środa, 29 stycznia 2014

MAKE UP TRENDY - PUBLIKACJA

Na tego posta długo nie mogłam się zdecydować ale ostatecznie, ponad miesiąc od ukazania się gazety, namyśliłam się i jest :) To moja pierwsza, podpisana nazwiskiem, publikacja makijażu! Ukazała się w magazynie MAKE-UP Trendy, w wydaniu karnawałowym. Co prawda makijaż jest bardzo prosty, klasyczny i nie ma w nim nic odkrywczego ale jest :) Dla mnie to i tak ogromne wyróżnienie.



Materiał przygotowałam z modelką Dagmarą, fotografem Rafałem i Patrycją. Bardzo im z tego miejsca dziękuję - za mnóstwo śmiechu i dobrej zabawy przy sesji. Mimo pracy w późnych godzinach, była energia i moc! :)

Cały opis makijażu (jak widać nieźle się rozpisałam :)) znajdziecie w magazynie, jest jeszcze na półkach w Empiku. Gdybyście jednak chciały zobaczyć tutaj krok po kroku, dajcie znać. 

No, to pierwsze koty za płoty :) 
Wysyłam ciepła moc! 
Ala


wtorek, 28 stycznia 2014

KOSMETYKI Z AMERYKI :)

Jedną  z moich ulubionych podróżnych pamiątek (poza masą zdjęć, jedzeniem i magnesami) są kosmetyki. Uwielbiam przywozić ze sobą to, co u nas niedostępne lub ceny takimi je czynią ;) I tym razem nie wróciłam z pustymi rękami. Postanowiłam pokazać swoje zdobycze i napisać kilka słów, dlaczego te, a nie inne i co warto kupić w Stanach. Jednym słowem: kosmetyki z Ameryki :) 


Na maskarę Covergirl miałam już ochotę od jakiegoś czasu, a przekonała mnie do niej Nissiax83 Swoją kupiłam za około $6 w supermarkecie. Jestem bardzo ciekawa czy rzeczywiście jest tak dobra jak False Lash Effect Maxa Factora - jeśli tak, będę się bardzo cieszyła z oszczędności (MF kosztuje w polskich drogeriach około 50 zł). To, co bardzo mi się podoba w Stanach to to, że tusze są zamknięte w blistrze a szczoteczka dołączona jest osobno. Dzięki temu mam stuprocentową pewność, że maskara nigdy nie była otwierana ani macana, a więc jest świeża. Testy dopiero za jakiś czas bo mam kilka otwartych tuszy ale recenzja na pewno pojawi się na blogu.


Swoje gorzkie żale na temat wysuszacza Essie pisałam w poprzedniej notce. Dziś żałuję, że pokusiłam się na testowanie nowości, powinnam zdecydować się na sprawdzony Good to go. Na razie nie polubiłam tej wersji, nie przyspiesza wysychania lakieru ani nie poprawia jego trwałości. Z recenzją jeszcze zaczekam ale na chwilę obecną uważam, że nie był wart wydanych $10. 


Rzęsy Ardell widziałam już na wielu blogach, a ponieważ moje z Inglota przestały już trzymać kształt, z chęcią skorzystałam z promocji i kupiłam połówki. Każda z nich kosztowała mnie nieco ponad $2 więc cena była bardzo zachęcająca. Jestem bardzo ciekawa jak będą wyglądały na oku. Do rzęs dokupiłam też klej Duo w mniejszym opakowaniu niż miałam dotychczas, dużo rozsądniejszym (czy ktoś zużył w ogóle kiedyś cały klej do rzęs w całości zanim zaczął okazywać oznaki starości? :D). Ceny niestety dokładnie nie pamiętam ale myślę, że też było to kilka dolarów.


