piątek, 31 sierpnia 2012

Jesienne inspiracje...

Jesień jest 'moją' porą roku jeśli chodzi o makijaż. Mam brązowe oczy, skórę z żółtymi tonami więc w kolorach jesieni czuję się i wyglądam najlepiej. Mimo, że kalendarzowe lato jeszcze trwa, na zewnątrz robi się już coraz chłodniej, dlatego dziś przygotowałam garść inspiracji na nadchodzący czas.


Jesień kojarzy mi się z miękkością - przytulnymi, ciepłymi dzianinami, mgłą, dymem. Taki też jest mój makijaż - miękko roztarte granice, przydymione oko, kolory ziemi. Soczyste usta, intensywne cienie i kreski poczekają na kolejny sezon. Latem stawiałam na make up - no make up, akcentując głównie usta - ze względu na wysokie temperatury, krótszą żywotność makijażu i lenistwo :) Jesienią natomiast stawiam na oko, usta pozostają naturalne. Częściej będę także sięgała po matowe cienie.


Prace wykonane są przez Katosu. Kasia jest dla mnie wzorem jeśli chodzi o tego typu makijaże. Są absolutnie rewelacyjne!

Kolorem nadchodzącego sezonu będzie głównie burgund i kobalt. O ile kobalt uwielbiam (pasuje do każdego typu urody i niemal każdego innego koloru) tak do burgundu nie jestem przekonana, szczególnie w makijażu. Zmiana czasu, ciemność i ogólna aura sprawiają, że często jestem niewyspana więc wszelkie czerwienie podkreślają u mnie zmęczenie i sprawiają wrażenie, jakbym była chora. Z tym kolorem trzeba się obejść naprawdę umiejętnie, dlatego jeśli u mnie burgund, to tylko na paznokciach :) 

Jesienią, częściej niż zwykle sięgam po: 
  • kremy, beże, brązy, czekolady
  • fiolety, wrzosy, pudrowy róż
  • szarości, granaty, czerń
  • butelkową zieleń, khaki 
  • złoto!!!




Idealna na ten czas będzie matowa paleta Sleeka, po którą ostatnio sięgam najczęściej i którą pokażę Wam niebawem. Może światło okaże się łaskawsze i uda mi się też sfotografować makijaż. Jesień niestety nie rozpieszcza blogerek, o dobre zdjęcia będzie coraz trudniej...

Ala

czwartek, 30 sierpnia 2012

Czas na granat!

Uwielbiam granatowy kolor! Wracam do niego zawsze jak tylko robi się chłodniej - jesienią i zimą, zarówno w makijażu jak i na pazurkach. Nie przepadam za ciemnymi lakierami ale dla tego koloru robię wyjątek. Już kiedyś pisałam o matowym granacie od Hean (KLIK) ale tak się nakręciłam, że dziś postanowiłam pokazać go bliżej :) 


 
 

Kolor jest piękny, błęboki. Nie jest to jednak płaski mat, raczej satyna. Mimo tego, że matowe lakiery są modne, ja mam wrażenie, jakbym pomalowała paznokcie flamstrem :) Brakuje mi połysku, dlatego zwykle przeciągam je bezbarwnym lakierem, ewentualnie jeden, serdeczny, zostawiam matowy. 



I na koniec garść kolorystycznych inspiracji. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam granat! :)


A jaki jest Wasz ulubiony kolor na jesień?

środa, 29 sierpnia 2012

Jedwab do ciała od Oeparol Hydrosense

Wczoraj pisałam o płynie micelarnym marki Oeparol, dziś słowo o jedwabiu do ciała.

Od producenta: Oeparol Hydrosense - Nawilżająco-wygładzający jedwab do ciała. To delikatny, luksusowy kosmetyk, który fantastycznie pielęgnuje skórę podatną na podrażnienia i przesuszenie. W składzie znajduje się olej z nasion wiesiołka 'tłoczony na zimno' - co umożliwia zachowanie wszystkich jego cennych właściwości. Olej ten zawiera cenne kwasy Omega-6, które zapobiegają utracie wody przez naskórek, poprawiają mikrokrążenie, a tym samym wpływają na odżywienie i dotlenienie skóry. Dodatkowo w jedwabiu do działa Oeparol, ten cenny olej wraz w kwasem hialuronowym, tworzy specjalistyczny kompleks HialuRoseTM, który odbudowuje barierę hydrolipidową skóry i zatrzymuje wodę w najgłębszych warstwach naskórka, a dodatek masła Shea regeneruje przesuszoną skórę. Po zastosowaniu jedwabiu do ciała Oeparol, skóra pozostaje nawilżona, jędrna, sprężysta i odzyskuje świeży wygląd. Preparat został przetestowany dermatologicznie, nie zawiera parabenów i jest hipoalergiczny.



