poniedziałek, 30 lipca 2012

Obowiązkowo na lato - hydrolat

Pierwsze skojarzenie na hasło: Biochemia Urody było - hydrolat oczarowy :) Naczytałam się, nasłuchałam recenzji więc kiedy składałam swoje pierwsze zamówienie, nie mogło go zabraknąć w koszyku.


To bardzo dobrze wydane 17,90 zł :) Używam go codziennie

  • do peelingów, maseczek z glinek, gdzie trzeba wymieszać proszek z wodą
  • zamiast toniku, do odświeżenia skóry po oczyszczeniu i przed nałożeniem kremu 
  • do obudzenia buzi rano
  • do odświeżenia w czasie upałów- działa fenomenalnie
  • w przypadku podrażnień po opalaniu lub goleniu
  • do kremów o bardziej topornej konsystencji aby ułatwić aplikację i wchłanianie

Oczar wirginijski, z którego zrobiony jest hydrolat znany jest jednak z wielu innych, cennych właściwości, których ja jednak nie przetestowałam. Można zrobić z niego kojący i łagodzący okład w przypadku oparzeń, skaleczeń, ukąszeń czy innych uszkodzeń skóry (działa przeciwzapalnie), można stosować na opuchnięte okolice oczu w postaci kompresu, do rozcieńczania szamponów by wygładzić i odżywić włosy i skórę głowy lub jako wcierka - jest pomocny przy łupieżu i podrażnieniach. Więcej znajdziecie TUTAJ lub na stronie Biochemii Urody

źródło: http://www.drzewapolski.pl/Drzewa/Oczar/Oczar.html

Jestem bardzo zadowolona i polecam każdemu. Jest delikatny ale skuteczny - bardzo szybko przynosi ulgę i uczucie świeżości. Skóra jest uspokojona, nawilżona, gładka. Nie wrócę już do klasycznych toników bo ten produkt ma szersze zastosowanie i działa zdecydowanie lepiej. Myślę, że nadaje się do każdego rodzaju skóry - zarówno wrażliwej, normalnej jak i wymagającej szczególnej pielęgnacji. Lubi go też pewien osobnik o wybitnie suchej skórze ;)

Hydrolat sprzedawany jest w buteleczce z 'dziurką' jednak dużo lepiej mi się z niego korzysta, gdy przykręciłam do niego atomizer z odżywki do włosów. Wacik już nie kradnie mi produktu, spryskuję nim bezpośrednio skórę i pozostawiam do wyschnięcia, podobnie jak wodę termalną. Część hydrolatu przelałam do malutkiej butelki z atomizerem, którą można znaleźć w zestawach podróżnych - idealnie sprawdza się na wyjazdach. Pachnie przepięknie, używanie go to czysta przyjemność więc nie wiem czy wypróbuję też inne hydrolaty. Ten sprawdził się idealnie. POLECAM!




środa, 25 lipca 2012

Pielęgnacja włosów - kosmetyki L'biotica

Dziś kilka słów o pielęgnacji włosów, a w zasadzie moje trzy grosze o kosmetykach firmy L'biotica. Stosowałam powszechnie znane maski, dwufazową odżywkę bez spłukiwania a także serum wzmacniające i jedwab. Uczucia mam mocno mieszane, ale po kolei...


MASECZKA INTENSYWNIE REGENERUJĄCA, od której zaczęłam moją przygodę z tymi kosmetykami zrobiła na mnie dobre wrażenie. Włosy były miękkie, sypkie, gładkie, błyszczące, łatwo się rozczesywały i chyba rzeczywiście mniej wypadały. Do tego była bardzo wygodna w użyciu i wydajna, plus też za dołączony czepek i serum wzmacniające. Z intensywną regeneracją bym nie przesadzała, nie zauważyłam, żeby w szczególny sposób poprawiła kondycję moich włosów.
 
Kolejnym zakupem była MASECZKA Z PROTEINAMI MLECZNYMI, która ma bardzo pozytywne oceny a mi zupełnie nie przypadła do gustu. Miałam wrażenie, że kompletnie nie działa na moje włosy poza tym, że były trudne do rozczesania. Próbowałam na nią różnych sposobów jednak bez efektu. Ostatecznie zużyłam ją łącząc z żółtkiem, olejkami i miodem i tu nawet dała radę. Niestety od masek oczekuję wyraźnego działania, tu nie odnotowałam go w ogóle. Później wróciłam do wersji brązowo-zielonej ale mimo wszystko nie do końca podzielam zachwyty tymi produktami. Na moich włosach sprawdziły się dość przeciętnie, szczególnie wersja niebieska.




