyłce pisałam już tutaj. Oprócz opisanego już przeze mnie żelu antybakteryjnego, który stał się moim ulubieńcem w tej kategorii oraz saszetki z pachnącą lawendą, otrzymałam też mydło. To kosmetyk, którego recenzje się tu nie pojawiają, bo nie bardzo wiem, co o mydle można napisać ;) Nie mam wygórowanych wymagań - ma ono dobrze oczyszczać, nie wysuszając skóry. Propozycja L'Occitane spełnia moje oczekiwania w tej kwestii. Zawartość masła shea pielęgnuje dłonie a olejków z lawendy działa kojąco na zmysły. Zapach - jeśli ogólnie lubicie lawendę - przypadnie Wam do gustu, nie jest sztuczny ani chemiczny ale jeśli wolicie lżejsze wonie, półlitrowa butelka może Was zmęczyć. Na plus mogę także zaliczyć bardzo wysoką wydajność - forma gęstego żelu pozwala się cieszyć produktem naprawdę przez długi czas. Mimo to nie sądzę, żebym kupiła kolejne opakowanie ze względu na cenę - 500 ml mydła w butelce z pompką kosztuje aż 68 złotych, a jego wkład uzupełniający 69 złotych. 


Z tej serii jestem wierna żelowi antybakteryjnemu i kremowi do rąk. Jestem też zadowolona z saszetki, która wciąż pachnie równie intensywnie jak na początku (kosztuje 29 zł.). Jestem jeszcze bardzo ciekawa mgiełki do pościeli - jeśli używałyście i rzeczywiście pozwala się zrelaksować przed snem, dajcie znać.

CZERWONA WIŚNIA

"Wiśniowe kwiaty są tak rzadkie i cenne, ponieważ znikają z pierwszym powiewem wiosennego wiatru" - Olivier Baussan, założyciel L'OCCITANE. Linia Czerwona Wisnia inspirowana jest zachodem słońca w którym dojrzewają czerwone owoce wiśni. Zanurz swoje zmysły w Wodzie Perfumowanej Czerwona Wiśna. Nowy perfumowany żel jest mniejszą mniejsza wersją Wody Perfumowanej - idealny rozmiar do kobiecej torebki! Skompletuj swoją kolekcję wraz z żelem pod prysznic i balsamem do ciała Czerwona Wiśnia. Nasza linia Czerwona Wiśnia zawiera ekstrakt z wiśni z Luberon, regionu w południowej Francji.

Wiśnia nie była nigdy moim ulubionym owocem ze względu na cierpki, kwaśny smak. Co innego natomiast zapach :) W paczce poświęconej temu składnikowi znalazłam miniatury żelu pod prysznic, balsamu i kremu do rąk, wszystko w przeuroczej kosmetyczce. 



W pierwszej kolejności zużyłam żel pod prysznic o niezwykle świeżym, przyjemnym zapachu. Czuć tu kwiat wiśni, nie jej owoc więc woń jest naprawdę lekka i orzeźwiająca. Sam żel jest w porządku, na ile mogę ocenić go na podstawie opakowania 75 ml. Jest dość wydajny, ma odpowiednią konsystencję i właściwości myjące. Nie zauważyłam, żeby w szczególny sposób pielęgnował skórę, ale na pewno jej nie wysusza. Niestety, jak w przypadku wielu kosmetyków L'Occitane, przyczepię się znów do opakowania - kosmetyki zamknięte są w eleganckich, miłych dla oka ale jednocześnie mało praktycznych butelkach, z bardzo twardego plastiku. Trzeba włożyć sporo siły, żeby mokrymi dłońmi wycisnąć odpowiednią ilość. Może jestem słabeuszem i zanim się rano umyję powinnam zjeść porządne śniadanie, może jestem po prostu marudą ale to już kolejny produkt, z którym się siłuję. Odbiera to przyjemność z używania, mimo naprawdę pięknego zapachu, szkoda. Żel kosztuje 20 zł / 75 ml lub 62 zł / 250 ml. Czy kupiłabym pełnowymiarowe opakowanie? Nie, mogłabym zainwestować w produkty L'Occitane, które pielęgnują, jak balsamy czy masła ale nie w mydła, które mają styczność ze skórą tylko przez chwilę (szczególnie gdy przeanalizujemy skład: woda, sls, coś tam coś tam, ekstrakt z wiśni dopiero za zapachem...). 

