piątek, 30 listopada 2012

Pracowita sobota

Po blogasku turlają się krzaki jak w westernie. Niestety brakuje mi czasu na wszystko a mam tyle do napisania... Poza tym ciemności, które panują cały czas za oknem utrudniają mi robienie zdjęć więc ogólnie jesienny smuteczek. Na szczęście równo za twa tygodnie będę w samolocie do baaardzo ciepłego miejsca i będą foty słoneczne i jasne i pościk o tym, co pakuję do walizki :D  I o tym, co planuję przytaszczyć z powrotem ]:->

A tymczasem.. jutro w godzinach 11:00-15:00 w CH Madison w Gdańsku będę ze swoimi szpargałami do makijażu więc kto z Trójmiasta niech  przybywa! :) Mam pędzle i nie zawaham się ich użyć :D Na dowód tego - bardzo proszę - banerek :)


Później lecę na sesję zdjęciową, z którą wiąże spore nadzieje więc proszę o mocne trzymanie kciuków :)

Ktoś z Was planuje jutro wpaść do Madisona? 

wtorek, 27 listopada 2012

Zestaw pędzli LancrOne - warto?

Swój pierwszy zestaw pędzli do makijażu kupiłam zanim po głowie zaczęły krążyć mi myśli o blogowaniu. Nigdy go nie pokazywałam ale ostatnio dostawałam o niego sporo pytań. Postanowiłam poświęcić mu więc osobną notkę i odpowiedzieć na pytanie: Czy warto?

Zaopatrzyłam się w ten zestaw ponad dwa lata temu. 20 pędzli w etui amerykańskiej firmy LancrOne kosztowało mnie około 100 zł.z przesyłką.


Długo się zastanawiałam  nad zakupem. Sklep http://wizazysci.pl/ już wtedy oferował spory wybór zestawów. Starałam się wybrać coś uniwersalnego i padło na ten komplet. Nie wszystkie pędzle służą mi dobrze ale znalazłam i takie, które niczym nie ustępują znanym i o wiele droższym markom.

Generalnie z pędzli do twarzy nie jestem zadowolona. Używam sporadycznie tego do pudru (3) i do podkładu (6, ale tylko do masek). Niestety od początku strasznie lecą z nich włosy, które także straciły na miękkości. Pędzle do oczu są bardzo różne - kilka świetnych, po które sięgam każdego dnia, kilka zupełnie zbędnych i niepraktycznych. Brakuje mi kilku pędzelków, bez których nie wyobrażam sobie makijażu, jak choćby syntetycznego języczka do korektora, miotełki do sprzątania osypanych cieni czy puchacza do rozcierania ale widziałam, że nowe zestawy już je zawierają.

Przygotowałam krótkie opinie o każdym pędzelku z zestawu. I tak: 

  1. Prawdziwa miotła. Nie wiem do czego służy ale na pewno nie do makijażu :) Pędzel szybko się zniekształcił i zniszczył, włoski odstają we wszystkie strony. Nie nadaje się do zmiecenia osypanego cienia, bo jest za duży i rozmazuje drobinki tworząc smugi. Do dekoltu jest niewygodny, do omiecenia twarzy wolę bardziej miękkie pędzle. Nie używam.
  2. Zwykły grzebyk, nie ma tu wielkiej filozofii :) Plastikowa część sprawdza się jak wszystkie inne tego typu. Część z włosiem jest kiepskiej jakości - 'włoski' są bardzo sztywne, plastikowe, rozginają się na boki. Nie używam. 
  3. Duży pędzel do pudru. Jest dość miękki w porównaniu do pozostałych i równo nanosi produkt. Niestety równo też gubi włosie...
  4. Mały, okrągły pędzel. Używałam go do różu ale znalazłam kilka o niebo lepszych. Ten jest najmniej przyjemny w dotyku - dość sztywny i gubi włosie.Nie używam.
  5. Ścięty skośnie. Używałam do bronzera ale jest zbyt miękki - do konturowania preferuję krótsze i bardziej zbite. Od biedy można nim nanieść rozświetlacz ale odkąd mam podobne modele innych firm, sięgam po niego sporadycznie.
  6. Syntetyczny do podkładu. Nie narzekałam ale kiedy kupiłam flat topa już do tego nie wróciłam :) Używam go do masek - tu sprawdza się świetnie
  7. Spora, sztywna i mocno zbita kulka. Do rozcierania jest dużo za duża i dużo za sztywna. Fajnie za to łapie cień i nanosi na powiekę. Jeśli zależy mi na intensywnym kolorze, ten pędzel sprawdza się lepiej niż języczek. Do blendowania zdecydowanie nie. 
  8. Duży, dość puchaty. Sięgam po niego codziennie. Pudruję nim powiekę i okolice pod oczami po nałożeniu korektora. Nanoszę cień bazowy i rozcieram. Bardzo przyjemny, miękki i praktyczny.
  9. Klasyczny języczek w rozmiarze L. Dobrze nanosi się nim cień na całą powiekę. 
  10. Niemalże identyczny niż poprzedni. Spokojnie wystarczyłby jeden. Nie używam.
  11. Płaski, sztywny, ścięty języczek. Moim zdaniem o wiele lepiej sprawdziłoby się tu okrągłe kopytko, z tego pędzla praktycznie nie korzystam. 
  12. Odpowiednik 9 i 10, tylko nieco mniejszy, M. 
  13. Jeden z lepszych pędzli tego zestawu. Fajnie nadaje się do rozcierania cieni w załamaniu powieki. Wygląda jak kuleczka ale jest bardziej płaski. Nie jest tak sztywny jak pozostałe, włosie jest dość gęste ale miękkie. Niestety się rozkleił i wypadł ze skuwki.
  14. W teorii mały, precyzyjny pędzelek, w praktyce sztywny, niemal jak plastikowy. Nie używam.
  15. Mały i sztywny, jak już nie mam czego chwycić to rozjaśniam nim wewnętrzny kącik oka.
  16. Do czego jest ten pędzel, ja się pytam? Podejrzewam, że do kresek, w założeniu. Nie używam go w ogóle, rozlazł się, włoski odstają na boki. W zasadzie nie wiem po co zajmuje mi miejsce.
  17. Nie mam pojęcia do czego jest ten pędzel. Malutki i sztywny, zbyt nieprzyjemny do malowania wewnętrznych kącików. Nie używam.
  18. Jeden z ulubionych pędzli z zestawu, idealny do kresek! Jest sztywny i wąski, dzięki czemu można zrobić nim precyzyjną i cieniutką kreskę. Dla mnie niezastąpiony!
  19. Okrągła szczotka. Przydaje się zawsze do rozczesania rzęs czy brwi, jest ok.
  20. W założeniu miał być to chyba pędzelek do ust ale jest zbyt mały i zbyt sztywny. Trzeba się nim solidnie namachać, nie używam.
KLIKNIJ, żeby powiększyć