Baza Urban Decay  była na mojej liście do kupienia jeszcze przed wyjazdem. Poprzednie opakowanie służyło mi bardzo, bardzo długo ale powoli się kończy. To najlepsza baza ever! Jest bardzo skuteczna i bardzo wydajna - używałam jej na sobie niemal codziennie, na klientkach i modelkach do makijaży sesyjnych i okolicznościowych więc to jeden z najbardziej wydajnych produktów w moim kufrze. Z pewnością będę kupowała kolejne opakowania.


Puder HD Make Up For Ever chodzi za mną od dłuższego czasu za sprawą setek pozytywnych opinii. Skład to czysta silica ale podobno jest w nim coś magicznego, co daje niesamowity efekt :) Cena w polskich perfumeriach była dla mnie zdecydowanie za wysoka. Udało mi się kupić miniaturę w tamtejszej Sephorze - w sam raz żeby przetestować i przekonać się, czy rzeczywiście słusznie jest bestsellerem marki. Mój prasowany puder Guerlain pokazuje już coraz to większe denko więc niedługo przerzucę się na wersję sypką i dam znać.


Carmex znają już chyba wszyscy. Niestety nie docierają do nas limitowane serie. Ta, którą widzicie na zdjęciu skusiła mnie głównie kolorami :) A że sam produkt znam i lubię, postanowiłam za całe $3 nacieszyć się pięknym opakowaniem :) Kończę właśnie różową wersję Moisture Plus i zabieram się za tę nowość. Aloes i waniliowy smak zapowiadają się całkiem przyjemnie.


Podkłady Revlon to od trzech lat stały punkt moich amerykańskich zakupów :) Można je tam kupić za $10- $13. Tym razem postawiłam na dwa ciemniejsze kolory, choć jak się okazało Nude całkiem nieźle dopasowuje się do mojej bladej skóry. Kolory można ze sobą dowolnie mieszać więc jest to dobra opcja do kuferka. Same podkłady są jednymi z moich ulubieńców. Uwielbiam je za konsystencję, krycie, zapach, trwałość, wszystko :)


Nie mogłabym wyjechać choćby bez jednego kosmetyku MAC. Poprzednie zakupy okazały się bardzo udane - ani jeden produkt mnie nie zawiódł, wręcz przeciwnie - róż, korektor, szminka i pędzel trafiły na listę moich ulubieńców 2013 (o których już - dopiero? - niebawem).  Tym razem postanowiłam dokupić jeszcze jeden korektor a do niego wpadły mi podkład i bronzer. Nie mogłam się powstrzymać, od razu zaczęłam je testować i wygląda na to, że nadal zostanę wielką fanką tej marki. 


I to tyle, tym razem nie było tego dużo. Bardzo żałuję, że w USA kosmetyki nie są sprzedawane w takiej pojemności jak jedzenie ;)  

*Pierwsze zdjęcie zrobiłam około trzech tygodni temu w Miami, a dokładnie na South Beach. Absolutnie uwielbiam to miejsce! Polecam wpisać na listę 'do zobaczenia' jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście :)

Upatrzyłyście coś ciekawego? Co Wy przywozicie do domu w podróżnej kosmetyczce? :D 

piątek, 24 stycznia 2014

ESSIE DRYING DROPS


W zasadzie chciałam, i powinnam, zatytułować posta Essie, wtf?! Nie jest to jeszcze recenzja a jedynie moje pierwsze wrażenia. Wrażenia na tyle mocne, że aż powstanie o tym post.

Tegoroczny urlop znów spędziłam w Stanach, co oczywiście wiązało się z kosmetycznymi zakupami. Nie wiem dlaczego wśród nich zawsze znajduje się coś z Essie, bo ceny, w przeliczeniu na złotówki, wcale nie są niższe niż w Polsce (ok. $8 plus tax). Tym razem miałam w rękach dwa produkty – top Good to go i ten oto wysuszacz w kropelkach. To, że jest to nowość chyba właśnie najbardziej mnie podkusiło.  Wysupłałam więc dziesięć dolców i nastawiłam się na wielkie testowanie. 


