sobota, 31 sierpnia 2013

Honeymania

Sierpień od zawsze kojarzył mi się z koszeniem zbóż, mgłą, zapachem grzybów i mokrych liści i miodu. Nie takiego ze słoika, takiego z plastra, prosto od rozzłoszczonych pszczół, przed którymi ukrywałam się w stylowym kapeluszu z ażurowym woalem :D Osładzał mi ten miód gorycz jesieni, zimne wiatry i deszcze, ciemne poranki i długie wieczory. Dziś szukam tych zapachów, które zatrzymają lato jak najdłużej. 

The Body Shop zainteresował mnie miodową serią, która już od wczoraj jest dostępna w sklepach. Masełko otrzymałam do przetestowania już jakiś czas temu i dziś mogę Wam napisać, czy warto.


OPAKOWANIE: Próbkę testową otrzymałam w klasycznym, plastikowym opakowaniu o pojemności 50 ml. To wystarczająco, żeby wyrobić sobie o nim opinię. Lubię te opakowania ze względu na ich praktyczność - są łatwe do odkręcenia, estetyczne i proste. Nic nie wycieka, nie marze się, nie brudzi, produkt można zużyć co do grama. Łatwo jest go wydobyć, choć jest to może mniej higieniczne od tubki. Nie smaruję tym masełkiem twarzy więc nie uważam, żeby w tym przypadku był to duży minus. Z tyłu znajduje się naklejka z ważnymi informacjami, takimi jak skład czy data ważności. Dowiemy się też, że produkt nie jest testowany na zwierzętach, a miód pochodzi z Etiopii i pozyskiwany jest w ramach programu Wspólnota Uczciwego Handlu. 



KONSYSTENCJA i APLIKACJA: Jak już pisałam, nie jestem miłośniczką wszelkich smarowideł do ciała, a już tym bardziej topornych, tłustych maseł, które zostawiają na ciele film. Z tym masłem historia jest trochę inna - jest gęste ale przyjemnie kremowe, maślane ale nie tłuste. Łatwo się rozprowadza, nie pozostawia smug ani białych śladów. Wchłania się dość szybko, na skórze pozostawia lekką - ale nie lepką - warstwę ochronną. Nie jest to jednak całkowity mat ale spokojnie chwilę po aplikacji można wrócić do normalnych czynności.




ZAPACH: Mój nos nie wyczuwa w nim miodu. Nie szkodzi, zapach jest cudowny! Kojarzy mi się z kwiatami, z późnym latem, z łąką otuloną mgłą i pajęczynami. Nie jest zbyt słodki, lepki ani ciężki. Idealnie wyważony, przyjemny, otulający. Nie dusi i nie męczy, co mnie zaskoczyło, bo po doświadczeniu z wersją mandarynkową, tego się obawiałam najbardziej. Zapachy The Body Shop są dla mnie często zbyt przytłaczające ale ten jest naprawdę idealny. Zapach jest dość intensywny, kiedy smarowałam nim dłonie w pracy, koleżanki z biura bardzo go chwaliły :) To dla mnie największe zaskoczenie z testowania tego kosmetyku. Z chęcią powącham inne produkty z tej serii i chyba skuszę się na mydło. 

WYDAJNOŚĆ: To kolejny mocny punkt maseł The Body Shop. Miałam wątpliwości czy 50 ml to wystarczająco, by rzetelnie przetestować kosmetyk i napisać Wam prawdziwą recenzję. Otóż tak, w zupełności wystarczy. Testuję masełko niecałe dwa tygodnie używając codziennie i ubytek jest naprawdę niewielki. Taka pojemność jest dla mnie idealna - nie zdążę się znudzić. Pamiętacie jak pisałam o maśle mandarynkowym? Miało 200 ml  i myślałam, że nigdy się nie skończy. Duży plus!