I kilka uwag i spostrzeżeń na temat:
  • Opakowanie jest proste w swojej estetyce, apteczne, spójne z całą linią. Tuba jest stabilna i na tyle miękka, że nie ma problemu z łatwym wyciśnięciem produktu. Będzie można zużyć do samego końca - duży plus.
  • Konsystencja jest kremowa, nie za rzadka, nie spływa z dłoni. Bardzo łatwo się rozsmarowuje. 
  • Zapach jest słodki, dość intensywny. Długo się utrzymuje na skórze i może zmęczyć. Myślę, że nie wszystkim przypadnie do gustu.
  • Aplikacja bardzo przyjemna - jedwab łatwo i szybko się rozprowadza. Lekka konsystencja sprawia, że nie jest toporny. Początkowo zostawia na skórze błyszczący film ale dość szybko się wchłania. 
  • Działanie - skóra jest miękka w dotyku, nawilżona ale nie tak jak po maśle czy oliwce. Po produkcie, który zawiera olejek, jedwab, kwas hialuronowy i masło shea spodziewałam się wiele więcej...
  • Po zmoczeniu posmarowanej wcześniej skóry (na basenie) widać wyraźny tłusty, śliski film - krople spływają jak po karoserii samochodowej po woskowaniu ;) Sądzę, że to za sprawą wielu emolientów obecnych w składzie.
Podsumowując, produkt jest wydajny, łatwy w użyciu ale dość przeciętny. Skóra jest miła w dotyku ale nie zauważyłam wyraźnej poprawy jej nawilżenia. Nie wiem jak jedwab poradziłby sobie z suchą skórą. Szczerze mówiąc nie wiem czy polecam, moim ulubieńcem nie został ale ja jestem bardzo wymagająca jeśli chodzi o tego typu kosmetyki :)

Więcej o produkcie dowiecie się tutaj: KLIK
Kosmetyk otrzymałam od firmy do przetestowania.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Demakijaż z Oeparol Hydrosense

Kiedy otrzymałam propozycję przetestowania płynu micelarnego Oeparol, ucieszyłam się. Już wcześniej używałam kosmetyków tej marki i mam o nich dobre zdanie (recenzja kremu KLIK, recenzja pomadki ochronnej KLIK). Cóż, nic się nie zmieniło, nadal uważam, że firma trzyma poziom. Dziś o płynie micelarnym słów kilka. 

Demakijaż jest czynnością obowiązkową, bez względu na to jak jestem padnięta czy jak późno wracam do domu. Mogę odpuścić serum, krem na noc czy pod oczy ale oczyszczenie skóry z makijażu i innych nieczystości jest warunkiem koniecznym.  Jak już wiele razy pisałam, jestem zwolenniczką płynów micelarnych - głównie dlatego, że dają poczucie odświeżenia, nie pozostawiają tłustego filmu ani 'mgły' na oczach, jak w przypadku płynów dwufazowych, mleczek czy olejków. Są zwykle delikatne ale jednocześnie skuteczne. 

Słowo o micelu Oeparol (klikając w obrazek przeniesiecie się na stronę producenta).



Kilka moich spostrzeżeń: 
  • Bardzo podoba mi się butelka - wąska, z twardego plastiku, przezroczysta. Zamknięcie jest bardzo solidne, można z powodzeniem zabrać w podróż lub do kufra bez obaw, że płyn się wyleje - duży plus!
  • Aplikacja jest bezproblemowa - otwór nie jest ani za mały, ani za duży, łatwo wylać na wacik pożądaną ilość. Nic się nie rozlewa i nie marnuje. 
  • Płyn, jak widać, jest bezbarwny. Ma charakterystyczny i dość intensywny zapach, co nie każdemu może odpowiadać. Mnie się podoba, bardzo go lubię - daje uczucie orzeźwienia, kojarzy mi się trochę ziołowo, trochę leśnie...trudno mi to opisać. 
  • Nie pozostawia filmu ani uczucia mgły
  • Nie piecze, nie podrażnia ani nie wysusza delikatnych okolic oczu
  • Nadaje się dla osób noszących szkła kontaktowe
  • Może działać jak tonik, bardzo dobrze odświeża i orzeźwia
  • Jest delikatny ale skuteczny, co widać na poniższych zdjęciach:

W zasadzie już za pierwszym przemyciem płyn poradził sobie całkiem nieźle z kredką, cieniami i podkładem. Po drugim razie widać jedynie ślady po szmince (Kryolan jest bardzo trwały!) i żelowym linerze Essence, którego zmycie sprawia mi kłopot w zasadzie wszystkim - jedynie oleje czy oliwka dają mu radę. Nie używam wodoodpornego tuszu do rzęs, więc jeśli przyłożę nasączony płatek na kilkanaście sekund do powieki, płyn ładnie wszystko ściąga. Dobrze też radzi sobie z podkładem, co wnioskuję bo płatku. Ja jednak używam go jedynie do demakijażu oczu, pełen komfort czuję wtedy, gdy dokładnie umyję twarz żelem.

Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z tego micela, uważam, że obietnice producenta zostały spełnione. Nie zdetronizował mojego ulubieńca w tej kategorii, ale biorąc pod uwagę cenę (ok. 11zł/200ml) zasługuje na dużą pochwałę. Polecam. 

Więcej o produkcie na stronie http://oeparol.pl/
Kosmetyk otrzymałam od firmy do przetestowania. 