Działanie masek chciałam wzmocnić ODŻYWKA BEZ SPŁUKIWANIA, których kiedyś używałam namiętnie aby rozczesać włosy (to za czasów, gdy nie miałam TT i grzebienia z TBS). Kupiłam więc dwufazową do włosów farbowanych. BUBEL! Butelka miała bardzo kiepski aplikator, który nie dawał mgiełki tylko strumienie. Odżywka nie pomagała rozczesać włosów, wręcz przeciwnie. Sklejała je, były sztywne, wysuszone i tępe w dotyku mimo, że bardzo uważałam z ilością. Do tego gwarantowała efekt obciążenia i nieświeżej czupryny tuż po umyciu.Nie zauważyłam, żeby jakkolwiek wpływała na kolor. To zdecydowanie jeden z najgorszych produktów do włosów, z jakim miałam do czynienia.

 

Bardzo za to lubię SERUM WZMACNIAJĄCE A+E. Zużyłam już wszystkie próbko-saszetki i kilka małych opakowań. Serum zabezpieczam jedynie końce włosów, bo jednak silikon trochę mnie odstrasza :) W zasadzie wszystko mi się tu podoba: małe, poręczne opakowanie, pompka, która dozuje odpowiednią ilość preparatu no i działanie! Moje włosy bardzo je lubią, końcówki nie rozdwajają się, są sypkie i przyjemne w dotyku. W dwupaku sprzedawany jest też jedwab i choć nie potrafię wskazać różnic między nimi, serum zdecydowanie bardziej lubię - nie wiem czemu :) Ze wszystkich produktów L'biotica tylko jemu pozostaję wierna, reszta mnie nie przekonała. 


Nadal sporą uwagę przywiązuję do pielęgnacji włosów - olejuję je Sesą, myję emulsją Babydream, odżywiam Isaną z babassu i ten zestaw najlepiej się u mnie sprawdza. Czupryna jest błyszcząca i widać zdecydowaną poprawę w kondycji. Biovax się jednak do tego nie przysłużył. 

P.S. Na blogu TheBlondHairCare znajdziecie REWELACYJNĄ! notatkę ze składem i analizą każdej z maseczek! KLIK Jestem pod wrażeniem pracy, jaka została włożona w napisanie tej notatki i często do niej wracam. Bardzo polecam, świetna lektura! 

wtorek, 24 lipca 2012

Baza KOBO - edycja recenzji

W styczniu pisałam recenzję bazy do powiek Kobo Professional (KLIK). Dziś krótka edycja.



Pisząc recenzję w styczniu byłam z tej bazy najprawdę bardzo zadowolona, choć dostrzegałam kilka jej wad. Dziś zużyłam ponad połowę zakupionego wówczas drugiego słoiczka i mam wrażenie, że to całkiem inny produkt!
  • nadruku na pojemniczku nie ma już w ogóle, została jedynie mocno sfatygowana naklejka pod spodem - osobiście mnie to ani ziębi ani grzeje ale wygląda mało estetycznie i trochę wstyd jak mi ktoś czasem grzebie w kuferku
  • wieczko ponownie pękło i to zaraz na początku użytkowania. Znów, jak za pierwszym razem ani nie upuściłam opakowania ani nie uderzyłam - stało się to przy próbie zakręcenia, dokładnie w ten sam sposób, w tym samym miejscu. Mam wiele kosmetyków w tego typu słoiczkach i wcześniej nic podobnego mi się nie zdarzało więc diagnozuję to gówniany plastik i tyle
  • przez pęknięcie w wieczku nie ma możliwości o szczelnym zamknięciu - powietrze dostaje się cały czas więc baza szybko wysycha i twardnieje - po jej aksamitnej konsystencji nie ma śladu 
  • pisałam, że pierwsze opakowanie nie da się zamknąć, drugie już wydawało mi się w porządku - miałam rację - wydawało mi się... Rowki wieczka szybko się wyrobiły i znów mam problem, żeby bazę szczelnie dokręcić a więc jest to wada fabryczna nie tylko tej jednej partii ale wszystkich baz tej marki
  • jak już wspominałam, noszę zawsze krótko obcięte paznokcie więc wydobycie bazy ze słoika, choć może nie jest ultrahigieniczne, nie stanowiło dla mnie większego problemu; mimo to kolejna baza, jaką zakupię, będzie w tubce albo z aplikatorem bo z czasem zaczęło mnie to dłubanie denerwować
  • kolejne partie także są produkowane bez plasterka zabezpieczającego, który jest już standardem we wszystkich niemal kosmetykach - tu go brakuje i choć jesteśmy w stanie ocenić czy ktoś wcześniej bazę macał po śladach, to nie wiemy czy nie była przypadkiem wcześniej otwierana i kiedy