DZIAŁANIE: Przyznam szczerze, że jestem mocno niekonsekwentna w używaniu produktów do pielęgnacji ciała. Udział w konkursie i konieczność napisania recenzji zmusiły mnie jednak, bym sięgała po kosmetyk regularnie i opłaciło się :) Używałam masła do rąk w ciągu dnia i wieczorem na moje wiecznie suche łydki. Co zauważyłam w pierwszej kolejności? Nie muszę co chwila ponawiać aplikacji - wystarczy raz i skóra pozostaje uspokojona i nawilżona na długi czas. Jest gładka, miękka, miła w dotyku i sprężysta. W widoczny sposób jest zadbana, zniknęły przesuszenia i skórki. Na dłoniach, skóra wokół paznokci są w dużo lepszej kondycji. Naprawdę czuję różnicę i z chęcią zamienię wszystkie kremy do rąk na to treściwe masełko, szczególnie kiedy zrobi się naprawdę chłodno.


Podsumowując, ten produkt podreperował trochę moją opinię o ofercie The Body Shop. Testowanie go miało co prawda słodko - gorzki smak ale to nie zmienia faktu, że w mojej ocenie kosmetyk jest naprawdę świetny i wart wypróbowania. Jestem pozytywnie zaskoczona i przy najbliżej okazji przyjrzę się pozostałym propozycjom z tej serii. 

Co Wy na to? Skusiłybyście się?
Ala


Produkt został mi przekazany w ramach akcji promocyjnej The Body Shop. Nie ma to jednaj wpływu na moją ocenę.




piątek, 30 sierpnia 2013

Decubal Face Wash

czyli o nawilżającej piance do mycia twarzy, którą właśnie zużyłam i chcę dla Was opisać.


Opinii o kosmetykach tej marki, w większości pozytywnych, przeczytałam na blogach bardzo wiele. Dlatego też, kiedy na portalu społecznościowym ogłoszono akcję promocyjną, zgłosiłam się bez wahania. Było to wiosną a moja skóra po zimie wołała o solidną dawkę nawilżenia. Czułam, że jest bardziej sucha niż zwykle a przyczyn mogło być wiele - zanieczyszczone środowisko, silniejsze kosmetyki, których używałam w tym okresie, wiatr i mróz, brak witamin ze świeżych owoców i warzyw, których dopiero teraz mamy pod dostatkiem, stres i przede wszystkim ogrzewanie pomieszczeń. Obietnice producenta były więc bardzo kuszące. W pierwszej kolejności rozpoczęłam testowanie pianki myjącej. 

Oczyszczanie twarzy jest dla mnie kluczowe w wieczornej pielęgnacji skóry. Mogę nie stosować kremu, nie tonizować twarzy, ale nie zasnę, jeśli nie usunę makijażu i innych zanieczyszczeń. Po przetarciu oczu i twarzy płynem micelarnym używam zawsze żelu lub pianki, żeby poczuć, że skóra jest naprawdę czysta i gotowa do nocnej regeneracji.

Dokładny opis produktu znajdziecie na opakowaniu poniżej oraz dla dociekliwych - na stronie producenta, o tutaj.
 

Pianka zachęciła mnie na początku swoim opakowaniem - maksymalnie minimalistycznym, trochę aptecznym przezroczystym, żadnej tajemnicy :) Dzięki temu dokładnie można śledzić zużycie. Pompka działała do samego końca bez zarzutu ale moim zdaniem dozowała jednak zbyt małą ilość produktu - potrzebowałam kilku naciśnięć, żeby otrzymać zadowalającą mnie porcję. Nie zacinała się co było pewnie spowodowane także konsystencją samej pianki - bardzo luźną i lekką. Zdecydowanie bliżej jej do mokrej piany niż musu, bywało, że uciekała mi wręcz przez palce.