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Know How :) Komódka z Glossybox

Pod postem o moim mebelku zrobionym z pudełek Glossybox (KLIK) dostałam mnóstwo przemiłych komentarzy. Jestem zaskoczona i bardzo, bardzo Wam dziękuję! :*

Kilka z Was prosiło o więcej zdjęć i opis, jak to wszystko skleiłam w całość. Niestety nie robiłam zdjęć krok po kroku jak tworzyłam komódkę a nie chciałam też rozklejać całości więc rozebrałam je możliwie na czynniki pierwsze. Postaram się o w miarę jasny opis :)


Spód całej konstrukcji stanowi wieczko położone na płasko, logotypem do góry. Z dwóch kolejnych wieczek ostrym nożykiem wycięłam dłuższy bok. Na krótsze przykleiłam dwustronną taśmę i przymocowałam do naszego spodu tak, aby dłuższy bok, który pozostał stanowił tylną ściankę - dzięki temu wsunięte 'szufladki' będą miały oparcie i nie będą wypadać. Na górę nakleiłam ostatnie, czwarte wieczko, tym razem logotypem do dołu. Cała konstrukcja wyglądała tak:

1. zdjęcie z przodu 2. zdjęcie z boku 3. zdjęcie z tyłu + bok
Następnie wzięłam głębokie pudełka. Odmierzyłam środek, zrobiłam sporą dziurę, przez którą przeciągnęłam tasiemkę robiąc pętelkę. Następnie wzięłam guzik i włożyłam w dziurkę. Po stronie wewnętrznej tasiemkę przymocowałam do pętelki guzika i zrobiłam niewielki supełek. W tej sposób, chcąc otworzyć szufladę mogę pociągnąć za tasiemkę lub guzik i nic nie wypadnie.  Niestety nie posiadam zdjęć, mam nadzieję, że opis jest wystarczająco jasny :) Głębokie pudełka stanowiące moje szufladki powkładałam do 'stelaża' jedno na drugim. Niestety nie ma prowadnic - trzeba o tym pamiętać wysuwając najniższe pudełko - jeśli wyciągniemy je za daleko, dwa z góry spadną.



widok z tyłu
Miejsca klejenia i łączenia pudełek, szczególnie u góry, nie do końca mi się podobało więc postanowiłam zamaskować je różową tasiemką dołączoną do Glossyboxa (tak, też je chomikowałam ;)). Przykleiłam je także za pomocą dwustronnej taśmy (możecie oczywiście użyć też dobrego kleju).
Na górze przykleiłam kokardkę z pozostałości czarnej wstążki ze złotym dzyndzołkiem (stare guziki i tego typu zawieszki też zbieram - to są moje 'przydasie' ). Kokardka niestety bardzo spodobała się moim futeriałom i jak tylko się zorientują, że nie patrzę, testują wytrzymałość kleju swoimi zębami i pazurami :/ 


No i to tyle - tak prezentuje się całość:


Mój wierny pomocnik - psuciciel :)


Mam nadzieję, że pomogłam :)))

Ach, dodam jeszcze, że przepis dodałam ze specjalną dedykacją dla stri-lingi ;) :*
 

Ala

czwartek, 23 sierpnia 2012

DIY: szufladki z Glossyboxa :)

Od kilku miesięcy sterta różowych pudełeczek systematycznie rośnie, nie bardzo wiedziałam, co z nimi robić. Komódka na drobne kosmetyki to świetne rozwiązanie!

Do użycia swojego mebelka użyłam czterech pudełek, szerokiej taśmy dwustronnej, ostrego nożyka, kilku starych guzików, złotego dzyndzołka i tasiemki.

 

 



Dzięki temu, że oryginalne pudełka są bardzo solidne i trwałe, taka też jest cała konstrukcja. Upchnęłam tam sporo kosmetyków i wszystko świetnie się trzyma i działa - trzeba tylko uważać przy wysuwaniu dolnych szuflad, żeby całkiem ich nie wyjąć. Wszystko działa jak marzenie a własnoręcznie sklejona szafeczka daje dużo satysfakcji i radości :)

Macie inne pomysły na wykorzystanie różowych pudełek?
Ala

niedziela, 19 sierpnia 2012

Lakiery do paznokci - organizacja i przegląd

Ostatnio Aga z bloga http://nissiax83.blogspot.com/ pokazała swoją organizację lakierów do paznokci. Zainspirowało mnie to i kupiłam swoje kółka. Dziś więc moja kolekcja ulubionych lakierów.


Jak już pisałam, na moich paznokciach zwykle 'nuda'. Jestem zwolenniczką krótkich paznokci, pomalowanych na subtelne, naturalne i stonowane kolory. Skompletowałam sobie więc paletę, która nie wymaga ode mnie zbytnio kombinowania - pasuje do wszystkiego, bez względu na okazję czy porę roku. Najczęściej jednak najjaśniejszych kolorów używam latem, pasteli zimą i wiosną, zaś czerwieni, fioletów i brązów jesienią i zimą. Posiadam też kilka szalonych kolorów, ale nie czuję się w nich najlepiej, więc zostawiam je na sporadyczne okazje (ostatnio granatowym matem malowałam...guziki ;) 


Pełne kółko zdecydowanie najbardziej cieszy moje oko. Wśród tych lakierów mam naprawdę kilka ukochanych perełek.