Szczerze mówiąc nie kupiłabym ani tego, ani nowszego zestawu ponownie. Miał być 'na początek, do nauki' ale z mojego późniejszego doświadczenia wynika, że lepiej jednak kupić kilka pędzli lepszej jakości. Dlaczego? 
  • Dobre pędzle to tak zwane samograje, robią za nas całą robotę - z łatwością nanoszą podkład czy rozcierają cienie, nie trzeba dużych umiejętności, żeby osiągnąć dobry efekt. Tanie pędzle wymagają często dokładania cieni, poprawiania, dłuższego i żmudnego rozcierania a to nie pomaga, wręcz może zniechęcić.
  • Dobre pędzle nie robią plam i nie pozostawiają smug. Są, w przeciwieństwie do tanich, wykonane z dobrej jakości włosia. Coraz częściej syntetyczne jest lepsze od naturalnego (na szczęście, zwłaszcza dla zwierzaków...). Są idealnie mięciutkie i nie uczulają, co ważne jeśli malujemy nie tylko siebie. Idealnym przykładem są te Real Techniques Samanthy Chapman.
  • Dobre pędzle są niestety droższe ale gwarantuję, że i tak je w końcu kupicie ;)  Dobrze to robić stopniowo, pojedynczo, żeby inwestycja nie uderzyła boleśnie po kieszeni.
  • Maluję dość często i mimo to wiele pędzli z zestawu nie jest w ogóle przeze mnie używanych. To kolejny argument, by kupić lepiej ale mniej.
  • Plusem jest praktyczne etui na pędzle. Ja i tak kupiłam do nich pas na biodra, bo nie zawsze miałam miejsce, żeby się rozłożyć z tym majdanem :)
  • Mam wrażenie, że kilka marek ma kilka pędzli - legend - np. MAC 217,  Hakuro H50 itp. Wolę zbierać takie pojedyncze perełki, chociaż w aktualnym zestawie mam każdy pędzel z innej parafii :) Bardziej jednak niż na jednakowym wyglądzie zależy mi na jakości.
0:1 dla pojedynczych pędzli lepszej jakości - powyżej mój ulubiony zestaw


Jest to jednak moje subiektywne zdanie, oparte na własnym doświadczeniu. Nikogo nie chcę odwodzić od kupna zestawów - jeśli rozważycie to i uznacie, że właśnie to jest rozwiązaniem, którego szukacie - kupcie.Jestem ciekawa czy coś się zmieniło w jakości w przeciągu dwóch lat. Wiem też, że firma oferuje pojedyncze sztuki, które cieszą się dobrymi opiniami.



Macie te pędzelki? Dajcie znać jakie są Wasze opinie.

Ala

wtorek, 20 listopada 2012

Makijaż dla panów

Dziś kilka słów o makijażu...męskim. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie ale kilka razy zdarzyło mi się przygotowywać panów do nagrań wideo i sesji zdjęciowych. Pamiętam swój 'pierwszy raz' i postanowiłam napisać jak było na wypadek, gdyby czytała mnie osoba, która ma szansę przeżyć coś podobnego :)

Malując po raz pierwszy miałam niewielką wiedzę na temat tego typu makijażu ale postanowiłam zaufać swojej intuicji. Okazało się, że zrobiłam to, o czym przeczytałam później :) Nie na wszystkie 'zabiegi' miałam czas i możliwości (przygotowanie skóry - oczyszczanie, peeling, regulacja brwi itp.) ale i tak większość czynności po kolei pokryła się z teorią. 