Co do działania, nie mam jej absolutnie nic do zarzucenia - doskonale zmywała resztki makijażu ale była przy tym zaskakująco delikatna. Nie szczypała w oczy, nie powodowała podrażnień ani ściągnięcia. Mogłam bez obaw umyć powieki z resztek tuszu bez efektu zaczerwienienia. Dzięki lekkiej formule łatwo i szybko mogłam ją spłukać i cieszyć się dokładnie oczyszczoną i miękką skórą, która czuła się naprawdę komfortowo. Jedyne, co mi w niej przeszkadzało - i to pewnie przesądzi o tym, że jej nie kupię - to zapach. Teoretycznie jest to produkt bezzapachowy ale jak słowo daję, czuję ciepłe mleko a nie jestem jego miłośniczką. Przeciwnie, wywołuje u mnie odruchy, o których nie powinnam pisać zbyt szczegółowo... Kłopotliwa może się okazać jej dostępność - nie jestem stałą bywalczynią aptek, ale w tych, które odwiedzam od czasu do czasu Decubala nie znalazłam. Kosztuje około 20 zł za 150 ml, co uważam za cenę bardzo przyzwoitą biorąc pod uwagę wydajność produktu. Nie przebija innych tego typu kosmetyków, których używałam ostatnio ale też nie żałowałam jej sobie a wystarczyła mi na blisko 3 miesiące.

Podsumowując, to bardzo łagodny, a przy tym skuteczny kosmetyk o całkiem niezłym składzie. Będzie idealny dla skóry wrażliwej ale posiadaczki innych typów też powinny być zadowolone. Niestety zapach pianki i jej konsystencja kojarzy mi się ze świeżym, jeszcze ciepłym mlekiem, z taką właśnie pianką, więc nie wiem czy sięgnę po nią ponownie ;)

Znacie ją? Lubicie? Ciekawa jestem czy tylko ja mam ten zapachowy problem ;)
Ala

środa, 28 sierpnia 2013

Alterra - czy warto?

Dziś przychodzę do Was z trzema produktami marki Alterra, których używałam w ostatnim czasie. Skończyłam całe opakowania więc myślę, że mogę napisać o nich kilka słów podsumowania.


Mowa będzie o limitowanej edycji żelu pod prysznic z kwiatem neroli i bambusem, masce do włosów z granatem i aloesem oraz peelingu z cukrem trzcinowym i pomarańczą. Nie będę cytowała Wam opisu producentów, znajdziecie je bez trudu na opakowaniach lub w internecie. Nie widzę sensu ich przepisywania, skupię się raczej na moich subiektywnych wrażeniach.

Zacznę od pielęgnacji skóry, w której - jak może pamiętacie - specjalistą nie jestem ;-) Nie mam wygórowanych wymagań. Żel myjący ma krótkotrwały kontakt ze skórą i jego podstawowym zadaniem jest oczyszczenie. Lubię jeśli żel dobrze się pieni, ładnie pachnie, jego cena nie jest absurdalnie wysoka i nie wymaga natychmiastowego użycia balsamu po kąpieli. Propozycję Alterry określiłabym jako przeciętną. 

Żel pod prysznic z kwiatem neroli i bambusem to klasyczny średniak. Zamknięty jest w białej, prostej butelce z naklejkami, które pod wpływem łazienkowej wilgoci odklejają się i wyglądają nieestetycznie. Zamknięcie działa bez zarzutu, otwór aplikuje odpowiednią ilość produktu. Kosmetyk ma optymalną konsystencję - nie jest ani gęsty, ani nie przelewa się przez palce. Nie wiem jak pachnie kwiat neroli ani bambus ale mój nos mi mówi, że to nie to :) Zapach żelu jest mocno chemiczny i niezbyt przyjemny. Swoje zadanie spełnia jednak przyzwoicie - myje nie wysuszając skóry, choć alkohol jest w składzie tuż za wodą. To naprawdę zwykły, niczym nie wyróżniający się żel. Kosztuje 7,99 zł za 250 ml, można go kupić jedynie w sieci drogerii Rossmann. 