1. ESSIE Topless&Barefoot- przepiękny kolor ale aplikacja doprowadza do szału (recenzja KLIK)
2. Golden Rose, seria Paris nr 118 - jak wyżej (recenzja KLIK)
3. Inglot, Matte 715 - na paznokciach niestety wygląda dość trupio, wymaga błyszczącego topa
4. Essie, Sugar Daddy 160 - Ulubiony! Aby uzyskać kolor wymaga kilku warstw
5. KIKO, seria french manicure nr 209 - bardzo dobry codzienniak
6. Golden Rose - niestety nie znam numeru, starł się z butelki, mój kolorystyczny faworyt tej firmy
7. Golden Rose, seria Paris nr 114 - rozbielona morela
8. Inglot, 166 - jeden z moich ulubionych lakierów Inglota, pół transparentny
9. Essie French Affair
10. Essence nr 72, Found my love- idealny na zimę
11. HEAN, Colour Obsession nr 488  (recenzja KLIK)
12. Vipera Jumpy, nr 173 (recenzja KLIK)
13. Barbra Colour Alike nr 18 Earth Rose
14. Essence You Rock! nr 04 Let me in pink (recenzja KLIK)
15. Barbra Colour Alike, nr 4 Coral Red
16. Golden Rose, seria Paris nr 79 (recenzja KLIK)
17. Golden Rose, seria Paris nr 64
18. Barbra Colour Alike, nr 20 Tan Nude
19. Barbra Colour Alike, nr 440
20. Mary Kay Lavish Sable (recenzja KLIK)

Tutaj z bliska (sorry za jakość zdjęć...)





Kolory na ostatnim zdjęciu nie są przeze mnie praktycznie w ogóle używane. Od święta sięgam jeszcze po matowy Hean i miętowy Golden Rose. Lubię kolory na paznokciach, bardzo podoba mi się fluo ale sama źle się z takim mani czuję. No ale mam, mam więc przedstawiam :) 

21. HEAN Colour Obsession Matt nr 492 - bardzo ciekawe wykończenie i kolor (recenzja KLIK)
22. Golden Rose, seria Paris nr 212 - niebieski na paznokciach? nieeee :) 
23. Pierre Rene Top Flex Longlasting nr 232 - fe-no-me-nal-ny pędzel!
24. Golden Rose, seria Paris nr 225 (recenzja KLIK)
25. Vipera, Creation Professional nr 40 (recenzja KLIK)
26. HEAN Colour Obsession Fluo nr 496 (recenzja KLIK)




Bardzo się cieszę z zakupu kółek. Koszt jest niewielki (ok. 2 zł/szt.) a taka forma systematyzuje zbiór i cieszy oko :) Polecam.

Ala

czwartek, 16 sierpnia 2012

Apart Natural cz.1


Dziś słowo o płynie do kąpieli, który otrzymałam do przetestowania. Ponieważ paczka była od serca i zawierała dużo produktów a ja nie posiadam wanny, płynami do kąpieli się podzieliłam. Dziś więc recenzja gościnna mojej siostry.

APART NATURAL - HIPOALERGICZNY PŁYN DO KĄPIELI, JEDWAB&NONI

Hipoalergiczny płyn do kąpieli zawiera naturalne prebiotyki, które odbudowują i wzmacniają korzystną dla człowieka florę bakteryjną. Wspomaga ona ochronę skórę przed chorobotwórczymi mikroorganizmami, podrażnieniami, starzeniem oraz utratą wilgoci.

Więcej o prebiotykach możecie przeczytać TUTAJ
Link do KWC: KLIK
 
Butelka zawiera aż 750 ml produktu, więc jest duża i ciężka. Niestety przez to jest bardzo nieporęczna - często wyślizguje się, wypada i z impetem uderza o wannę :/ Kształt jest trudny do utrzymania w dłoni, zwłaszcza mokrej. Ogólny design niezbyt zachęca do kupna - niby ma ładny, pudrowy kolor, jest utrzymany w prostej stylistyce ale na półce wśród innych kosmetyków tego typu nie przyciągnąłby mojej uwagi. Na plus można zaliczyć solidne wykonanie - zatrzask działa bez zarzutu - oraz lekka przezroczystość butli, dzięki czemu można kontrolować zużycie.
 
Kolor jest biały, pół transparentny. Zapach jest dość neutralny i nienachalny. Nie utrzymuje się na skórze po kąpieli, co dla mnie jest zaletą.

 

Konsystencja jest dość specyficzna - lekka ale jednocześnie ciągnąca, nieco... śluzowata. Przypomina mi coś pomiędzy żelem i kremem. Rewelacyjnie się pieni. 


Działanie typowe dla tego typu produktów, trudno tu cokolwiek napisać odkrywczego :) Skóra jest dobrze oczyszczona, miła w dotyku i nawilżona. Nie wysusza, nie powoduje ściągania, nie podrażnia. Robi wielką pianę :)

Wydajność jest dużym plusem tego produktu - wystarcza na bardzo, bardzo długo przy czteroosobowej rodzinie, z czego jedna wyjątkowo pluska się jak kaczka ;)  Biorąc pod uwagę niewielką cenę w stosunku do pojemności, to duża zaleta.