Cóż…Pierwsze wrażenia to przede wszystkim rozczarowanie. Malowałam paznokcie wieczorem lakierem Essie Mademoiselle. Na każdy paznokieć naniosłam kropelkę wysuszacza i czekałam na obiecany efekt. Paznokcie schły w żółwim tempie, lakier jeszcze długo po pomalowaniu był miękki, przez co łatwo było go uszkodzić. Rano obudziłam się z idealnie odbitym wzorem pościeli i matem na paznokciach. Skórki dookoła są suche i białe choć sam wysuszacz ma oleistą formułę. Bardzo przypomina mi odpowiednik z Essence, który kosztował kilka złotych i robił dokładnie to samo, czyli nic :) 

Przetestuję go jeszcze na spokojnie ale już żałuję, że nie wybrałam jednak sprawdzonego Good to go. Za jakiś czas zrobię recenzję porównawczą ale jak widzicie, miłości od pierwszego wejrzenia z tego na pewno nie będzie ;)


Ala

czwartek, 16 stycznia 2014

LAWENDOWY NIEZBĘDNIK

Nigdy nie noszę w torebce wypchanej kosmetyczki. Jedyne, co zawsze mam przy sobie to balsam do ust, krem nawilżający i antybakteryjny żel do rąk. Mam lekkiego fisia na punkcie czystych dłoni i czystego jedzenia, a nie zawsze mam możliwość o to zadbać gdy jestem 'na mieście' lub w trasie. Tym bardziej ucieszyłam się, gdy tuż przed podróżą otrzymałam od L'Occitane żel w wersji lawendowej. Zabrałam go ze sobą na dwutygodniowy urlop, podczas którego dość dobrze zdążyłam się z nim zapoznać. Dziś pora na krótką recenzję. 

 

Żel na bazie oczyszczającego olejku eterycznego z lawendy oraz mieszanki wody i alkoholu czyści ręce bez mydła i bieżącej wody, by kiedykolwiek chcesz i potrzebujesz Twoje dłonie były czyste i pachnące. *Naturalny i organiczny produkt certyfikowana przez Ecocert Greenlife zgodnie ze standardami ekocertyfikatów dostępnych na http://cosmetics.ecocert.com

Przyznam, że ten produkt urzekł mnie zapachem już od pierwszego użycia i zdecydowanie pobił pod tym względem wszystkie żele, jakich używałam wcześniej. Woń lawendy jest bardzo naturalna ale także niezwykle intensywna - trzeba ją naprawdę lubić, w przeciwnym razie może męczyć. Nie ma nic wspólnego z alkoholem albo lawendowymi zawieszkami, które kojarzę ze starych szaf ;) Tu czuję prawdziwe, świeże gałązki. Uwielbiam ten zapach i cieszę się, że długo pozostaje wyczuwalny na skórze.

Konsystencja żelu jest rzadka i lejąca, wręcz wodnista ale zamknięcie jest na tyle szczelne i solidne, że zawartość nigdy nie wylała mi się do torebki. Dzięki temu wystarczy naprawdę niewielka kropla by rozprowadzić ją na całych dłoniach. Produkt jest zaskakująco wydajny - używaliśmy go we dwoje wiele razy dziennie a po dwóch tygodniach nadal sporo zostało.

To, co oprócz zapachu spodobało mi się najbardziej do działanie - oczyszczające i wyraźnie odświeżające. W sytuacjach, kiedy chcieliśmy coś zjeść w czasie podróży, nie mieliśmy dostępu do bieżącej wody lub po prostu chcieliśmy coś zdezynfekować, okazywał się bardzo przydatny. Oprócz rąk, mogłam nim wyczyścić pilota w samolocie, okno wypalcowane przez poprzedniego pasażera, klamki i wszystko inne, co w mojej wyobraźni było siedliskiem bakterii :) Bardzo dużym plusem jest to, że tuż po aplikacji żel błyskawicznie wchłania się do matu, pozostawiając skórę bardzo przyjemną w dotyku. Nic się nie klei, nie lepi. Mimo alkoholu w składzie, nie podrażnia ani nie wysusza dłoni, co jest bardzo częste przy tego typu produktach. Do tego ma estetyczne, cieszące oko opakowanie, które pod koniec z łatwością można rozciąć i wykorzystać produkt co do mililitra :)