Głównym celem była korekta niedoskonałości i zmatowienie skóry. I tak:
  • Odświeżyłam swojego modela hydrolatem, ściągnęłam nadmiar chusteczką i nałożyłam krem matujący (dopasowałam go biorąc pod uwagę cerę i warunki towarzyszące sesji). Można też nałożyć odrobinkę kremu pod oczy jeśli skóra tego wymaga.
  • Wyrównałam naturalny koloryt skóry za pomocą dość kryjącego ale jednocześnie niezbyt ciężkiego podkładu - w przypadku panów musi być on szczególnie idealnie dopasowany. Więcej uwagi poświęciłam miejscom typu linia włosów, brwi, zarost. Pamiętałam też o uszach i szyi - efekt musiał być niezauważalny. Pod oczy nałożyłam odrobię korektora, który usunął oznaki zmęczenia i rozjaśnił spojrzenie. Wykonałam też drobny kamuflaż w miejscach, które tego wymagały typu przebarwienia, wypryski, blizny.
  • Przypudrowałam twarz pudrem matującym ze szczególnym uwzględnieniem okolic oczu, co zapobiegało gromadzeniu się korektora w załamaniach skóry. Użyłam sypkiego pudru transparentnego i puszka, dociskając go do skóry - w tej sposób efekt zmatowienia utrzymuje się najdłużej.  
  • Całość omiotłam delikatnie bronzerem aby nadać skórze zdrowy odcień. Wybrałam kolor chłodnego brązu, bez pomarańczowych tonów i nakładałam go bardzo oszczędnie dokładając w razie potrzeby - zależało mi na bardzo naturalnym efekcie bez plam.
  • Przeczesałam brwi i rzęsy szczoteczką. Można w tym przypadku sięgnąć po przezroczysty żel, który ujarzmi włoski na dłużej.
  • Na koniec odrobina balsamu na usta, który nawilży i wygładzi delikatną skórę warg (balsamu, nie błyszczyka oczywiście ;P)
Teoretycznie pracy przy makijażu męskim wydaje się mniej - pomijamy makijaż oka, choć w niektórych przypadkach głębię męskiego spojrzenia także można podkreślić neutralnymi matami. Ja jednak poświęcam panom równie dużo uwagi - makijaż musi być niewidoczny ale jednocześnie ma oszczędzić pracy fotografikom ;) 

Cieszę się, że miałam okazję ćwiczyć ten typ makijażu. Myślę, że umiejętność malowania panów przyda się także w przypadku makijaży ślubnych. Warto pamiętać by nie skupiać się jedynie na pannach młodych ale zaproponować drobną korektę i zmatowienie skóry także panom :) Słuszność tego można później oglądać często na zdjęciach, szczególnie tych już późniejszych, weselnych ;)

Na zakończenie kilka zdjęć jednej z sesji, gdzie miałam właśnie okazję pracować nad męskim makijażem fotograficznym. Całą reklamę możecie zobaczyć TUTAJ - KLIK



  
Lubię przerwy w pracy ;)))


Jak widzicie tematyka bloga powolutku się zmienia. Pojawia się coraz więcej makijaży i wpisów typowo wizażowych. Dzieje się u mnie w tym temacie - co mnie bardzo cieszy - ale dajcie proszę znać czy Was to w ogóle interesuje :)

Ala








poniedziałek, 19 listopada 2012

Kosmetyki z Rossmanna - czy warto?

Jakiś czas temu znalazłam się w gronie blogerek, które podjęły współpracę z Rossmannem. Mimo iż odwiedzam tę drogerię najczęściej, moja znajomość ich kosmetyków była bardzo niewielka więc postanowiłam spróbować. Testowanie rozpoczęłam niemal natychmiast ale z recenzją nie mogłam się zebrać - dlaczego? Zapraszam do poczytania :)

Zawartość paczki prezentowała się następująco: 
 

Żadnego z tych kosmetyków nie używałam wcześniej. Zapoznałam się dawno temu z czerwonym kremem do rąk Isany, ale nie przypadł mi do gustu, podobnie jak szampon i odżywka z Alterry - z pszenicą i granatem, jeśli mnie pamięć nie myli :) Polubiłam natomiast granatową maskę, olejek i odżywkę Isany, która niestety została wycofana. Doświadczenia miałam więc bardzo różne więc starałam się podejść do testów bardzo neutralnie.


WELLNESS BEAUTY  
l do kąpieli fiołek i czerwona koniczyna

Opis producenta:drobne kryształki soli z wartościowymi minerałami sprawią, że każda kąpiel zamieni się we wspaniałą ucztę dla ciała i zmysłów. Wystarczy dodać odrobinę pod strumień wody, aby poczuć zdecydowany, lecz przyjemny i kojący  aromat. W zależności od nastroju możemy wybrać sole, które zabarwią wodę na: nastrojowy, liliowy bądź ciepły oranżowy kolor. Po kąpieli intrygujący, egzotyczny zapach jeszcze długo utrzymuje się na skórze. Cena: 3,29 zł/ saszetka 80g
 
Soli do kąpieli użyłam do stóp ponieważ nie mam wanny a lubię po ciężkim dniu zanurzyć zmęczone stopy w ciepłej kąpieli. Jest bardzo wydajna - wystarczyła mi na kilka razy. Moim faworytem nadal pozostaje jednak produkt innej firmy - działanie tej pozostawiło mnie obojętną. Zapach po otwarciu saszetki był intensywny, mdlący i bardzo sztuczny ale na szczęście szybko ulatywał. Mam wrażenie, że sól nie robiła nic z moją skórą - ot, zwykły dodatek. Jeśli lubicie tego typu gadżety - za tę  cenę warto ale nie oczekiwałabym spektakularnych rezultatów. W składzie przegląd parabenów ;)



WELLNESS BEAUTY 
olejek do kąpieli trawa cytrynowa i bambus

Od producenta: skondensowana dawka lipidów intensywnie natłuszcza naskórek, chroniąc go przed wysuszeniem. Po zastosowaniu preparatu skóra odzyska miękkość i aksamitną gładkość. Dodatkowo dzięki gęstej konsystencji kosmetyk jest bardzo wydajny. Dzięki olejkowi przygotujesz kąpiel, która oczaruje orzeźwiającym i orientalnym zapachem trawy cytrynowej i delikatną nutą bambusa. Cena: 8,99 zł / 150 ml