Balsam do ciała średnio przypadł mi do gustu. Ma bardzo rzadką, lejącą konsystencję. Szybko się wchłania i pozostawia skórę przyjemnie gładką bez lepkiego filmu. Niestety zapach nie jest już tak świeży i intensywny jak w przypadku żelu - początkowo pachnie niezbyt przyjemnie, dopiero gdy chwilę pooddycha staje się delikatniejszy i milszy dla nosa. Sam balsam, dzięki dużej zawartości masła shea (zaraz po bazie wodnej w składzie), całkiem nieźle nawilża moją skórę, która jest miękka w dotyku ale może nie poradzić sobie z większymi przesuszeniami - jest zbyt lekki. Niestety na minus zaliczam niespodziankę w formie wielu błyszczących drobinek, o których nie ma słowa ani na opakowaniu ani na stronie internetowej. Szybciej spodziewałabym się takiego efektu w serii złoty kwiat i akacja (pisałam o niej tutaj). Przyznam, że nie jestem fanką tego błysku. Może na lato, do mocno opalonej skóry lub w karnawale zdałby egzamin na dekolcie ale na całym ciele to zdecydowanie za dużo jak na moje standardy :) Miłości z tego niestety nie będzie, szczególnie za cenę 35 zł za 75 ml i aż 99 zł za 250 ml. Acha, butelka standardowo do bani, trzeba prężyć muskuły, żeby wycisnąć porcję z twardego plastiku. 

Najbardziej intensywnie pachnie z tej serii krem do rąk. Ten dla odmiany jest w miękkiej, niewielkiej tubce, w sam raz do torebki. Używam go w pracy i za każdym razem kiedy to robię ktoś mówi: ale pięknie pachnie :) Szkoda, że nie nawilża równie pięknie... Krem ma bardzo lekką, wręcz lejącą konsystencję. Jestem przyzwyczajona do nieco innych, bardziej treściwych wersji od L'Occitane. Sięgam po niego głównie ze względu na zapach ale kiedy czuję suchość skóry, wspomagam się tubkami z innych serii. Na plus można mu zaliczyć błyskawicznie wchłanianie, na minus jednak uczucie potrzeby ponownej aplikacji bo nie daje niestety komfortu nawilżonych dłoni. Cena 29,90 za 30 ml nie jest może szczególnie wygórowana ale gdybym go kupiła, byłabym nieco rozczarowana. W ofercie tej marki znajdziecie naprawdę świetnie nawilżające i ochronne kremy, ten możemy potraktować raczej jako zapachowy umilacz. 

Z całej paczki najczęściej i najchętniej sięgam po kosmetyczkę - jest urocza i praktyczna, idealna na podręczne kosmetyki do torebki i na krótkie wyjazdy :) 

Która wersja zapachowa jest bliższa Waszym gustom - intensywna lawenda czy świeży kwiat wiśni? 
Ala



poniedziałek, 12 maja 2014

Ślubny makijaż Marty

Cześć :) Dziś przychodzę do Was z kolejną odsłoną makijażu ślubnego. Wykonałam go pięknej Marcie na potrzeby sesji zdjęciowej, która odbyła się w niezwykle urokliwym Dworze Oliwskim w Gdańsku. Zrobiłam też drobną korektę odważnemu Panu Młodemu, co nie zdarza się zbyt często ;)



fryzury – Sylwana Nowicka, salon R.SMARZ Professional Hair (www.professionalhair.pl) / suknia ślubna – Atelier Suknie Marzeń (www.sukniemarzen.pl) / bukiet – Event by Ev (www.eventbyev.pl) / fascynator z woalką – Misstery (www.misstery.pl) / Marta Czajkowska - Panna Młoda / Daniel Sitek - Pan Młody (www.danielsitek.com) / zdjęcia – Agnieszka i Przemek Potoccy (http://subobiektywna.pl/)/ makijaż - ja :)