To jest jeden z tych kosmetyków, które po przetestowaniu dzięki uprzejmości firmy, z pewnością kupię. Ceny L'Occitane zwykle mnie zniechęcają ale w tym przypadku płacimy 27 złotych za 50 ml naprawdę świetnego produktu. To nie jest wygórowana cena biorąc pod uwagę wszystkie jego zalety. W skrócie:
  • przepiękny, intensywny lawendowy zapach
  • nie potrzeba wody, działa bez spłukiwania
  • lejąca konsystencja, bardzo wysoka wydajność
  • łatwa i szybka aplikacja - wchłania się do matu nie klejąc skóry 
  • nie wysusza ani nie podrażnia
  • błyskawicznie oczyszcza i odkaża pozostawiając uczucie świeżości i komfortu w każdej sytuacji

Jakiś czas temu, zanim zostałam zaproszona do akcji Akademia Zmysłów, kupiłam mojej Mamie lawendowy krem do rąk, który także jest bardzo fajny. Polecam Wam zerknąć na inne produkty z tej serii tutaj, a ja zabieram się za testowanie mydła w bardziej tradycyjnej i stacjonarnej formie ;) Żel zaś wpisuję na listę ulubieńców. 

Macie swoich faworytów w dziedzinie pielęgnacji 'awaryjnej'?
Ala

 



poniedziałek, 13 stycznia 2014

GLOSSYBOX 2013 - PODSUMOWANIE

Zanim zacznę dzisiejszego posta chcę Was przeprosić za przestój bez słowa wyjaśnienia. Wyjechałam na dłuższy urlop, żeby się przewietrzyć, przemyśleć i przeorganizować. Wróciłam z planami, o których będę pisać, tymczasem styczniowe notki będą pod hasłem podsumowań. Przeróżnych, nie tylko kosmetycznych. Mam nadzieję, że przypadną Wam do gustu i znajdziecie w nich coś dla siebie :) 

Dzisiejsze podsumowanie dotyczy subskrypcji Glossyboxa. Pisałam o nim niemal co miesiąc, kiedy otrzymywałam pudełko. Nie jestem ambasadorką, nie otrzymuję go za reklamę, po prostu uznałam, że to ciekawa forma testowania kosmetyków więc pokazywałam, co do mnie docierało i pisałam o swoich wrażeniach. Z końcem roku zaczęłam się zastanawiać nad kontynuowaniem subskrypcji i postanowiłam zrobić podsumowanie, które może się okazać pomocne w podjęciu decyzji. Czas więc na krótkie recenzje tego, co ekipa Glossy zafundowała nam w minionym roku..


STYCZEŃ
 
Rok 2013 nie zaczął się szczególnie zachęcająco. W pudełku zachwycił mnie tylko jeden produkt, a mianowicie róż Kryolan, którego chętnie używam do tej pory. Ma świetną konsystencję i pigmentację, rewelacyjnie się rozciera i pięknie ożywia twarz. Reszta niespecjalnie przypadła mi do gustu - kosmetyki Innamorata miały bardzo ciężki, męczący zapach i bardzo przeciętne działanie, krem pod oczy Siquens powędrował w inne ręce a olejek pozostawiłam w nasłonecznionym miejscu, przez co zmętniał, zmienił kolor na przezroczysty i wylądował w koszu. Opaska na oczy niespecjalnie mi się przydaje. Gdyby nie róż, byłabym mocno zawiedziona. 