Głównym powodem, dla którego postanowiłam edytować recenzję jest fakt, że produkt przestał działać! Nie wiem czy to kwestia gmerania w składzie, zmian czy produkcji czy mojej wcześniejszej pomroczności ale jak słowo daję - kiedyś baza trzymała makijaż na miejscu cały dzień, dziś przestała spełniać swoją funkcję. Poprzednim razem mogłam zrobić makijaż rano, po pracy iść na siłownię i wciąż wyglądałam bardzo przyzwoicie. Podobnie z całonocną imprezą w dusznym klubie z dzikimi tańcami - po powrocie do domu makijaż wyglądał jakbym go chwilkę wcześniej zrobiła. Tymczasem, mimo stosowania bazy dokładnie tak samo jak wcześniej, kreski odbijają mi się na powiekach, cienie zlewają i po kilku godzinach tworzą burą plamę, zwałkowaną w załamaniach. 

Nie mam pojęcia skąd taka różnica. Możliwe, że powietrze, które dostaje się do produktu wpływa na jego działanie, może producent coś zmienił na poziomie produkcji albo moja skóra się zmieniła i już jej ta baza nie odpowiada. W każdym razie nie kupię jej ponownie mimo niskiej ceny, choć to ponoć produkt 'profeszonal'.

Jak myślicie co może być tego przyczyną? Macie jakieś doświadczenia? 
I na koniec jeszcze wielka, wielka prośba - polećcie mi proszę jakąś porządną, sprawdzoną bazę pod cienie - najlepiej bez słoiczka, niekoniecznie drogeryjną. 

Ala

poniedziałek, 23 lipca 2012

Dwa oblicza :)

Choć cykl wakacyjnych opowieści obiecałam zakończyć na Turcji, jeszcze jeden bonus.


Zdjęcie po lewej stronie zrobione zostało podczas wieczoru 'formalnego' na statku, kiedy wymagane były eleganckie stroje. Drugie zrobiliśmy w Wenecji - ochrona głowy przed słońcem najważniejsza! Która wersja lepsza?:D

Ala

sobota, 21 lipca 2012

Powakacyjnie - TURCJA

Turcja była krajem, który najmniej mi się spodobał z całego rejsu i wiem, że jedna wizyta mi wystarczy, by ochłodzić entuzjazm i chęć podróżowania w tamte rejony. W Turcji odwiedziliśmy dwa miejsca: ISTAMBUŁ i KUSADASI. Z pierwszym miastem wiązałam szczególnie duże nadzieje, bo spotkałam się z bardzo pozytywnymi opiniami. No...oszukali mnie :) 

Istambuł jest olbrzymi, gwarny, trochę azjatycki, trochę europejski i nieco pogrążony w chaosie :) Znaki drogowe i światła to tylko sugestia więc jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy wypożyczyć tam samochód, dobrze się ubezpieczcie :) Spore wrażenie zrobił na mnie Wielki Bazar, gdzie handluje się dosłownie wszystkim, wszelką tandetą, oryginalnymi podróbkami, słodyczami, przyprawami, dywanami, ciuchami i świecidełkami. Kupiłam jedynie magnesik i słodkości, później wyzbyłam się resztek empatii i przestałam się uśmiechać. Wyszliśmy totalnie wymęczeni psychicznie. Nieco się uspokoiliśmy w Błękitnym Meczecie, do którego można wejść bez gigantycznej kolejki i biletu wstępu (z tego powodu odpuściliśmy sobie Haga Sofię). Jeśli planujecie taką wycieczkę warto pamiętać, że należy mieć skarpetki na stopach, długie spodnie lub spódnicę i zakryte ramiona oraz głowę. Nie wiem, jak w takich upałach wytrzymują kobiety ubrane na czarno, którym wystają jedynie oczy... Wybraliśmy się na spacer po mieście, zobaczyliśmy ogrody sułtana, dokupiliśmy jeszcze więcej słodyczy (są obłędne!), wysłuchaliśmy wezwania muezzina do modlitwy stojąc w pobliżu minaretu i nieco rozczarowani wróciliśmy na statek. Spodziewałam się chyba, że Istambuł jest mniej europejski, tymczasem częściej widywaliśmy Mc'Donaldsy i Starbucksy niż orientalne symbole. Poza tym, nie wiem dlaczego, czułam się dziwnie spięta i mało bezpieczna, może przez wieczne zaczepki. 