Po lewej stronie skład żelu pod prysznic, po prawej peelingu, o którym mowa niżej
Peeling pod prysznic pomarańcza i cukier trzcinowy dostałam w wiosennej przesyłce od Rossmanna. Producent zastrzegł, że kosmetyk jest bardzo delikatny i nadaje się do codziennego stosowania i rzeczywiście tak było. Niestety nie przypadł mi do gustu ze względu na zbyt małe właściwości ścierające i lekką, płynną konsystencję. Używałam go jako zwykłego żelu. Bardzo lubię konkretne peelingi cukrowe, ale w tym przypadku drobinek było zbyt mało i zbyt szybko się rozpuszczały. Nie zauważyłam, żeby w jakikolwiek sposób działały na skórę. Zapach także chemiczny, bardzo sztuczny. Duży plus za wygodne i miękkie opakowanie i za cukier trzcinowy pochodzący ze Sprawiedliwego Handlu. Kosmetyk kosztuje 8,99 zł za 200 ml. Gdybym kupiła go z zamiarem wykonania rzeczywiście peelingu a nie umycia ciała, byłabym jednak rozczarowana.


Maska do włosów z granatem i awokado zdecydowanie broni honoru tej trójki. Pisałam już o niej wielokrotnie, bo regularnie do niej wracam. Bardzo dobrze służy moim wymagającym włosom, mimo alkoholu wysoko w składzie. Nie wysusza, wręcz przeciwnie. Włosy są po niej miękkie, lśniące, łatwo się rozczesują. Ma treściwą, gęstą konsystencję, przez co nie spływa z wilgotnych pasm. Tubka jest miękka, bardzo wygodna i umożliwia wykorzystanie produktu w 100% - to co widzicie na pierwszy zdjęciu to rozcięte i złożone opakowanie, stąd jego mały rozmiar :) Ładnie pachnie i jest bardzo przyjemna w użyciu. Lubię stosować maskę pojedynczo ale bardzo często podkręcam jej działanie, dodając inne składniki - idealnie się do tego nadaje ale więcej napiszę w kolejnym poście. Chyba nie przesadzę jeśli powiem, że to najlepszy produkt Alterry, z jakim miałam do tej pory do czynienia. 


Za mało jeszcze miałam do czynienia z kosmetykami Alterra, żeby podsumować jednoznacznie markę. Z pewnością zachęca mnie do nich znaczek vege i brak składników odzwierzęcych. Są łatwo dostępne i mają bardzo przystępne ceny. Myślę, że tak jak w przypadku każdej marki, każdy znajdzie zarówno przeciętniaka, jak i prawdziwą perełkę. Dla mnie są nimi odpowiednio żele pod prysznic i maska do włosów. Reszty jestem ciekawa umiarkowanie ale jeśli możecie coś polecić z własnego doświadczenia, chętnie skorzystam :) 

Ala

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

mobile mix #5

...czyli sierpień w obrazkach.

Antyki czyli grunt, to reklama / morning / Glen w Warszawie! / od Niego / w ramach normy / Westerplatte / lucky box Glossybox / Gdynia klif / a po pracy..., czyli wizażystka i modelka nie zawsze normalne ;) 

Koniec lata mnie smuci okrutnie.
Ala

czwartek, 22 sierpnia 2013

Gdzie jestem, jak mnie nie ma...

Ten, kto śledzi moją pożalsięboże aktywność na fejsie wie, że łapie mnie lekkie napięcie związane z obroną dyplomu. Końcowa sesja zdjęciowa już w tę niedzielę więc ostatnio jest mnie tutaj nieco mniej. Kombinuję, obmyślam, próbuję, projektuję, zmieniam zdanie, kombinuję, obmyślam, zmieniam zdanie, testuję i tak w kółko :)  Nie wiem co z tego wyjdzie, aktualnie myślę, że uratuje mnie spontan :D Staram się już za dużo nie analizować i nie myśleć.

Projekt niewiele mówi, bo makijaż jest trudny do oddania na kartce ale jest dowodem na to, że jakieś przygotowania są :P I mam alibi w kontekście mojego blogowego lenistwa :P


Kiedy już dostanę do ręki dyplom i portoflio, napiszę więcej o szkole. Może któraś z Was się zastanawia nad wyborem takiej drogi i się skusi, kto wie :) Tymczasem wielka prośba o mocne trzymanie kciuków. Efekty sesji wkrótce. 