 
W lutym spodziewałam się wyjątkowej zawartości, jako że było to pudełko urodzinowe. Początkowo byłam zawiedziona, później okazało się jednak, że znalazłam w nim perełkę, nawilżający krem odprężający Tołpa, który zużyłam w całości i bardzo dobrze działał na moją skórę. Reszta mocno przeciętna i nie warta uwagi - lakier w totalnie nietrafionym kolorze (niebieski), odżywka i szampon o kiepskim składzie, cienie, których w ogóle nie używam. Miłym akcentem były foremki do babeczek ale nie tym byłam zainteresowana zamawiając pudełko. Podsumowując, mało udane urodziny. 

  
Marcowe wrażenie zrobiła głównie kosmetyczka, która na początku wydała mi się fatalnej jakości. Otrzymałam porwany egzemplarz, który mi wymieniono na nowy i ten, o dziwo, służy mi do dziś. Nie jest może najpiękniejsza ale za to spełnia swoją funkcję - można w nią spakować miniatury na wyjazd, nawet nieco dłuższy. Zawartość niestety zachwyciła mniej - znów jedna perełka, reszta mocno przeciętna. Do gustu przypadł mi błyszczyk Jelly Pong Pong w kolorze różowym. Używałam go wyjątkowo często całą wiosnę i lato. Reszta, która mi się trafiła to płyn Lierac, serum do włosów, krem Clarena, balsam Pink Chiffon i żel pod prysznic Pink Sugar - żadnego z nich nie zapamiętałam dzięki wyjątkowemu działaniu i żaden nie zachęcił mnie do kupienia pełnowymiarowych opakowań.

KWIECIEŃ
 
Kwietniowe pudełko podtrzymało poziom przeciętności. Znów jednen super wyjątek - peeling Yasumi - reszta bez szału. To są kosmetyki, których używałam bez większej przyjemności ani systematyczności, bo nie było w nich nic zachęcającego ani wyjątkowego. Zaskoczeniem był dezodorant, którego w Glossyboxie się nie spodziewałam a okazał się nie najgorszy. Nic nie zachęciło mnie do ponownego kupna. 

Maj to zwykle dla mnie dobry miesiąc. Pudełko też było majowe, dobre. Znalazłam tu kilka całkiem przyjemnych kosmetyków,  w tym dwa hity - piankę do mycia Organique i perfumy w miniaturce Cavalli.  Z ciekawością przetestowałam też żel LRP, krem z aloesem Santaverde i róż w płynie do policzków i ust. Żaden kosmetyk nie okazał się totalnym bublem, sporo naprawdę ciekawych nowości. 

Czerwiec przyniósł jedno z najlepszych pudełek. W środku znalazłam maszynkę Gillette, olejek rozświetlający Pat'n'Rub idealny na lato, porządną zalotkę, kredkę Jelly Pong Pong i dwa mniej udane produkty - błyszczyk Figs'n'Rouge i suchy szampon Batiste. Nie przepadam za suchymi szamponami i kiedy naprawdę nie muszę to ich nie używam. Błyszczyk na początku bardzo mi się spodobał ale z czasem okazało się, że drobiny migrują po całej buzi, konsystencja jest piaskowa, chropowata a smak mocno nieprzyjemny. Mimo wszystko byłam z tej przesyłki bardzo zadowolona :) 

LIPIEC

Lipcowe pudełko zapunktowało wakacyjną, letnią kolorystyką i gratisem w postaci maseczki żelowej pod oczy, z której korzystam dość często (trzymam ją w lodówce). Równie fajny okazał się mini lakier w pięknym, koralowym kolorze, idealnym na tę porę roku oraz chłodzący i przyjemny żel do stóp. Artego i Avon to nie są marki, które chciałabym odkrywać w pudełku ale tym razem ogólne wrażenie pozostało pozytywne :) Krem pod oczy poszedł w inne ręce, mam nadzieję, że służy komuś równie dobrze, jak mi krem do twarzy z tej samej serii. 