Kusadasi (czyt. Kuszadasy) to jeszcze większe rozczarowanie. Część turystów ze statku udała się do Efezu, my postanowiliśmy zobaczyć miasto i życie jego mieszkańców. Okazało się, że jak my byliśmy zainteresowani nimi, jak samo oni byli zainteresowani nami. A raczej sprzedaniu nam czegokolwiek, więc zamiast ich prawdziwego życia zapoznaliśmy się ze wszelkimi technikami sprzedaży i manipulacji. Wcisnęli tam jedynie słodycze - a jak się okazało w domu, pudełko do połowy wypełnione słodyczami, do połowy tekturą :| Poza tym było to najbrudniejsze miejsce jakie widzieliśmy, odechciało nam się kąpieli w morzu, plażowania, spacerowania, wszystkiego :) Nie za bardzo było nawet co fotografować, bo ile można mieć zdjęć palm :)
 
Jestem bardzo otwarta na ludzi, kultury, nowe doświadczenia, smaki i wiecie, że kocham podróżować. Jednak Turcja była największym rozczarowaniem. Cieszę sie, że miałam okazję ją zobaczyć ale nie czuję się zachęcona do ponownych odwiedzin. 

Na koniec jeszcze mały bonusik - zdjęcie ze statku, na którym 4 lipca Amerykanie obchodzili swoje święto. Postarali się :)



To by było na tyle jeśli chodzi o moje wakacyjne opowieści. Kolejny urlop dopiero w połowie grudnia. Będzie daleko, upalnie i egzotycznie. Karaibsko :) Do tego czasu tryb oszczędzania i kumulowania sił :) 

Miło mi, że chciałyście przeżyć to ze mną jeszcze raz :) 

Ala


piątek, 20 lipca 2012

Powakacyjnie - GRECJA


Dziś kilka słów o Grecji, która mocno mnie zadziwiła. Z jednej strony wyspa MYKONOS, która mnie zafascynowała swoim urokiem, z drugiej ATENY, które ogromnie rozczarowały. Zacznę od przyjemniejszej części. 


Mykonos to przepiękna wyspa! Byłam oczarowana kontrastem między bielą zabudowań a wszystkimi odcienami błękitu. Było czysto, bardzo przyjaźnie i zupełnie inaczej niż w miejscach, które w Europie zwiedziłam do tej pory. Nikt nas nachalnie nie namawiał do zakupów, mogliśmy w spokoju zwiedzić wszyskie zaułki, zakamarki i kąty. Widzieliśmy małe kościółki, apetyczne restauracje, sklepiki z regionalnymi produktami oraz sztuką - obrazami, rzeźbami, ręcznie robioną biżuterią. Odnalazłam się w tym miejscu, zauroczyłam i z wielką ochotą wybiorę się jeszcze kiedyś na inne greckie wyspy. Wybaczcie ilość zdjęć ale trudno mi się było zdecydować :P









 

Ateny to zupełnie inna bajka! Do miasta dostaliśmy się z portu Pireus piętrowym autobusem z odkrytym 
dachem, więc mogliśmy przyjrzeć się miastu w drodze na Akropol. Największe wspomnienie to kurz, upał i brud, następnie wzgórze w remoncie, rusztowania, maszyny budowlane i morze...turystów. Do tego wałęsające się i śpiące w cieniu psy i bardzo przeciętne miasto. Mam wrażenie, że ostatnie zamieszki zostawiły dodatkowo swój ślad - wszędzie mnóstwo graffiti i ogólnie słaby krajobraz. Pozytywnie zaskoczył nas natomiast fakt, że studenci z Unii Europejskiej mogli na Akropol wejść bez biletu, mnie już to kosztowało kilkanaście eurasków. 