Buziole!
Ala

piątek, 16 sierpnia 2013

Lucky (?) Glossybox

W tym miesiącu mogę z całą pewnością napisać, że Glossybox przyniósł niespodziankę. Jak to bywa z niespodziankami, nie każda bywa miła.

Po pierwsze, zmieniła się firma kurierska, co doskonale dało się odczuć. Przesyłka po raz pierwszy nie dotarła do mnie na czas - powinna być przedwczoraj, przyjechała dziś. Nie będę rozpisywać się na temat K-EX ale mam gorącą nadzieję, że ekipa Glossybox potraktuje temat eksperymentalnie i zrezygnuje z ich usług. 

Po drugie, trafiłam na lucky box. Znalazłam się w grupie stu szczęśliwców, którzy otrzymali pudełko z prezentem od firmy Monashe. Trafił mi się naszyjnik w kolorze srebrnym o wartości 25 zł, o dokładnie ten. Nie przepadam za sztuczną biżuterią i raczej takiej nie noszę ale sam fakt, że się trafiło wywołał u mnie przyjemne zaskoczenie, bo szczęścia w tego typu akcjach raczej nie mam. 




Drugim prezentem jest pędzel do bronzera i różu, o wartości 30 zł. Pędzle są moim narzędziem pracy. Przetestowałam ich już wiele i muszę przyznać, że jestem dość wymagająca jeśli chodzi o ich jakość. Ten bardzo mi się przyda, będzie się nim doskonale czyściło klawiaturę komputera :D Włosie jest sztywne, wypada i okrutnie śmierdzi ale całkiem nieźle zbiera kurz.

Co do samej zawartości... Po nazwaniu pudełka pocałunkiem słońca spodziewałam się typowo wakacyjnej zawartości - bronzera, kremu do i po opalaniu, czegoś świecącego czy co tam jeszcze. Tymczasem zawartość nijak nie kojarzy mi się z hasłem przewodnim.




Co w środku? 
  • ANATOMICALS Spray Misty For Me - pełny produkt. Mgiełka do twarzy z łagodzącym ekstraktem z lawendy i odświeżającym ekstraktem z mięty pieprzowej. 35 zł / 100 ml. 
  • AUSSIE Miracle Moist Shampoo - szampon z australijskim olejkiem z orzechów macadamia. Miniatura 75 ml. Koszt pełnego produktu to 27,99 zł / 300 ml
  • AUSSIE 3 Minute Miracle Reconstructor - miniatura 75 ml, koszt pełnego produktu 29,99 zł / 250 ml 
  • AVON Tusz do rzęs Mega Effects - pełny produkt o wartości 29,99 zł / 9 ml
  • JOHN MASTERS ORGANICS Żel pod prysznic czerwona pomarańcza i wanilia - miniatura 30 ml, pełen produkt kosztuje aż 87 zł / 236 ml 
Jakie są moje pierwsze wrażenia?

W okresie letnim uwielbiam odświeżać twarz mgiełką z wody termalnej. Nie używałam wcześniej perfumowanych mgiełek, a że zapach lawendy uwielbiam, podkładam w tej duże nadzieje. Niestety pierwsze testy wypadają mocno średnio - mgiełka to raczej lekki prysznic, liczę na to, że dozownik się 'wyrobi'. Zapach daleki zarówno od lawendy, jak i od mięty - mnie się raczej kojarzy z zapachem jakiegoś indyjskiego, orientalnego sklepu...Poza tym zostawia na skórze wyczuwalną powłoczkę. Na razie jednak się nie zrażam, przetestuję i może będę zadowolona. Szkoda tylko, że do pudełka wrzucono produkt firmy, która wycofuje się z Polski.