Przyznaję, że jestem łasa na olejki :) Uwielbiam je za wielkofunkcyjność - używam ich do demakijażu, oczyszczania buzi, olejowania włosów, nawilżania po prysznicu, na skórki wokół paznokci i inne przesuszone partie. Niestety z tym się nie polubiłam, pewnie za sprawą zapachu trawy cytrynowej, której nie jestem wielką fanką. Nie wiem jak pachnie bambus ale są jeszcze w tym olejku inne nuty zapachowe (tajemniczy parfum na początku składu), które mnie bardzo drażnią i męczą. Próbowałam zużyć go na włosy ale mimo całkiem niezłego działania, mój nos stanowczo protestował. W tej samej kategorii cenowej polecam olejki Alterry - pachną o wiele przyjemniej i lepiej działają, zwłaszcza na skórę. Plus za bardzo lekką butelkę z miękkiego plastiku - szklane i ciężkie butle Alterry mnie stresowały kiedy brałam je w mokre dłonie :)



ISANA 
krem do rąk Kwiat Pomarańczy

Od producenta: sprawdzi się w sytuacji, gdy twoje dłonie są suche, a skóra utraciła elastyczność. Masło kakaowe, pantenol i gliceryna zawarte w kremie zapewnią idealną pielęgnację i regenerację skóry. Aksamitna konsystencja kosmetyku gwarantuje szybkie wchłanianie, a jednocześnie nie pozostawia tłustej powłoki. Dodatkowo krem posiada bardzo subtelny zapach z delikatną nutą pomarańczy, który jeszcze długi czas po zastosowaniu utrzymuje się na skórze. Cena: 4,99 zł / 100ml

Pomogę sobie zdjęciem, które dostałam od Rossmanna, bo mój krem trzymam w pracy gdzie nie mam możliwości sfotografowania go. Doskonale pamiętam kiedy użyłam tego kremu po raz pierwszy. Przygotowywałam się makijażu na zajęciach w szkole. Umyłam ręce i ponieważ czułam dużą suchość, chciałam je nawilżyć. Zapach był tak nieprzyjemny, że musiałam umyć ponownie dłonie. Z czasem się do niego przyzwyczaiłam, nie jest na szczęście trwały ale nie został moim ulubieńcem :) Subtelność o którym czytam w opisie mnie rozwesela. Czy sprawdzi się na naprawdę suchej skórze - wątpię. Moim zdaniem nawilża i koi chwilowo. Szybko się wchłania ale już po chwili mam ochotę sięgnąć po niego ponownie. Używam go w biurze, na niskie temperatury i na noc wybieram coś bardziej treściwego i pewnego.


ISANA 
krem do ciała z Masłem Shea i Kakao

Od producenta: zawarte w nim masła shea i kakaowe oraz olej kokosowy zapewniają kompleksową pielęgnację suchej skóry. Witamina E oraz pantenol zaś skutecznie nawilżą i odżywią nawet najbardziej wymagający naskórek.  Dzięki lekkiej konsystencji krem dokładnie rozprowadza się na całym ciele, nie pozostawiając tłustej warstwy.  Po zastosowaniu kosmetyku przyjemny i subtelnie słodki aromat kakao jeszcze przez dłuższy czas utrzymuje się na skórze.Cena: 9,99 zł/ 500ml

Mam jakiś problem z zapachami przekazanych kosmetyków. O tym czytałam mnóstwo pozytywnych opinii i próbowałam się tego zachwytu doszukać. Rzeczywiście, przy otwarciu opakowania był tak intensywnie słodki, że miałam ochotę wziąć łyżkę i spróbować kremu :))) W pierwszej chwili wydał mi się idealny na zimne wieczory, do czasu kiedy zaaplikowałam go na skórę. Szybko się wchłonął ale całkowicie zmienił zapach na bardzo nieprzyjemny - zupełnie inna bajka niż w opakowaniu. Kojarzy mi się z czymś nieświeżym. Co do reszty, nie mam się do czego przyczepić. Opakowanie jest bardzo praktyczne, duże i wygodne. Krem jest niesamowicie lekki, błyskawicznie się wchłania i nie zostawia lepkiej warstwy. Skóra jest gładka, mięciutka i przyjemna w dotyku jeszcze przez długi czas. Na duży plus zasługuje wydajność, szczególnie biorąc pod uwagę cenę. Wiele razy już pisałam, że nie przepadam za mazidłami. Zawsze po prysznicu używam oliwki na mokrą skórę i ta metoda w zupełności mi wystarcza. Gdybym jednak miała wybrać inny produkt, nie zważając na zapach - byłby to ten krem. Niestety mój nos w tym przypadku nie zgadza się na kompromis i krem znajdzie inną właścicielkę :)

Niektóre blogerki pisały o kremowaniu włosów. Podobno ten produkt świetnie się do tego nadaje -  jeśli macie z tym jakieś doświadczenia, koniecznie dajcie znać w komentarzu, chętnie dowiem się więcej. 