Podsumowując, jeśli Grecja to tylko wyspy! :)
A Wy macie swoje wspomnienia z Grecji?

Jutro zapraszam na ostatnią relację z Turcji i wracamy już do tematów makijażowo - kosmetycznych :)

Ala

_____________________________________
WYNIKI KONKURSU Z APART NATURAL - SPRAWDŹ CZY WYGRAŁAŚ - KLIK

Wyniki konkursu z Apart Natural








Bardzo Wam wszystkim dziękuję za udział w konkursie i odpowiedzi. Nie spodziewałam się, że będzie mi tak trudno wybrać zwycięzców i najchętniej do wszystkich z Was wysłałabym nagrody! Niestety zestawów mam tylko pięć ale obiecuję, że już niebawem będę mogła nagrodzić kolejne osoby w kolejnym rozdaniu. 

Ponieważ dość długo czekacie na wyniki, nie przedłużam. 
Zwycięzcami konkursu z Apart Natural są: 


One_LoVe
  calibra
 diggerowa
 Creativ Writing
 B. Surma

Kobitki, podeślijcie mi proszę adres do wysyłki. Jeśli kiedykolwiek będzie Wam dane stworzyć własny żel pod prysznic, pamiętajcie o mnie, chcę takie mieć! :) 

Gratuluję i jeszcze raz wszystkim dziękuję za odzew! 
Ala


 

czwartek, 19 lipca 2012

Powakacyjnie - WŁOCHY

Dziś długa relacja z Włoch, gdzie statek cumował aż cztery razy: w Livorno, Civitavecchia, Neapolu i Wenecji. Chociaż najbardziej we Włoszech chciałam zobaczyć Toskanię, w Livorno w ogóle nie zeszliśmy na ląd. Do Pizy czy Florencji musielibyśmy dojechać a potworny upał i zmęczenie mocno dały nam się we znaki więc leżąc przy basenie postanowiliśmy sobie, że do Toskanii jeszcze wrócimy, zdecydowanie na dłużej. To był klasyczny dzień lenia :)

Kolejnego dnia zeszliśmy na ląd w miasteczku Civitavecchia i po półtorej godziny jazdy pociągiem dotarliśmy do RZYMU. Przesiedliśmy się na metro (wszystko na jednym bilecie, super sprawa) i tuż po wyjściu ze stacji ukazało nam się Koloseum! To było dla mnie sporym zaskoczeniem, nie spodziewałam się tego w samym centrum miasta. Upał był trudny do opisania, dlatego pierwszą rzeczą jaką zrobiłam był zakup kapelusza (za połowę ceny wyjściowej - lubię to :)). Zdecydowaliśmy się na spacer po mieście własnymi ścieżkami - zobaczyliśmy Łuk Konstantyna Wielkiego, Schody Hiszpańskie, Fontannę di Trevi, Panteon, Plac Navona, Plac Wenecki oraz Forum Romanum. Zjedliśmy pysznego kokosa i upolowałam pierwsze kosmetyczne zdobycze w KIKO (możecie je zobaczyć TUTAJ). Miasto, mimo morderczego upału, bardzo przypadło mi do gustu i z chęcią tam wrócę. Było pięknie!



Kolejnym portem był Neapol, który dawał wiele możliwości - można było zostać w mieście lub wykupić wycieczkę i zobaczyć Wezuwiusza i Pompeje, Sorrento lub uroczą wyspę Capri. My znów poszliśmy własną ścieżką i wykupiliśmy krótki rejs na maleńką wysepkę PROCIDA. Uniknęliśmy w ten sposób tłumu turystów i mieliśmy okazję poobserwować prawdziwe włoskie życie. Nikt nas nie zaczepiał, nie wciskał chińskich pamiątek a w czasie sjesty mogliśmy w spokoju zwiedzić opustoszałe, urokliwe uliczki - taki odpoczynek lubimy najbardziej. Za niewielkie pieniądze wypożyczyliśmy skuter, ja dostałam różowy kask ;) i ruszyliśmy w zaułki porośnięte drzewami gęstymi od cytryn i pomarańczy! Po zjechaniu całej wyspy zrobiliśmy sobie przerwę na prawdziwą włoską pizzę i jeszcze jedną, krótką przejażdżkę. Widoki zapierały dech!