Produktami Aussie jestem mocno rozczarowana. Opisane są jako nowość w Polsce. No kaman, nowością to one były już ładny czas temu. Zdążyłam sobie dawno kupić tę miniaturę odżywki (w Rossmannie za 10 zł. sztuka...), żeby zobaczyć czy rzeczywiście taki szał jak piszą w internetach. No niestety nie szał.  Nieźle sprzedane beznadziejne składy, to najmniej udane produkty z pudełka. 

Avon. Again? Kolejna marka, która z luksusem ma tyle wspólnego, co ja z astronomią. Nie chcę dostawać produktów, które mogę sobie bez problemu kupić za niewielkie pieniądze z katalogu wysyłkowego. I nic, że nowość, że szczoteczka z kosmosu, to typowy przerost formy nad treścią. Przetestuję z ciekawości, ale to nie jest to, co chciałabym widzieć w pudełkach Glossy. 

Podoba mi się za to żel pod prysznic. Lubię takie miniatury, świetnie się sprawdzają na siłowni, basenie czy krótkich weekendowych wyjazdach. Słyszałam o nim dużo dobrych opinii i choć nie sądzę, żebym za mydło w płynie zapłaciła blisko stówkę, to chętnie przetestuję mniejszą porcję.
 
Podsumowując... zawartość nie urywa, niestety. Oszukańczy temat przewodni pudełka, oszukańcze nowości z Aussie, które można kupić za niecałą dychę w pierwszym lepszym Rossmannie. Znowu Avon, choć krem z ostatniego pudełka wywołał niemałe zażenowanie. Mgiełka i żel ratują sytuację ale i tak w tym miesiącu nie było warto. Plus za lucky partię, wielki minus za wybór firmy kurierskiej. 

I co Wy na to powiecie?


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Ala maluje, czyli moje trzy grosze na The Look Of The Year

Dzień, w którym wylatywałam na urlop był dla mnie podwójnie ciekawy. Nie dość, że ogarnął mnie nastrój typowo wakacyjny, to jeszcze na kilka godzin przed wylotem spotkałam się z kandydatkami do tegorocznej edycji konkursu The Look Of The Year. Razem ze szkolnymi koleżankami z Beauty Art miałyśmy przyjemność przygotować je do eliminacyjnego pokazu w Rumii.

Dziś chcę pokazać Wam kilka zdjęć modelki, której wykonałam makijaż. Nie było to nic skomplikowanego, ale mimo wszystko chciałam zachować te zdjęcia na blogu, na pamiątkę :) Myślę, że za jakiś czas miło będzie wrócić do swoich początków :) Make up, jak widzicie, miał jedynie podkreślić delikatnie urodę. 






Na koniec mały backstage :)  

Konkurs cały czas trwa. Jeśli macie ochotę, możecie zobaczyć wszystkie finalistki tutaj (klik) oraz zagłosować na swoje typy tutaj (klik).

Bardzo dziękuję za udostępnienie zdjęć Filipowi oraz Gordonowi Blackler.

Wracam do regularnego blogowania.  Dajcie znać co chciałybyście zobaczyć w pierwszej kolejności - projekt sesji dyplomowej, zużycia ostatnich tygodni, fotorelację z wakacji czy może efekty kilku sesji zdjęciowych, przy których ostatnio grzebałam? 

Buziaki!
Ala

 

piątek, 2 sierpnia 2013

Polowanie na Spitsbergenie czyli wakacyjne zdobycze :)

Przyznaję... przywiezienie pamiątek kosmetycznych ze Spitsbergenu było wyzwaniem, któremu nie udało mi się sprostać :) Nie łatwiej mi też było podróżując wzdłuż wybrzeża Norwegii, bo choć kraj piękny, to ceny obrzydliwe... Nie byłabym jednak sobą, gdybym obok kolorowych magazynów i jedzenia (ser, my love!), nie kupiła niczego z urodowej półki. Jeśli pamiętacie moje poprzednie łupy (klik, klik, klik) to zgodzicie się chyba, że tym razem bardzo skromnie podeszłam do tematu ;P 