 ALTERRA 
żel pod prysznic Kwiat Neroli i Bambus


Od producenta: nie tylko łagodnie pielęgnuje skórę w czasie kąpieli, ale również rozpieszcza zmysły lekko owocowym zapachem egzotycznego kwiatu neroli i odżywczego bambusa. Żel posiada lekką konsystencję, dzięki czemu z łatwością rozprowadza się go na ciele. Jego systematyczne stosowanie powoduje, że skóra staje się wyraźnie gładka i miękka w dotyku. Co istotne - kosmetyk nie zawiera syntetycznych barwników, substancji konserwujących oraz silikonów i parafiny.Cena: 7,99 zł/ 250 ml


Kolejny produkt, którego nie kupię ze względu na zapach. Zużyłam całą butelkę - co nie było trudne biorąc pod uwagę kiepską wydajność - trochę na siłę. Konsystencja to jedyna cecha, która przypadła mi do gustu - żelowa, dość gęsta, trochę galaretkowata. Niestety żel bardzo słabo się pienił i znów - po prostu śmierdział. Nie zauważyłam żadnych pielęgnacyjnych właściwości - jedynie myjące. Skóra jest miękka za sprawą gąbki (gąby właściwie - kto choć raz używał Syreny ten wie ;) ) i oliwki. Cena względem pojemności i wydajności wcale nie jest super atrakcyjna. Rossmannowe półki uginają się pod naporem kosmetyków pod prysznic i do kąpieli. Za identyczną albo i niższą cenę można znaleźć o wiele przyjemniejsze produkty.



 ALTERRA 
szampon Biotyna i Kofeina

Od producenta: przeznaczony jest do włosów zniszczonychi osłabionych, które wymagają intensywnej regeneracji. Dzięki zawartości prowitaminy B5 oraz biotyny pielęgnuje i wzmacnia włosy. Pobudzająca kofeina i nasiona guarany zapewniają im natomiast dawkę witalności, miękkość i sprężystość. Kosmetyk nie zawiera sztucznych frakcji pieniących. Posiada delikatnie kawowy zapach. Szampon idealnie sprawdzi się jako pielęgnacyjna baza pod odżywkę. Cena: 9,49 zł/ 200 ml
 
Jedyny z całej paczki kosmetyk, którego zapach polubiłam :) Nie wiem jak pachnie kofeina i biotyna i po co one w szamponie ale ten jest naprawdę świeży, lekki i nie męczy od rana ;) No i to by było na tyle komplementów... Niestety szampony Alterra, choć cieszą się dużą popularnością i sympatią, mnie w ogóle nie urzekły. Ten szampon jest przyjemnie gęsty ale dość trudno go spienić. Poradziłam sobie z tym stosując metodę kubeczkową (mieszałam w kubku wodę z szamponem i dopiero tak rozrzedzony nanosiłam na włosy). Mimo to pasma były splątane i trudne do rozczesania. Po kilkukrotnym użyciu zauważyłam też większe przesuszenie, szczególnie na końcach. Uznałam, że to sprawa Sodium Coco Sulfate, który jest detergentem niewiele lepszym od SLS i działa zbyt mocno na moją słabą. cienką, wysokoporowatą czuprynkę. Zaczęłam więc stosować go raz w tygodniu kiedy potrzebowałam oczyszczenia. Na co dzień niestety okazał się za silny.
Chcę jednak zauważyć, że myję włosy codziennie delikatnymi preparatami bez SLS i stosuję pielęgnację bezsilikonową. Nie potrzebuję więc mocnego oczyszczenia bo nie używam kosmetyków do stylizacji ani silikonów, które mogłyby się nabudować. Nie wykluczone, że przy innych włosach i stosowanych produktach ten szampon sprawdziłby się idealnie. Mnie niestety przesuszył i plątał i dlatego nie kupię go ponownie.


Podsumowując, z sześciu przekazanych mi do przetestowania produktów żaden nie zadowolił mnie na tyle, bym kupiła kolejne opakowanie. W niemal każdym drażnił mnie zbyt intensywny, sztuczny 'zapach'. Owszem, ceny są atrakcyjne ale nie zauważyłam by - poza kakaowym kremem - produkty te miały dobry wpływ na moje włosy czy skórę.

Od pewnego czasu staram się świadomie dbać o siebie. Dojrzałam też do minimalizmu i stawiania na jakość. Bardzo szanuję producenta za 'vege składy' i nie testowanie na zwierzętach ale nie odnalazłam w ofercie nic, co by mnie zachwyciło. Na tym więc pewnie moja przygoda z  testowaniem produktów Rossmann dobiegnie końca. Bardzo dziękuję za możliwość zapoznania się, przetestowania i wyrażenia całkowicie szczerych opinii o kosmetykach.


A jakie są Wasze doświadczenia? Znacie coś, co mogłoby mnie przekonać i stać się także moim ulubieńcem? Dajcie znać, może jeszcze nie odkryłam najlepszego :)

piątek, 16 listopada 2012

Make up mix :)

Dziś przychodzę z garścią zdjęć z drugiego dnia ślubnych makijaży. Przyznaję, nie był to mój dobry dzień ale ponieważ blog jest po części moim  'archiwum' to ku pamięci zamieszczam. Za jakiś czas będę się z nich śmiała ;)

Zdjęcia dzięki uprzejmości Karoliny a modelką była Jessica - dziewczyny dziękuję! :)


Przypominam, że dziś maluję w gdańskim Autsajderze. Jeśli nie byłyście jeszcze nigdy na mejkapparty to zapraszam! :) 


czwartek, 15 listopada 2012

PRACTICE

Jutro przede mną pierwsze szkolne praktyki. Malowałam już wiele różnych twarzy na różne okazje a mimo to czuję srogą tremę. No nic, pędzle wyszorowane, torba spakowana, ćwiczę wdech-wydech ;) 

Jeśli czyta mnie ktoś z Trójmiasta to serdecznie, gorąco, mocno i szczerze zapraszam!





poniedziałek, 12 listopada 2012

MAKIJAŻ ŚLUBNY

Motywem przewodnim ostatniego zjazdu były makijaże ślubne. Dziś pierwsza moja propozycja i kilka słów na temat malowania na tę okazję. Zapraszam :)