Co byście powiedziały, gdyby tematyka ślubna pojawiała się na blogu częściej? Macie już swój wielki dzień za sobą czy wszystko jeszcze przed Wami? Chętnie podzieliłabym się inspiracjami, które zbieram na własne potrzeby i na potrzeby Pań, które mam przyjemność w tym dniu malować. Dajcie znać czy posty ślubne Was interesują no i oczywiście czy podoba Wam się makijaż :)

Ala


niedziela, 11 maja 2014

Kolorowe kredki czyli Clinique Chubby Stick

Cześć! :) Dziś kilka słów na temat, niezwykle modnych ostatnio, kosmetyków w formie kredki. Używałam ich przez ostatnie tygodnie i postanowiłam podzielić się wrażeniami.

Ostatnio coraz więcej marek kosmetycznych sięga po formę sticków ale dla mnie tą, która kojarzy mi się najbardziej jest zdecydowanie Clinique. Nawet jeśli nie używałyście ich wcześniej, na pewno kojarzycie charakterystyczne opakowania i nazwę Chubby Stick. Ja odkryłam je bardzo późno, bo dopiero teraz ale na pewno nie będzie to jednorazowa przygoda, mam ochotę na więcej.

Posiadam na razie cztery kredki - dwie do ust oraz dwa cienie do powiek, od których zaczniemy.

CHUBBY STICK. SHADOW TINT FOR EYES

 

Przyznam, że początkowo byłam uprzedzona do cieni w sztyfcie - wydawały mi się tępe, trudne do aplikacji i mało praktyczne. Zawsze kierowałam się w stronę klasycznych prasowanych lub sypkich wersji. Kiedy jednak spróbowałam sticków, przekonałam się do nich bardzo szybko. 

Na samym początku zwróciłam uwagę na opakowanie - eleganckie, proste, bardzo przyjemne dla oka. Cienie mają formę grubej, wykręcanej kredki. Nie trzeba jej temperować (jak choćby kredki NYX, które doprowadzają mnie do szału), wystarczy przekręcić srebrny spód. Można ją wkręcić z powrotem, mechanizm się nie blokuje i działa bez zarzutu. Sam sztyft osadzony jest bardzo solidnie - nic się nie chwieje, nie łamie, opakowanie jest naprawdę porządnie wykonane. Na plus zaliczam też jego kolor, który oddaje kolor cienia, dzięki czemu nie trzeba przekopywać kufra lub kosmetyczki w poszukiwaniach :) 

Aplikacja, wbrew moim obawom, jest dziecinnie prosta - możemy nałożyć cień jak lubimy, pędzlem, palcem lub bezpośrednio ze sztyftu. Kredka nie jest toporna, dzięki kremowej konsystencji łatwo sunie po skórze. Daje się bez problemu rozetrzeć, nie tworzy prześwitów ani nie roluje się na powiece.

Efekt bardzo mnie zaskoczył - cienie można stosować jako bazę ale także solo. Możemy je łatwo ze sobą mieszać - zarówno inne kolory kredek, jak i z klasycznymi cieniami. Jeśli chcemy jednak postawić na jeden kolor, bez problemu zbudujemy efekt stopniowo dokładając kolejne warstwy, dzięki czemu odcień zyska na intensywności. Dzięki swojej aksamitnej konsystencji są naprawdę łatwe w użyciu, nie ma mowy o osypywaniu. Na skórze pięknie ale subtelnie odbijają światło dzięki czemu ożywiają spojrzenie. Są idealne gdy rano się spieszę i nie mam czasu na dopracowany makijaż - wystarczy im jedynie towarzystwo tuszu a oko wygląda świetnie :)

Trwałość jest ich kolejną mocną stroną - wytrzymują na powiekach cały dzień bez poprawek. Ja nakładam je na bazę, ponieważ często każde cienie zbierają mi się w załamaniu ale jeśli nie macie tłustej skóry w tym miejscu, solo też powinny dać radę, gdyż są naprawdę długotrwałe. 