Byłam ciekawa tych miejsc, których nie udało nam się zobaczyć: Sorrento, Capri ale nie dało się tego ogarnąć w jeden dzień i jeszcze nic straconego :) Za to bardzo, bardzo się cieszę, że trafiliśmy na tę małą wysepkę i uważam, że to jeden z najbardziej udanych dni naszej podróży. A Wezuwiusza widzieliśmy ze statku - liczy się? :)  P.S. Zachody na morzu są nie do opisania...
 



WENECJA była ostatnim miejscem więc zrobiłam niezły przeskok, ale jak Włochy to Włochy :) Zanim przycumowaliśmy, płynęliśmy głównym kanałem, więc mogliśmy oglądać miasto z góry. Zwiedziliśmy je zarówno w ciągu dnia jak i wieczorem i za każdym razem mnie oczarowało. Przepiękne zabytki, wąskie uliczki, kanały z gondolami, wszechobecna muzyka, brak samochodów (!) i spójność architektury - to zapamiętam najbardziej. (Jeśli byłyście kiedykolwiek w Gdańsku to wiecie, jak okropnie wygląda na niewielkiej przestrzeni miks zabytków, nowoczesnych budynków ze szkła i stali, nowych budynków stylizowanych na stare i budownictwa z lat 70-tych :| ). W Wenecji zrobiłam kolejne zakupy w KIKO i zjadłam pyszne włoskie lody - wierzcie mi, ich 'kulki' to nie to samo co nasze, wyskrobywane z nabożnym skąpstwem i wycierane kilka razy o brzeg pojemnika ;) Dwóch 'kulek' nie byłam w stanie zjeść a jestem prawdziwym lodożercą. Kiepskie wrażenia? Weneckie maski 'made in China' :) Acha, i nie śmierdziało :))) 


Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i nie zasypałam zdjęciami. Na pocieszenie powiem, że jutro GRECJA i będzie więcej :) 

Które z miejsc przeze mnie opisanych przypadło Wam najbardziej do gustu?
Jakie miejsca we Włoszech lubicie najbardziej i polecacie na kolejną wizytę? 

Ściski, 
Ala

środa, 18 lipca 2012

Powakacyjnie - Monte Carlo

Jak rzekłam, tak czynię - dziś migawka z MONTE CARLO czyli drugiego dnia rejsu (pierwszy, Barcelonę, możecie zobaczyć TUTAJ).

Kolejny dzień upału, ale ponieważ to był dopiero początek, a my spragnieni lata, przejawialiśmy jeszcze entuzjazm :-) Monte Carlo to najdroższe miejsce, jakie odwiedziłam w swoim życiu! Kiedy znajomi ostrzegali nas, braliśmy to za żart ale szybko przestało nam być do śmiechu ;-) Luksusowe jachty, piekielnie drogie samochody i olbrzymie domy - 'mały Dubaj' - tak zapisze mi się w pamięci to miasto. Nie odnaleźliśmy tam wyjątkowych atrakcji, ograniczyliśmy się do spaceru po mieście i odpoczynku na plaży, chociaż leżenie plackiem jest najnudniejsze na świecie :) W drodze powrotnej zobaczyliśmy ogród japoński i lawendowe pole (uwielbiam, uwielbiam lawendę!).
Mam co do tego miejsca mieszane uczucia. Cieszę się, że mogłam je zobaczyć ale wątpię, żebym kiedykolwiek chciała tam wrócić. Kolejne porty, włoskie, wydały mi się o wiele ciekawsze. Już jutro Rzym :) 

Byłyście kiedyś w Monako?
Przesyłam trochę słońca w ten lipcopadowy dzień...
Ala

P.S. Dziś zapisałam się do szkoły wizażu! :))))))))

wtorek, 17 lipca 2012

Powakacyjnie - Hiszpania

Kiedy napisałam Wam o moich planach wakacyjnych i pamiątkach po powrocie, pisałyście, że czekacie na relacje. Po odkopaniu się z niezliczonej ilości zdjęć postanowiłam zrobić taki tygodniowy cykl - każdego dnia, od dziś do piątku, opiszę Wam krótko jeden z pięciu krajów, jakie odwiedziliśmy w ciągu dwóch tygodni. Przeżyjcie to ze mną jeszcze raz a jeśli interesują Was tematy wyłącznie kosmetyczne, zapraszam od soboty :) 