Ja aktualnie używam mydła i żelu pod prysznic i muszę przyznać, że jestem z nich zadowolona. Niebawem napiszę więcej. 

Ala

środa, 15 sierpnia 2012

Demakijaż z Lirene

Wiele razy już wspominałam, że nie jestem wielką fanką dwufazowych preparatów do demakijażu (choćby TUTAJ). Kiedy trafił do mnie ten z Lirene wiedziałam, że nie będzie miał ze mną łatwo.





Byłabym niesprawiedliwa, gdyby napisała, że płyn jest kiepski. Ma wiele zalet jak na tego typu kosmetyk:
  • nie wyczuwam żadnego zapachu, co dla mnie jest plusem
  • nie podrażnia ani nie szczypie jeśli obejdziemy się z okiem delikatnie
  • nie ściąga ani nie wysusza skóry wokół oczu
  • dobry dla noszących szkła kontaktowe
  • całkiem nieźle radzi sobie z moim, niezbyt intensywnym, makijażem - jest z pewnością lepszy od stosowanych wcześniej przeze mnie: nieszczęsnej Ziai czy Yves Rocher
  • tani i wydajny
  • warstwy łatwo i dobrze się ze sobą mieszają ale zużywają dość nierówno

Ogólnie, po zużyciu widocznym na zdjęciu, mogę powiedzieć, że jak na dwufazy ten wypada dość dobrze. Nie zmienia to faktu, że nie kupię go ponownie, jestem w tym względzie wybredną marudą :) Do szału doprowadza mnie wylewanie się zbyt dużej ilości płynu wszędzie, tylko nie na wacik. Beznadziejnie się go aplikuje, to samo było z Ziają. Poza tym zostawia bardzo nieprzyjemną, tłustą warstwę, którą mam potrzebę szybko zmyć. Bardzo tego nie lubię w tego typu płynach do demakijażu więc nie widzę powodu, żeby się z nim dalej męczyć. Pozostaję przy micelach, które bardziej mi odpowiadają.

czwartek, 9 sierpnia 2012

St.Ives vs Soraya czyli słowo o morelowych peelingach

Peeling morelowy St.Ives jest już kosmetykiem kultowym i niestety wycofanym. Ja akurat napaliłam się na niego w momencie, kiedy znikał z półek i nie udało mi się już go kupić w polskich drogeriach. Wiele wówczas krążyło opinii, że Soraya posiada jego zamiennik. Kupiłam go ale kiedy w Stanach zobaczyłam St.Ives za coś blisko 3 dolców, bez zastanowienia wrzuciłam do koszyka. Dziś recenzja porównawcza: SORAYA vs ST.IVES


Na temat tych produktów nie będę się zbytnio rozpisywać, z łatwością znajdziecie informacje w sieci (www.soraya.pl, KWC: KLIK).



Różnica w składzie: 

Skład Soraya: Aqua, Juglans Regia (Walnut) Shell Powder, Glyceryl Stearate SE, Glycerin, Polyethylene, Sodium Laureth Sulfate, Salicylic Acid, Cetyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, PEG-100 Stearate, Triethanoloamine, Polysorbate 60, Cocamidopropyl Betaine, Cetyl Acetate, Acetylated Lanolin Alcohol, Titanium Dioxide, Prunus Armeniaca (Apricot) Fruit Extract, Salix Alba (Willow) Bark Extract, Sorbitol, Propylene Glycol, Carbomer, DMDM Hydantoin, Methylaparaben, Propylparaben, Parfum, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Benzyl Salicylate, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, Hexyl Cinnamal, Hydroxycitronellal, Isoeugenol, Limonene, Linalool

Skład St.Ives: Aqua, Juglans Regia (Walnut) Shell Powder, Glyceryl Stearate SE, Propylene Glycol, Sodium Laureth Sulfate, Zea Mays (Corn) Kernel Meal, Cocamidopropyl Betaine, Cetearyl Alcohol, Triethanolamine, Cetyl Alcohol, PEG-100 Stearate, Glyceryl Stearate, Cetyl Acetate, Ceteareth-20, Titanium Dioxide, Polysorbate 60, Carbomer,, Acetylated Lanolin Alcohol, Fragrance (Parfum), Phenethyl Alcohol, Limonene, PPG-2 Methyl Ether, Linalool, Methylisothiazolinone, Glycerin, Prunus Armeniaca (Apricot) Fruit Extract.

CECHY WSPÓLNE: 

  • porządne zdzieraki, zawierają duże, ostre drobiny, które się nie rozpuszczają - nie widzę różnicy między nimi. Moim zdaniem nadają się dla 'gruboskórnych', z mocno trądzikową, naczynkową lub wrażliwą cerą bym nie zaryzykowała 
  • ze względu na wielkość i ostrość drobin, może podrażniać - przy mocniejszym 'tarciu' moja skóra jest lekko zaczerwieniona, lepiej obchodzić się z nim delikatnie
  • masują, peelingują, złuszczają - skóra pozostaje wyraźnie oczyszczona i gładka
  • nie wysuszają, nie ściągają skóry, nie pozostawiają żadnego dyskomfortu - sama świeżość :)
  • mieszczą się w dużych, miękkich tubach - łatwo wydobyć kosmetyk 
  • są bardzo wydajne!
  • nie zauważyłam rozjaśnienia ani spektakularnej poprawy kondycji skóry - zaskórniki nadal są ale ja się nie napalałam, że znikną całkowicie - oczekiwałam peelingu i to zadanie oba spełniają równie dobrze