W sierpniu pudełku było sporo niespodzianek. Trafiłam na luckybox, w którym znalazłam tandetny łańcuszek w srebrnym kolorze, którego nie noszę, bo nie lubię sztucznej biżuterii. Zaskoczeniem był też pędzel, który okazał się świetny...do czyszczenia klawiatury :D Do makijażu to się on raczej nie nadaje ;) Reszta początkowo mnie zaciekawiła, później niestety rozczarowała. Lawendowa mgiełka Anatomicals okazała się mocno sztuczna, ciężka i pozostawiała wyczuwalną warstwę na skórze. O żelu John Masters Organics czytałam same pozytywy a to była najgorsza miniaturka, jaką miałam. Super gęsta konsystencja zamknięta w super twardej plastikowej butelce, której nijak nie można było ścisnąć, szczególnie mokrymi rękami. Tusz Avon, mimo kosmicznej, interesującej szczoteczki okazał się typowym przerostem formy nad treścią a kosmetyki Aussie w tym samym czasie można było kupić w Rossmannie za 10 zł. Żaden z produktów nie przypadł mi do gustu.


  
Wrzesień znów przyniósł mocno mieszane uczucia. Pojawiły się rozczarowania - kolejną odżywką Artego, wyschniętym i starym linerem, powtórzonymi żelami JMO i mini próbką perfum, którą rozdają popularne perfumerie bez konieczności zakupów. Pudełko uratowało masło miodowe The Body Shop i peeling Yves Rocher, który jednak wciąż jest średniopółkowy.



To był zdecydowany miesiąc Kasi Tusk :D Z ciekawością czekałam na zawartość i byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, nie często się zdarza, że podoba mi się cała zawartość pudełka. Znałam już wcześniej Biodermę (mój hit w demakijażu) i lakier Golden Rose. Miałam szczęście trafić na piękną czerwień z mieniącymi się drobinkami. Peeling Pat'n'Rub także nie zawiódł, reszta kosmetyków jest jeszcze w fazie testowania ale wielkiego rozczarowania działaniem nie zanotowałam. Jedno z lepszych pudełek, zdecydowanie!

Listopadowe pudełko było zdecydowanie najcięższe z wszystkich dotychczasowych, głównie za sprawą pełnowymiarowego koncentratu wyszczuplającego Tołpy i szamponu, który okazał się niestety starociem wypchniętym z magazynów :/ Nie podzieliłam też entuzjazmu próbkami Vichy, za to spodobał mi się naturalny, jasny cień i bezbarwny błyszczyk do ust. Wszystko jest na razie w fazie testowania więc recenzje pojawią się może za jakiś czas, ale ogólnie spodziewałam się lepszej zawartości biorąc pod uwagę ciężar i wypełnienie pudełka. 

  
Na grudniowe pudełko czekałam wyjątkowo niecierpliwie. Bardzo ucieszył mnie olejek Nuxe - tym razem w wersji z drobinkami oraz lakier w kolorze, który od jakiegoś czasu już za mną chodził :) Testuję też olejek na końcówki włosów. Nie spróbowałam jeszcze maski pod oczy Orientana ani kremu Siquens (nie jestem przekonana do marki), natomiast zużyłam w podróży żel Yves Rocher i podtrzymuję swoje zdanie - nie jest to firma, którą chciałabym testować w Glossyboxie. 

Jak widzicie, zawartość pudełek jest mocno zróżnicowana. Zastanawiając się nad sensem kontynuowania subskrypcji starałam się wypisać jej plusy i minusy i to kilka moich wniosków i obserwacji: 