Na wakacje wybraliśmy rejs statkiem Ruby Princess. Jestem bardzo zadowolona - z warunków panujących na pokładzie, obsługi, jedzenia, atrakcji i rozrywek - wszystko było na bardzo wysokim poziomie. Odsyłam Was do strony - można tam wybrać termin, miejsce docelowe, sprawdzić dostępność kabin i ceny. POLECAM! http://www.princess.com/ Statek wyglądał tak: 



Statek posiadał trzy baseny, jacuzzi, kino pod gwiazdami, teatr, siłownię, boisko do koszykówki, stoły do tenisa ziemnego, pole do minigolfa, bibliotekę, sklepy, bary i restauracje, SPA a nawet kaplicę. Zabierał na pokład 3,5 tys. pasażerów plus załogę. Płynął zwykle w nocy, rano cumował w poszczególnych portach a my mieliśmy cały dzień na zwiedzanie lub relaks na pokładzie. Nie nudziliśmy się nawet przez chwilę!

Rozpoczęliśmy od BARCELONY, z której odpływaliśmy i do której przyjechaliśmy dzień wcześniej. Mam olbrzymi niedosyt i już wiem, że chcę wrócić do tego miasta! Coś mnie tam zafascynowało, zauroczyło, porwało. Pogoda, atmosfera, jedzenie, ludzie - wszystko mi się tam podobało :) Dodatkowym plusem była możliwość poćwiczenia hiszpańskiego, którego uczyłam się w czasie studiów jak dzika, jednak kilka lat przerwy zrobiło swoje. Dwa dni to zdecydowanie za mało, nie udało nam się zobaczyć wszystkich obowiązkowych punktów turystycznych miasta więc powrót obowiązkowy :)

Byłyście kiedyś w Barcelonie? Jakie macie wspomnienia? 

Jeśli macie jakieś pytania, dajcie znać, z chęcią odpowiem. Tymczasem jutro Monte Carlo, później Włochy, Grecja i Turcja. I dużo, dużo zdjęć :)

Ściski
Ala

czwartek, 12 lipca 2012

Ile Ty wydajesz na kosmetyki?!

Obserwuję ostatnio w blogosferze zjawisko, od którego włos jeży mi się na głowie, a mianowicie zaglądanie do portfela, podliczanie wydatków i kąśliwe komentarze.

Dyskusja, jaka się wywiązała pod ostatnim postem Pinkoholiczki (warto zajrzeć TUTAJ) i obraźliwe komentarze anonima mocno mnie poruszyły, chociaż wiem, że takie wpisy najlepiej ignorować. Powinnam odczekać, ochłonąć, ale jestem zodiakalnym baranem, więc co w sercu to na języku :)  Chciałabym się z Wami podzielić i poznać Wasze zdanie. 

Nie znam wszystkich blogerek, które śledzę i nie wydaje mi się, żeby blog był odpowiednim miejscem do opisywania swojej sytuacji materialnej, zawodowej, małżeńskiej a tym bardziej tłumaczenia się z wydatków. Zdaję sobie sprawę, że są różne sytuacje życiowe ale mniejsze zarobki czy inne priorytety nie dają podstawy do osądzania innych, szczególnie w tak pogadliwy sposób. Jest wiele osób, które nie mają zobowiązań finansowych w postaci dzieci czy jakiegokolwiek kredytu i uczciwie zarabiają na swoje kaprysy. Wydatki są kwestią wyboru - jedni wolą przepuścić kasę na imprezy, inni urządzają mieszkanie, jeszcze inni podróżują, opłacają swoje pasje lub inwestują w siebie. Jesteśmy w różnym wieku, w różnej sytuacji życiowej, mamy inne potrzeby i priorytety i milej by się żyło, gdybyśmy to wzajemnie potrafiły uszanować.

Jest mi bardzo miło, że pod jednym z moich ostatnich postów z wakacyjnymi zakupami dostałam od Was same życzliwe i sympatyczne komentarze. DZIĘKUJĘ!

A.