Podsumowując, jeśli oczekujecie odświeżenia skóry, usunięcia martwego naskórka, przygotowania cery pod dalsze zabiegi to oba peelingi sprawdzają się bardzo dobrze i nie widzę większych różnic w ich działaniu. Z powodzeniem Soraya może zastąpić St. Ives. Czemu więc chętniej sięgam po ten drugi i jakie są między nimi różnice?
  • zmywanie drobin może być kłopotliwe, szczególnie tam, gdzie rosną włosy: na linii czoła i skroni, brwi oraz w załamaniach skóry typu skrzydełka nosa. Drobinki migrują i trzeba poświęcić trochę czasu, żeby peelingów się pozbyć. Mam wrażenie, że St.Ives zmywa się odrobinkę lepiej ale drobinki też potrafią przedostać się do oka co jest naprawdę bardzo mało komfortowe
  • nie spływają, są gęste jak pasta więc łatwo je rozsmarować na skórze. Soraya ma dużo mniejszy otworek i dużo rzadszą konsystencję, osobiście wolę St.Ives, który jest bardziej zbity
  • zapach dla mnie nie przypomina moreli, jest chemiczny i średnio przyjemny. Oba są bardzo podobne, wydaje mi się, że Soraya pachnie bardziej sztucznie, intensywnie ale możliwe, że doszukuję się różnic na siłę :)
Nie ma co rozpaczać nad niedostępnością St.Ives - Soraya godnie go zastępuje. Początkowo miałam wrażenie, że St. Ives jest lepszy ale podejrzewam, że zadziałała po prostu magia zakupów w Ameryce :D Jestem pod tym względem naiwna do bólu - wszystko co nieznane, niedostępne w Polsce zyskuje na atrakcyjności i podbija moją chęć posiadania. Durna baba ;)

Znacie oba? Jak porównanie wypada u Was?

Ala

środa, 8 sierpnia 2012

UWAGA - tylko dla czytelników o mocnych nerwach! :)

Dziś dzień dostarczenia Glossyboxów, więc na blogach wysyp postów o jednakowej tematyce. Jeśli więc jesteście czytelnikami o słabszych nerwach i nie interesuje Was różowość pudełka, zapraszam jutro :) Dla wytrwałych prezentacja sierpniowej zawartości i recenzje czerwcowo-lipcowe.



Zauważyłam, że moje zadowolenie z zawartości Glossypudełek układa się sinusoidalnie - jednego miesiąca jest super, kolejne zawodzi. W trakcie używania kosmetyków wszystko się weryfikuje jednak tym razem spodziewałam się edycji słabszej. Tymczasem... jestem bardzo zadowolona :)  



W pudełku znalazłam: 
  • Charmine Rose, kokosowy peeling do ciała - testuję aktualnie trzy, będzie musiał zaczekać na swoją kolejkę
  • Clarena, krem do biustu z efektem Push Up - no błagam :) Nie wierzę w jego działanie no ale zobaczymy, dam mu szansę
  • Clinique, krem pod oczy All About Eyes - w zeszłym miesiącu też bym krem pod oczy więc i ten zaczeka aż wykończę zapasy
  • L'Occitane, żel pod prysznic z ekstraktem z werbeny - w zeszłym miesiącu też był żel, ale ponieważ jak dotąd próbki tej marki podobały mi się na tyle, że kupiłam pelnowymiarowe opakowania, przetestuję z ciekawością
  • L'Occitane, mydło z kawałkami liści werbeny - po ostatnim paskudnym mydle z boxa jestem nastawiona bojowo, zobaczymy...
  • Schwarzkopf Professional, szampon BC Oil Miracle olejkiem arganowym - trochę wbrem mojej pielęgnacji włosów więc nie wiem jak skończy
  • Kryolan, szminka - petarda! Na taki kolor się czaiłam, znając jakość tych szminek będę bardzo zadowolona
Najbardziej ucieszył mnie krem pod oczy i szminka, reszta mnie nie zawiodła za specjalnie więc ogólnie entuzjazm trwa :)


Postanowiłam też krótko napisać Wam kilka słów o dwóch poprzednich pudełkach. 