Kilka słów mojego komentarza :)
  • Warto sięgnąć po kosmetyki wysokiej jakości. Bardzo ważne są bazy - wygładzająca i rozświetlająca skórę oraz ta pod cienie. Całość powinnam wykończyć fixerem utrwalającym ale ponieważ makijaż wykonałam jedynie na potrzeby zajęć szkolnych, nie chciałam obciążać skóry - w dniu ślubu jednak warto o tym pamiętać ;)
  • Chciałam, aby makijaż pasował do modelki podkreślając jej naturalną urodę. Nie musiał być wykonany w kolorach biel / beż / róż ale jestem zwolenniczką klasyki :) Sama na ten dzień wybrałabym coś podobnego, eleganckiego, świeżego i naturalnego. Można jednak na życzenie przyszłej Panny Młodej postawić na wyraźny akcent kolorystyczny, dopasowując makijaż oka do bukietu czy innych dodatków. Pamiętajmy przy tym, że makijaż musi wyglądać dobrze przez wiele godzin, zarówno w świetle dziennym (ślub, sesja plenerowa) jak i sztucznym (wesele). Są kolory zdradliwe i podłe, jak np. fiolet, który może symulować siniaka albo róż dający efekt potartego oka - trzeba je więc uważnie dopasować, biorąc pod uwagę całe mnóstwo czynników.
  • Pięknie wyglądająca cera jest najważniejszym elementem makijażu ślubnego. Warto pamiętać o wcześniejszej pielęgnacji - peeling, maska, odpowiednie nawilżenie skóry pozwoli uzyskać lepszy efekt. Moja modelka - Jessica - ma przepiękną skórę i urocze piegi. Nie chciałam ich ukrywać pod ciężkim, mocno kryjącym podkładem. Położyłam bazę rozświetlającą i lekki podkład, który wyrównał koloryt. Ważnym elementem było zmatowienie skóry pudrem przy użyciu puszka - dociskając go delikatnie uzyskamy lepszy i bardziej długotrwały efekt niż przy użyciu pędzla. Najlepszy jest do tego sypki, transparentny puder. Lubię konturować twarz podkreślając jej rysy bronzerem ale w tym przypadku starałam się aby był on prawie niewidoczny. Postawiłam za to na delikatny róż, który dodał świeżości. 
  • Chciałam, aby makijaż oka podkreślił spojrzenie ale nie był zbyt ciemny i ciężki. Świetnie się bawiłyśmy z Jessicą i  byłyśmy w doskonałych nastrojach ale z tyłu głowy pamiętałam, że często zdarzają się Pannom Młodym łzy wzruszenia. Warto więc pamiętać o wodoodpornym tuszu, kredce czy linerze. Nie zamknęłam oka - dolną kreskę dociągnęłam do 1/3 długości aby  szczególnie na zdjęciach - optycznie go nie zmniejszać. Pamiętałam o punktach świetlnych - pod łukiem brwiowym, w wewnętrznym kąciku oka i na środku powieki - szczególnie w makijażu tego typu daje to bardzo fajny efekt. Linię rzęs podkreśliłam czarnym cieniem co optycznie je zagęściło - w tym przypadku nie doklejałam sztucznych ale wiele Panien Młodych lubi ten trick więc warto być przygotowanym :D Można też pomalować dolną linię wodną białą lub kremową kredką ale nie łudzę się, że efekt utrzyma się dłużej niż sama ceremonia ;) Nie zapominajmy o brwiach - stanowią ramę oka i odpowiednio podkreślone doskonale uzupełnią cały makijaż.
  • Usta są dla mnie najbardziej problematyczne - w przypadku tego makijażu, wykonanego na potrzeby szkolnych zajęć, użyłam błyszczyka w jasnym różowym kolorze ale gdybym miała wykonać makijaż prawdziwej klientce czy sobie, długo bym się zastanawiała. Szminki w zdecydowanym odcieniu - w tak całuśnym dniu - nie  miałabym odwagi nosić z obawy o rozmazanie się, nierówne zjadanie czy osiadanie na zębach (co zdarza się mi samej niewiarygodnie często...) Błyszczyk z kolei można wrzucić do kieszeni czy torebki i poprawić w każdej chwili bez zwracania uwagi na precyzyjność nałożenia. Nie powinien się jednak kleić szczególnie wtedy gdy całujemy gości po ceremonii. Najlepszym rozwiązaniem wydają mi się super trwałe szminko-błyszczyki ale nie mam z nimi dużego doświadczenia więc się nie wymądrzam :) Tu badam intensywnie teren :)
  • W makijażu ślubnym ważnym - i moim ulubionym elementem - jest rozświetlenie. Na twarzy użyłam rozświetlacza w kremie, na skórę dekoltu i ramion wersji sypkiej. Kości obojczykowe lekko podkreśliłam dodatkowo bronzerem.
  • Acha, nawet najpiękniejszy makijaż ślubny nie powinien być najważniejszy - najpiękniejszy makijaż stanowi szczęśliwy uśmiech Panny Młodej! :D

Tyle ględzenia, to efekty naszej pracy: 






backstage ;)


Ja dopiero się uczę ale nie ukrywam, że wykonanie tego makijażu dało mi wiele radości, szczególnie z tak piękną modelką. Cały czas będę pracować nad swoją techniką i ślubne propozycje będą się tu jeszcze pojawiały. 


Czytają mnie jakieś przyszłe panny młode? Jakie makijaże wymarzyłyście sobie na ten dzień?