Posiadam dwa klasyczne odcienie, które wprost uwielbiam: złoty, naturalny beż 01 bountiful beige oraz chłodny, stonowany fiolet 09 lavish lilac ale cała gama obejmuje 8 kolorów więc na pewno znajdziecie coś dla siebie. Wszystkie możecie obejrzeć tutaj: KLIK

 

CHUBBY STICK INTENSE. MOISTURIZING LIP COLOUR BALM


Kolejne kredki to nawilżające balsamy koloryzujące w formie identycznej jak pisałam powyżej. Są połączeniem pielęgnacyjnego balsamu, kryjącej szminki i błyszczyka - można wyobrazić sobie lepszy produkt do ust? :) 

To, co mi się w nich bardzo podoba to forma - wygodny, wykręcany sztyft, bardziej precyzyjny niż szminka. Można w prosty sposób dokładnie obrysować kontur ust i wypełnić je kolorem. Nadaje im do tego blask porównywalny z błyszczykiem ale przy tym nie klei się (szczególnie do włosów, czego w błyszczykach nie znoszę najbardziej). 

Na plus zaliczam też świetną pigmentację i imponujący wybór  kolorów. Ja posiadam jeden idealny na dzień, naturalny, podobny do koloru moich naturalnych warg 01 curviest caramel oraz wersję na wieczór, nasycony soczystym kolorem 08 grandest grape. Oba bardzo lubię - jeden noszę w torebce do makijażu dziennego, drugi mam w kuferku na specjalne okazje. 

Efekt jest przepiękny - są idealnie kremowe więc łatwo suną i dają naprawdę intensywny kolor, który wtapia się w usta (nie są półtransparentne). Nie mam problemu z suchymi skórkami więc nie zauważyłam spektakularnego nawilżenia ale na pewno można o nich powiedzieć, że nie wysuszają warg jak niektóre pomadki. Na plus zaliczam też brak drażniącego mnie często chemicznego zapachu i smaku oraz trwałość - kolor pozostaje naprawdę długo, mimo, ze ciągle coś gadam albo jem ;) Balsam nie zbiera się w załamaniach ani nie waży, a jeśli znika z ust, to w sposób równomierny. 
 

Tutaj makijaż, jaki wykonałam jakiś czas temu mojej siostrze, Alenie. Możecie zobaczyć, jak prezentują się w akcji :) Myślę, że jeszcze nie raz pojawią się na moim blogu, bo sięgam po nie wyjątkowo chętnie.


Podsumowując, to bardzo fajne kredki, które mogę z czystym sumieniem polecić. Myślę, że szczególnie przypadną do gustu początkującym osobom, które dopiero zaczynają przygodę z makijażem - są naprawdę łatwe w aplikacji i nie wymagają większej wprawy a efekt jest, i to długotrwały. Wybór kolorów jest na tyle szeroki, że każda z Was znajdzie coś dla siebie. 

Chubby Stick kosztują 79 zł / szt. i możecie je znaleźć w perfumeriach lub kupić przez internet na stronie http://clinique.com.pl/

Dajcie znać co myślicie o kosmetykach w takiej formie. Skusiłyście się? :) 

Ala




czwartek, 1 maja 2014

Estee Lauder Modern Muse - wiosenne perfumy

Jeśli śledzicie od dłuższego czasu mojego bloga wiecie, że nie jestem typem eksperymentatorki i znawczyni perfum. Unikam recenzowania ich tutaj bo moja znajomość świata zapachów jest bardzo podstawowa, a zdolności ich analizy kończą się na: podoba mi się lub nie :) W swoim trzydziestoletnim życiu kupiłam sobie tylko trzy flakony perfum, z czego pokochałam jeden :) Byłam im wierna, do czasu...