Pudełko CZERWCOWE spodobało mi się najmniej ze wszystkich jak dotąd otrzymanych i w zasadzie zdania nie zmieniłam. Przetestowałam wszystko poza kremem Clarena, który poleciał do mojej Mamy - jest bardziej w targecie. I tak:
  • Toni&Guy, spray do włosów ala sól morska - ja bym go opisała raczej jako klej do włosów; coś paskudnego. Skleja włosy, okropnie je wysusza i daje super nieestetyczny wygląd. Używam go sporadycznie jak chcę upiąć włosy - dzięki niemu są sklejone i nie wysuwają mi się ze spinek, czyli działa na zasadzie lakieru. Ciężko go wyczesać. Moim zdaniem BUBEL, którego nikomu nie polecam
  • Tso Moriri, organiczne mydło kibica - może nie powinnam się tym chwalić ale niespecjalny ze mnie kibic. Jednak mydło jak mydło, przydaje się też tym niezainteresowanym sportem. Dałam mu szansę, choć nos wołał o litość. Szybko przestałam z nim walczyć i wyrzuciłam. Mydło było nieporęczne, nie zauważyłam, żeby pielęgnowało skórę, za to na spodku wyglądało... delikatnie mówiąc mało estetycznie. Serduszka zaczęły się rozpuszczać i tworzyły coś na kształt... śluzu. Miałam opory, żeby brać je do rąk. Zraziłam się, niestety. BUBEL, nie polecam...
  • Aire Loewe, perfumy - nigdy nie kryłam specjalne, że nie umiem opisywać zapachów. Odsyłam więc do Diggerowej, która jest w tym niekwestionowanym mistrzuniem i akurat dziś o nim napisała KLIK. Zapach początkowo mi się nawet spodobał, ale jest bardzo nietrwały. Z tego powodu nie budzi mojego większego zainteresowania
  • BM Beauty, sypki róż mineralny - jestem tak przyzwyczajona do wersji prasowanej, że ta sypka jakoś do mnie nie przemawia. Opakowanie jest maciupkie, co utrudnia aplikację. Maluję się zwykle rano i brakuje mi czasu, żeby się z nim cackać. Kolor jest całkiem niezły, wygląda świeżo i lekko ale wydobycie go pędzelkiem z tego tyci-słoiczka jest męczące. Może przesypię i dam mu drugą szansę, póki co nie urywa
  • Yves Rocher, tusz do rzęs - największe zaskoczenie boxa! Nie przepadam za specjalnie za tą marką, niczym mnie nie kusi więc i po tuszu nie spodziewałam się niczego dobrego. Tymczasem... jest świetny! Mimo sporej szczoty rozczesuje rzęsy, nie skleja ich. Daje rewelacyjny efekt i choć nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to powiem - pewnie kupię pełnowymiarowe opakowanie! Zrobię jego osobną recenzję, żeby pokazać Wam jak świetnie wyglądają z nim rzęsy :) POLECAM! 
W sumie żałuję, że wyrzuciłam lub oddałam, nawet nie pamiętam, kupon bo wykorzystałabym go właśnie na zakup tuszu :) 
 
Pudełko LIPCOWE wzbudziło mój entuzjazm, który w sumie dość szybko minął :)
 

  • Uber Hair, maska do włosów - urzekła mnie zapachem... tylko. Spektakularnych efektów na włosach niet :(
  • Lierac, żel pod prysznic - gęsty, ładnie pachnący, myjący - w sumie nie wiem jak taki produkt można ocenić :) Żel jak żel, nie wydałabym na kosmetyk do mycia takich pieniędzy - 44 złote
  • Siquens, krem pod oczy - ponieważ jest to produkt pełnowymiarowy, zrobię osobną recenzję - po próbkach trudno obiektywnie ocenić kosmetyk a tu mam możliwość dobrze poznać jego działanie
  • Becca, cienie do powiek - WOW! Trafił mi się świetny kolor, którego używam codziennie. Świetna jakość - nie osypują się, nie blakną, nie rolują. Zrobię osobną recenzję z makijażem, bo ten produkt warto pokazać z bliska
  • Alessandro, lakier wybielający - użyłam go kilka razy i za każdym razem po kilku godzinach odpadał mi płatami z końcówek paznokci. O co chodzi nie wiem, ale czuję się trochę rozczarowana. Z tego powodu nie nadaje się pod lakier - ktoś też tak z nim ma?!
  • Kupon - nawet nie wiem jaki - od razu wyrzuciłam. Nie znoszę akcji typu: kup za 500 zł, zostaniesz rabat 50 zł. Nie zachęca mnie to do zakupów, wręcz przeciwnie. 

I ot, tyle. Wytrwałym gratuluje - do następnego pudełka, muahahaha ;)))

Szczęśliwa 500


Glossybox nie zając, nie ucieknie :) Bardziej chcę się z Wami podzielić moją dzisiejszą radością: 


500 OBSERWATORÓW! DZIĘKUJĘ ŻE JESTEŚCIE! :*


wtorek, 7 sierpnia 2012

Sesja z Anią

Pamiętacie post z zapowiedzią, o ten? KLIK.  Nie ma co się rozpisywać, piękna modelka, przyjazna i sympatyczna atmosfera pracy i oto efekty :)




Zdjęcia zrobione na potrzeby sklepu http://conceptshop.pl/. 

Postaram się bardziej rozkręcić makijażowo i pokazywać więcej, czuję niedosyt! :)

Buziole
A.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Nie taki bloger straszny czyli słowo o współpracach

Dziś dzielę się z Wami ciekawą infografiką, jaką przygotowała Agencja Reklamowa Hey You! na temat współpracy z blogerami. Do pozyskania informacji wybrano dziesięć najbardziej wpływowych w tym roku wideoblogerek recenzujących kosmetyki. Więcej informacji znajdziecie tutaj.