środa, 7 listopada 2012

Nie ma jesieni bez burgundu :)

Nie mam w zwyczaju kupować sobie kosmetyków na chandrę. Tym razem zrobiłam wyjątek. Lakier do paznokci w najmodniejszym kolorze sezonu chodził za mną już od jakiegoś czasu. Przypadkiem się napatoczył, kiedy sfrustrowana chodziłam po galerii handlowej (nienawidzę tego, nie-na-wi-dzę!). Zamiast planowanej ciepłej kurtki przyniosłam do domu kolejny lakier, który prawdopodobnie będzie sobie stał samotnie, bo przecież ja nigdy nie noszę ciemnych paznokci :)


Pomalowałam nim paznokcie póki co tylko jeden raz ale postanowiłam Wam pokazać. Nie będzie to recenzja, lakier nosiłam jakieś 3-4 dni więc nie wiem jak bardzo jest trwały. Mogę tylko powiedzieć, że malowanie nim to czysta przyjemność - nie rozlewa się, nie smuży, ma bardzo dobry, szeroki pędzelek i bardzo dobrze kryje. Zaskoczył mnie tym, jak ładnie błyszczy bez topa (ostatecznie i tak go nałożyłam bo pościel jest dla mnie bezlitosna...).

Burgund niepodważalnie króluje tej jesieni. W makijażu jakoś go nie widzę ale na paznokciach (najlepiej nie swoich :P) bardzo mi się podoba.  U mnie widzicie trzy warstwy dlatego chwilami może wydawać się bardzo ciemny, prawie czekoladowy.

 

Jak już pisałam, jestem zwolenniczką bardzo krótkich paznokci i lakierów bezbarwnych lub lekko mlecznych. Kupiłam więc durnostojkę - kurzołapkę - całe szczęście tylko za niecałą dyszkę :)  

Nie lubię wydawać pieniędzy na lakiery do paznokci. Nie mam problemu z odpryskiwaniem, ścieraniem się na końcówkach - na moich, bez względu na cenę, lakier trzyma się jednakowo kilka dni (mimo tłuczenia w klawiaturę całymi dniami). Z reguły nie wydaję na nie więcej niż właśnie około 10 zł. i kupuję najmniejsze możliwe pojemności. Wyjątkiem są lakiery - klasyki, których używam bardzo często (typu OPI Bubble Bath czy Essie Mademoiselle).

Czaję się na notatkę o tym, w jakie kosmetyki warto zainwestować a na jakie szkoda pieniędzy - jesteście zainteresowane? 

Ala

poniedziałek, 5 listopada 2012

Glossy? Oh, really?!

Na samym wstępie zaznaczam - nie będzie słodko, będę marudzić. Osoby, które nie lubią krytykowania, nabijania statów aferkami, kochają różową ekipę różowego pudełka z różową kokardką bezgraniczne bezkrytycznie - zapraszam na kolejny post :) 

Jakiś czas temu napisałam o moich spostrzeżeniach odnośnie październikowego Glossybox. Zrobiło się zamieszanie więc notatkę przerzuciłam do roboczych czekając na dalszy rozwój sytuacji. Dziś, po prawie miesiącu, mogę dopisać jej kolejną część (poprzedniego posta znajdziecie poniżej, edytowałam dopisując treść, żeby zachować Wasze komentarze).

Po tym jak Glossybox wtopił z uszkodzonymi, starymi i poodkręcanymi produktami mogliśmy przeczytać sprostowanie (tutaj: KLIK). Jak dla mnie trochę mydlenie oczu i już straciłam zainteresowanie całą sprawą gdy - po dość długim zresztą czasie - otrzymałam rekompensatę. Róż jest świeży, ładny ale i bardzo jasny - za co oczywiście ekipy GB nie winię, żeby nie było, że czepiam się wszystkiego ;) Muszę się nieco namachać, żeby efekt na polikach był widoczny ale może dlatego, że nie umiem jeszcze obchodzić się z minerałami.


Żeby nie było tak słodko, w krótkim czasie po rozczarowaniu pudełkiem i stanem kosmetyków - zanim jeszcze otrzymałam rekompensatę - dostałam maila od jednego z przedstawicieli Glossybox, w którym zwrócono uwagę, że w moich notatkach nie ma linkowania do strony :D

No więc, mili Państwo, już wyjaśniam dlaczego. Wpisy o Glossybox na moim blogu nie są sponsorowane. Pudełko kupuję sama i sama decyduję, w jaki sposób i czy w ogóle o nim napiszę. Reklama na blogach jest albo płatna albo na zasadzie współpracy, której Glossybox nie podejmuje z blogami o takim zasięgu jak mój (czyt. dla nich za małym). Nie widzę więc powodu, dla którego miałabym zamieszczać bezpłatną reklamę, która kieruje zainteresowanych na stronę. Nie jesteśmy bezmyślnymi istotami, które potrafią tylko pomalować paznokcie, potrafimy się w Internecie odnaleźć, serio. Co więcej, w mojej ocenie strona jest słaba, mało intuicyjna i często gęsto wiele funkcji nie działa. Co miałabym napisać, że polecam stronę? Nie, nie polecam.

Skoro już mi się zebrało na gorzkie żale to napiszę jeszcze, jak do szału doprowadza mnie profil GB na fejsbuniu. Jakiś geniusz wymyślił, że najaktywniejsze osoby dostaną upominki i teraz hordy lasek wypisują denne i nic nie wnoszące komentarze łasząc się o prezent jak Reksio o szynkę. Jeśli chcesz przeczytać o czymś, co Cię interesuje, musisz przekopać się przez górę śmieci.