Modern Muse od Estee Lauder to kwiatowo - drzewny zapach, który został stworzony przez Harrego Fremonta w 2013. W naszych perfumeriach pojawił się w lutym tego roku. Pojawiają się w nim dwa akordy: żywiołowy akord kwiatowy i jedwabisty akord drzewny: 

Żywiołowy akord jaśminu  to oblicze zapachu wyrażające twórczą energię i magnetyczny urok nowoczesnej kobiety. Egzotyczna mandarynka i kusząca woń nektaru z wiciokrzewu to źródła elektryzującej, skrzącej się energii, a zroszone płatki nadają zapachowi młodzieńczego charakteru. Dwa ekstrakty z jaśminu, w tym po raz pierwszy wprowadzony do perfumeryjnej palety absolut z jaśminu chińskiego, nadają świetlistą teksturę kobiecemu bukietowi bujnej tuberozy i świeżej lilii

Jedwabisty akord drzewny: elegancja, siła i zmysłowość nowoczesnej kobiety znajdują wyraz w innowacyjnym połączeniu dwóch esencji paczuli, otulonych kremowym puchem wanilii z Madagaskaru, bogatego drewna bursztynowego oraz delikatnego mchu, wytwarzających wokół siebie wyjątkowo zmysłową atmosferę.

Może nie jestem znawcą zapachów ale jestem kobietą i lubię pachnieć ładnie :) Lubię też ładne rzeczy i przez ten pryzmat oceniam perfumy. Najpierw ogarniam wzrokiem, więc na pierwszy rzut spodobała mi się butelka - kolorystyka (kocham połączenie ciemnego granatu i jasnego różu!) i prosty, minimalistyczny, nowoczesny kształt. Urzekła mnie też kokarda, która nawiązuje do tej widniejącej na opakowaniu pierwszych perfum w historii Estee Lauder, które zadebiutowały w 1953 roku. Z dużą przyjemnością sięga się po butelkę, która cieszy oko - prostota i klasyka zawsze się obronią. 
Sam zapach jest dokładnie taki, jak lubię - lekki, niesamowicie kobiecy, delikatny i świeży. Uwielbiam kwiatowe wonie, są bardzo energetyczne, optymistyczne, wiosenne, idealne na tę porę roku. Modern Muse to zapach wyważony - nie poddusza mnie, nie przytłacza ale jest jednocześnie wyczuwalny w dyskretny sposób. Bardzo pasuje mi na dzień, do pracy. Czuję się w nim elegancko a jednocześnie subtelnie i świeżo. Pięknie rozwija się na skórze - kiedy chwilę pooddycha nieco łagodnieje i pięknieje. Wyczuwam go na nadgarstkach i włosach jeszcze długo po aplikacji, trwałością nie ustępuje perfumom, których używałam wcześniej. Zastanawia mnie tylko jakim cudem wyczuwam w nim konwalie, skoro nie ma ich w bukiecie :) Jest za to na szczęście jaśmin - uwielbiam jego woń, która tu jest wyraźnie zaznaczona. 






Przyznam, że skusiła mnie też reklama - przepiękna Arizona Muse, nowa twarz marki, przepiękny Nowy Jork, przepiękny flakon - nie mogłam się oprzeć :)



Podsumowując, ten zapach bardzo trafił w mój gust. Idealnie sprawdza się na co dzień - dodaje mi energii, jest lekki, kwiatowy, świeży, idealny na wiosnę. Przypadł też do gustu mojej Mamie, której napełniłam mały atomizer do torebki i coś czuję, że na jednym tankowaniu się nie skończy ;) 

Jeśli lubicie podobne wonie i jeszcze go nie znacie, zachęcam do sprawdzenia go przy najbliższej wizycie w perfumerii.

Zbliżone ceny (w zależności od perfumerii): 460 zł/100ml EDP, 325 zł / 50ml, 225 zł / 30ml

Wąchałyście już Modern Muse? Jakich perfum aktualnie używacie? 

Ala



UA-49610063-1