Pinned Image


Otrzymuję od firm różne propozycje, niektóre tak absurdalne, że aż czasem nie wiem jak odpisać :) Nie interesują mnie płyny do gardła, kapsułki na porost włosów, śmieszne prowizje od kliknięć w baner czy organizowanie sponsorowanych spotkań, podczas których będziemy musiały udawać stare psiapsiułeczki i z miną nieskalaną intelektem będziemy wąchały podarowane za darmo kosmetyki, robiąc pierdyliard pozowanych zdjęć. Wiem, że są blogerki, które zakładają blogi dla rozdań i współpracy, biorą wszystko jak leci, bez względu na warunki i nie mają skrupułów przed pisaniem wyłącznie pozytywnych recenzji po kilku użyciach kosmetyku ale nie powinno to budować ogólnego wizerunku nieświadomych blogerek, które dla kilku darmowych kosmetyków zrobią ze swojej strony platformę reklamową. Nie neguję współpracowania z firmami ale jestem za wzajemnym szacunkiem i rozsądkiem.

Co o tym myślicie? Co Was denerwuje we współpracach? Bardzo bym chciała poznać Wasze doświadczenia i opinie na ten temat. 
Ala


środa, 1 sierpnia 2012

Ava Acne Control

Firma Ava, o której produktach pisałam już na blogu, rozszerzyła wiosną swoją ofertę o linię Acne Control przeznaczoną dla cery tłustej i trądzikowej.Chociaż ja się z taką nie zmagam, przetestowałam dwa produkty i dziś o jednym z nich: antybakteryjnym kremie punktowym.

Mimo, że jako takich problemów z cerą nie posiadam, raz na jakiś czas przyczepia się do mnie - nazwijmy to wprost - pryszcz :) Żaden nieprzyjaciel, krostka czy inne pieszczotliwe określenia - po prostu paskudny pryszcz. Dlatego też w mojej łazience, w zastępstwie produktu o podobnym działaniu, znalazł się ten krem.
 

OD PRODUCENTA: Polecany do miejscowego stosowania na zmiany trądzikowe (zaskórniki, krosty, wypryski). Naturalne olejki eteryczne z drzewa herbacianego, lawendy i trawy cytrynowej o właściwościach antybakteryjnych normalizują pracę gruczołów łojowych. Krem skutecznie redukuje wydzielanie sebum, odblokowuje i oczyszcza pory oraz wygładza skórę. Nie powoduje niekorzystnych efektów ubocznych w postaci przesuszenia skóry. Alcohol & paraben & SLS/SLES free

Skład: Aqua, Hydroxyethyl Acrylate, Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 60, Glycerin, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Dehydroacetate, Panthenol, Allantoin, Lavandula Officinalis Oil, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Oil, Cymbopogon Schoenanthus (Lemongrass) Oil, Xanthan Gum

Nie do końca rozumiem, jak krem do stosowania punktowego może redukować wydzielanie sebum, oczyszczać i obloklowywać pory i wygładzać skórę? I co niby miałby robić w kosmetyku o takim zastosowaniu SLS/SLES, które są detergentami i ich zadaniem jest mycie? Rozumiem, że ostatnio częste jest umieszczanie napisów na kosmetykach 'bez parabenów i SLS' ale co ma piernik do wiatraka? Nie oceniam więc produktu przez pryzmat obietnic podanych na opakowaniu. Oczekiwałam od niego, że w przypadku pojawienia się pryszcza pomoże mi się go w miarę szybko zasuszyć i pozbyć i tu nie mam mu nic do zarzucenia.

Krem jest w zasadzie bezbarwnym żelem. Miękka tubka, zamknięta dodatkowo w bardzo estetycznym kartoniku, zawiera 15 ml produktu. Termin, w jakim należy go zużyć wynosi dwa miesiące. Uważam, że to bardzo krótko. Mając pojedyncze wypryski, nie dałam rady w tym czasie zużyć nawet połowy, stosując go według zaleceń - punktowo. Tego typu produkty są zawsze bardzo wydajne i waham się - zużywać mimo upływu terminu czy wyrzucić?
 

Nakładając go punktowo w niewielkiej ilości w zasadzie nie wyczuwam zapachu a szkoda - zaaplikowałam sobie większą kroplę na dłoń i zapach jest obłędny - wyraźnie wyczuwam w nim lawendę i trawę cytrynową. 
 
Jeśli chodzi o działanie, sądzę, że sprawuje się przyzwoicie - pomaga zasuszyć i zagoić wypryski i stany zapalne i jeśli nie będziemy przy tym gmerać, krem całkiem szybko pozbędzie się kłopotu. Jest delikatny, nie wysusza skóry i nie podrażnia - nie powoduje ostrego pieczenia. Nie jest to magik, który w jedną noc sprawi, że wszystko zniknie ale u siebie widziałam poprawę więc uznaję, że jest skuteczny. Wchłania się szybko ale nie wiem jak sprawdziłby się pod makijaż, używałam go jedynie wieczorem. Trudno jest mi ocenić jak poradziłby sobie z cerą problematyczną, typowo trądzikową ale myślę, że w nagłych przypadkach warto mieć go pod ręką.


Więcej o serii przeczytać możecie na stronie Labolatorium Ava

Ala
UA-49610063-1