PLUSY: 
  • Glossybox oferuje miniatury, których nie można kupić. Jest to idealne rozwiązanie, jeśli chcemy przetestować kosmetyk zanim zdecydujemy się na pełnowymiarowe opakowanie. 
  • Małe opakowania idealnie sprawdzają się w  podróży. Wyjeżdżam dość często i z przyjemnością zabieram miniaturki zamiast dużych opakowań lub odlewek. To bardzo wygodne rozwiązanie. 
  • Dość często trafiają się marki trudno dostępne lub nieznane w Polsce. 
  • Uwielbiam oczekiwanie na niespodziankę i niepewność, co znajdzie się w mojej przesyłce. Lubię też podglądać wpisy na blogach na ten temat.
  • Jeśli trafi się produkt uszkodzony, przeterminowany, wyschnięty lub w innym sensie niepełnowartościowy, ekipa Glossybox sympatycznie i szybko ogarnia ponowną wysyłkę bez żadnego problemu - wystarczy jeden mail z informacją. 
  • Nie ma problemu z płatnością i dostarczeniem - kliknęłam subskrypcję  raz, na samym początku i od tamtej pory niczym się nie przejmuję - przesyłka dociera do moich drzwi na drugi dzień po wysyłce z magazynu. Tylko raz mi się zdarzyło opóźnienie z winy kuriera - paczka dotarła dzień później. 
  • Jeśli nie jesteśmy zadowolone z zawartości, można wymienić poszczególne produkty za pośrednictwem tablicy na fanpage'u marki na facebooku. Korzystałam już z tego nie raz i byłam zadowolona. 
  • Punkty za polecenie subskrypcji i wypełnienie ankiety z oceną produktów można zamienić na darmowe pudełko - sprawdziłam i działa bez zarzutu :) 

MINUSY: 
  • Kiepska komunikacja na facebookowym profilu. Ekipa często pozostaje głucha na sugestie i uwagi klientów, odpowiada wklejając stałą formułkę o kontakcie mailowym, słabo reaguje w sytuacjach kryzysowych jak np. przeterminowane, stare produkty.
  • Mimo wypełniania profilu piękności, kosmetyki nie są dostosowane do podanych tam informacji. 
  • Powtarzalność - był czas, że w niemal każdym pudełku był żel pod prysznic, odżywka do włosów, krem pod oczy itp.
  • Czyszczenie magazynów z produktów z kończącą się datą, przeterminowanych, o mało popularnych kolorach.
  • Tanie marki - ideą jest testowanie luksusowych kosmetyków, natomiast w środku Yves Rocher, Pierre Rene, Avon i inne tanie przeciętniaki. Nie oczekuję cudów na patyku ale za każdym razem czuję się zawiedziona, kiedy odkrywam podobne firmy w środku. 
  • Losowość- bywa, że trafiam na przeciętny produkt kiedy w innych pudełkach są perełki znanych marek. Czasem wolałabym, żeby była jedna wersja, jednakowa dla wszystkich. 

W 2012 roku zrobiłam podobne porównanie zawartości - możecie je zobaczyć tutaj: KLIK. Po tegorocznym zestawieniu wniosek jest chyba ten sam - mam nadal mocno mieszane uczucia :) Z jednej strony, po podsumowaniu wydanej kwoty, mogłabym kupić kilka kosmetyków z naprawdę wysokiej półki, z drugiej zaś oczekiwanie i niepewność oraz urocze miniatury są niesamowicie uzależniające :) Niebawem podzielę się z Wami moimi hitami, które odkryłam dzięki subskrypcji i które skusiły mnie na zakup pełnowymiarowych opakowań, bo i takie się zdarzyły przez prawie dwa lata glossy-przygody :)

Jak to jest z Wami? Zrobiłyście sobie podobny rachunek plusów i minusów, porównanie zawartości i ogólny bilans? Jestem ciekawa Waszych wniosków.

Cieszę się, że wróciłam do Was i do pisania :) 
Noworoczne uściski! 
Ala
 


Zdjęcia pochodzą ze strony http://www.glossybox.pl/. Zdjęcia moich pudełek i ich zawartości możecie zobaczyć klikając w poszczególny miesiąc nad zdjęciem (o ile taka notka powstała, wówczas jest podlinkowana :)).


UA-49610063-1