Nie, nie zamierzam zostać mulatką :) Ten zestaw kupiłam w ramach 'przydasie' do kufra, tym bardziej, że kosztował całe $11. Dokładnie w dzień wylotu brałam udział w przygotowywaniu modelek do The Look Of The Year 2013, jedną z nich była ciemnoskóra dziewczyna. Makijaż wykonała koleżanka ale do mnie dotarło, że w takich przypadkach nie posiadam w kufrze nic, co by mi umożliwiło pracę. Potraktowałam to jako znak i oto mam :D Niewielki zestaw, w skład którego wchodzi miniatura bazy, którą uwielbiam (poniżej zobaczycie jak bardzo :P), korektor, podkład i puder. Cieszę się, że produkty są małe bo prawdopodobieństwo zużycia nie jest szczególnie duże ale w razie czego - mam :) Jako podkładka - brytyjski Vogue, którego kolekcjonowanie z podróży zapoczątkował mój M. przywożąc mi pierwszy egzemplarz z Hiszpanii (wiem, że czytasz więc łap buziaka! :* :) ).
 
Puder Clinique złapałam także z myślą o klientkach, ponieważ poprzedni już powoli dobija dna. Słyszałam o nim sporo dobrego, zobaczymy jak się sprawdzi. Opakowanie wygląda na wygodne, co w przypadku sypańców jest dość istotne. Śmieszny wydaje mi się pędzelek, dla którego raczej nie znajdę zastosowania ;) 


Zakup tej bazy planowałam jeszcze przed wyjazdem choć mam jeszcze sporo z poprzedniego wyjazdu. Okazała się jednak na tyle dobra, że postanowiłam zrobić spory zapas bo w Polsce cena jest niestety zaporowa. Udało mi się ustrzelić duo za $45 w tym uroczą miniaturkę w sam raz na wyjazdy. Przygotuję jej recenzję, teraz napiszę tylko, że to najlepsza baza jakiej używałam do tej pory. Dobra inwestycja!

Jak baza to i podkład :) Tyle czytałam o Double Wear od Estee Lauder, że postanowiłam go sprawdzić. Przed wyjazdem testowałam na sobie wersję Light, ostatecznie jednak zdecydowałam się na tę, z myślą o makijażach ślubnych. Wydaje mi się trwalsza i zdecydowanie lepiej kryjąca ale wciąż bacznie jej się przyglądam. Wybrałam kolor 3C2 Pebble 04, cokolwiek to znaczy :) Butelka po lewej to 6W2 Spice 44 - znów wersja dla ciemnoskórych. Kupiłam ją z myślą o mieszaniu, przyciemnianiu jaśniejszych podkładów. Kosztowała mnie całe $6 - ze względu na kolor, który nie znalazł zainteresowania wśród tamtejszych klientek :D

Tusze też kupiłam z myślą o kufrze. Zawiedziona ostatnio kupioną maskarą Projectonist od EL, postawiłam tym razem na Hypnose Drama Lancome i Sumptuous Estee Lauder w wersji wodoodpornej, z myślą o makijażach ślubnych. Każda z nich kosztowała około $20-25. Nie kupiłabym ich w Polsce i trochę nie rozumiem, dlaczego są u nas tak drogie. Przetestowałam na razie Lancome i rzeczywiście drama! Skleja rzęsy, nie rozczesuje ich, z każdym kolejnym ruchem jest tylko gorzej. Liczę, że z czasem przyschnie i lepiej się nim będzie pracowało ale dopóki nie będę zadowolona z efektu, nie pomaluję nim klientki. Staram się nie zniechęcać, zobaczymy co będzie dalej. 

Nie ma tego dużo, wszystko z myślą o pracy. Czas bowiem gromadzić wojska, już za miesiąc będę dyplomowaną wizażystką :D 

Dajcie znać czy miałyście do czynienia z tymi kosmetykami i co o nich sądzicie. 
W jednej z kolejnych notek pokażę Wam kilka miejsc, które odwiedziłam i wybiorę osobę, do której powędruje mała niespodzianka związana z zagadką :) 

Trójmiejskie, słoneczne pozdrowienia!
Ala


UA-49610063-1