Moje zadowolenie z Glossybox jest tak samo sinusoidalne jak zawartość pudełek. Ostatnio zaskoczyli możliwością zakupu - sprzed kilku miesięcy co prawda ale jednak - pudełek zagranicznych. Zostały wykupione ekspresowo i już czytamy o zjełczałych kremach i obietnicach ponownej rekompensaty. LOL

Jestem na etapie intensywnych rozważań nad kontynuowaniem subskrypcji. Póki co wygrywa ciekawość grudniowego pudełka więc przymykam oko na zatracony profesjonalizm i czekam na zawartość.

Czy stałam się już listopadowym hejterem? :D




Notka z 10.10.2012

Po wczorajszym dostarczeniu pudełek Glossybox, w sieci zawrzało. To chyba pierwsze pudełko, które wzbudziło tyle negatywnych emocji i pierwsze, które podpadło także mnie. Pisałam już, że jestem zadowolona z subskrypcji, lubię testować nowe kosmetyki, zabierać w podróże lub na siłownię miniaturki no i uwielbiam niespodzianki. Tym razem chyba jednak nie o taką niespodziankę mi chodziło...


O tym, co było w pudełku chyba wszystkie już wiecie. Na blogach, na stronie profilowej FB jest wysyp wpisów, niestety w przeważającej części krytycznych. Uderzyło mnie to do tego stopnia, że postanowiłam poświęcić temu post. 

USZKODZENIA: W moim pudełku znalazłam złamaną na pół kredkę i odkręcony peeling. Zamawiam kosmetyki przez Internet bardzo często i jeszcze takie czary mi się nie przytrafiły, żeby kosmetyk zapakowany w pudełko, to pudełko w drugie pudełko, w dodatku z trocinami amortyzującymi uszkodził się do tego stopnia. Nie doświadczyłam i w to nie wierzę tym bardziej, że same pudełka są w stanie idealnym i nienaruszonym.

ŚWIEŻOŚĆ: Kolejna kwestia poruszana na blogach, która mnie osobiście nie dotknęła. Wystarczy jednak poczytać opinie dziewczyn, które dostały suche tusze, linery, kredki, podejrzanie pachnące pomadki. Po akcji z poprzedniego miesiąca, kiedy trafiły się przeterminowane żele L'Occitane myślałam, że ekipa wyciągnie wnioski, przeprosi, wyśle rekompensatę i tym samym ukręci łeb sprawie. Tymczasem mamy dalsze czyszczenie magazynów ze staroci.

POWTARZALNOŚĆ: Kiedy otworzyłam swoje pudełko i zobaczyłam kolejny raz mydło, maskę, peeling i smarowidło do ciała, straciłam cierpliwość. Rozumiem, że z kolorówką ciężko trafić w preferencje wszystkich ale kosmetyki pielęgnacyjne są na tyle zróżnicowane, że z powodzeniem można uniknąć nudy i rutyny.

MARKI: Pozwolę sobie zacytować: Zapisz się już teraz, aby otrzymać swój GLOSSYBOX i przetestuj 5 luksusowych kosmetyków, dostarczonych prosto pod Twoje drzwi. Poznaj najnowsze, światowe trendy kosmetyczne. Luksus jest oczywiście pojęciem względnym. Czytając karteczki dołączone do niektórych kosmetyków, gdzie cena pełnowymiarowych opakowań waha się między 20 a 50 zł mam wrażenie, że moja definicja luksusu jest jednak nieco inna. Żeby było jasno - nie oczekuję Diora, Sisleya czy nie wiadomo czego - oczekuję szczerości a nie oferowania marek drogeryjnych, średniopółkowych pod takim hasłem (patrz spray Toni&Guy, dupny zresztą, który był w tym czasie na promocji w Rossmannie).

Tutaj możecie zobaczyć wszystkie marki, które współpracują z Glossybox - KLIK

KOMUNIKACJA: Profil na facebooku zaparował. Zgłaszało swoje uwagi wiele dziewczyn, które dostały złamane kredki, stare szminki, tusze, linery, odkręcone słoiczki i glinkę rozpyloną w pudełku i całym jego otoczeniu w momencie otwierania. Na to ekipa miała przygotowaną odpowiedź, wklejaną ctrc+ctrlv: koniecznie napisz w tej sprawie na kontakt@glossybox.pl - przez Facebook nie jesteśmy w stanie Ci pomóc. :( Każdemu to samo. Żadnej odpowiedzi na pytania, żadnego nawet banalnego tłumaczenia, jeden test wklejany wszędzie tam, gdzie ktoś był niezadowolony. Mistrzowie komunikacji!

Maila napisałam. Odpowiedzi się jeszcze nie doczekałam ale po tych, które już dostały inne blogerki wnioskuję, że Glossybox zaproponuje mi rekompensatę w postaci 'bezpłatnej próbki', pewnie będzie to mineralny puder - z tej samej starej stajni co reszta kolorówki. 


Zauważyłam już wcześniej, że jakość pudełek i poziom mojego zadowolenia zachowuje się sinusoidalnie - świetne pudełko, słabe, świetne i tak w koło (doświadczenie mam od samego początku). Ogólnie byłam bardzo zadowolona, czasem trafiały się kosmetyki lepsze, czasem gorsze ale wszystko rekompensowały emocje związane z niespodzianką, oczekiwaniem, otwieraniem. Teraz czuję jedynie niesmak i mocno rozważam zakończenie przygody z Glossybox. Szkoda, bo zagraniczne edycje, mówiąc wprost, dupę urywają. A tu ktoś mocno kręci - albo producent, albo ekipa - efekt jest taki, że cierpli klient, który za to płaci. 



UA-49610063-1