EDIT: Dzisiaj, chyba przez zmienną pogodę, ludzie są jacyś niestabilni emocjonalnie. Podobna fala krytyki, wypominania, oskarżania dotknęła też jeden z cieplejszych, skromniejszych i sympatyczniejszych blogów jakie znam: Magiczny domek.  Nie wiem co się z tymi ludźmi dzieje? :(

środa, 11 lipca 2012

Mój letni niezbędnik kosmetyczny

Dziś pozostaję w tematyce wyjazdowo - wakacyjnej. Jak pisałam w poprzednim poście, i jak zdarza mi się to za KAŻDYM razem, zabrałam na urlop za dużo kosmetyków i większości praktycznie nie używałam :) Były jednak takie, bez których ani rusz.


Ochrona przed słońcem była moim priorytetem. Cały czas było bardzo gorąco i bardzo słonecznie więc filtry miałam zawsze pod ręką. Do twarzy świetnie sprawdziła się BIODERMA Photoderm AKN Mat SPF40. Wchłaniała się do matu, nie bieliła skóry, nie powodowała zapychania ani świecenia. Konsystencja była przyjemna i lekka. Nieudanym zakupem był natomiast lotion Pollena Eva - NIE POLECAM. Mazał się, nie wchłaniał, jego aplikacja doprowadzała mnie do szału. Całe szczęście zabrali mi go na lotnisku w drodze powrotnej więc mogę o nim zapomnieć :) Przede mną jeszcze jeden, gorący urlop więc znów stanę przed wyborem. Mam nadzieję, że tym razem trafię lepiej... 

W torebce miałam też zawsze wodę termalną URIAGE. O tym, dlaczego tak ją uwielbiam, szczególnie latem, pisałam nie raz. Rewelacyjnie chłodziła i koiła skórę podczas upałów, przynosiła ogromną ulgę. Niestety skonfiskowano mi ją na lotnisku (wodę! mgły się boją czy jak? ;P). Na szczęście miałam jeszcze jedną i jak tylko się skończy, kupię kolejną i kolejną. Olbrzymią jej zaletą jest to, że nie trzeba jej wycierać. 

Cały czas towarzyszyły nam olbrzymie upały, dlatego też zrezygnowałam całkowicie z makijażu. Postanowiłam zrobić wakacje także mojej skórze i ograniczyłam się jedynie do tuszu do rzęs. Zabrałam ze sobą miniaturkę Yves Rocher Sexy Pulp z Glossyboxa. Strasznie psioczyłam na jego zawartość ale tusz zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Mimo szalonych temperatur i wysokiej wilgoci trzymał się dzielnie aż do wieczornego demakijażu. Nie kruszył się, nie spływał, ale zaznaczam - nie pływałam ani w basenie ani w morzu więc nie testowałam jego wodoodporności. Efekt był dla mnie kolejnym zaskoczeniem: rzęsy były podrubione, równo pokryte, zagęszczone, uniesione i bardzo ładnie rozczesane! Efekt można było stopniować kolejnymi warstwami bez sklejenia. Bardzo, bardzo fajny tusz! Miniaturka okazała się wystarczająca na dwa tygodnie, nadal jeszcze sporo kosmetyku jest w środku i zamierzam go zużyć do końca.

Szczególną uwagę poświęciłam natomiast skórze stóp i tu idealnym okazał się krem L'Occitane. Bardzo serdecznie go polecam, szczególnie w sezonie plażowo-sandałkowym :) 

Najlepszym kosmetykiem okazała się jednak... zwykła OLIWKA Z OLIWEK, o którą poprosiłam w restauracji na statku :) Dostałam pół kubeczka i w zupełności mi to wystarczyło. Jest uniwersalna i świetnie działa: na wysuszone wiatrem włosy na noc, do umycia twarzy, demakijażu oka, nawilżenia ciała po kąpieli, masażu, do ukojenia suchych i przypieczonych miejsc ;) Świetna oszczędność miejsca w bagażu.

Wiem, że obiecałam posta z podróżną kosmetyczką, sama bardzo lubię takie oglądać. Okazało się jednak, że przed wyjazdem było tak mało czasu, że nie zdążyłam. Następnym razem bardziej się postaram :) 

Napiszcie, bez czego Wy nie ruszacie się na wakacje. Tymczasem ja przygotuje kilka zdjęć z wyprawy - chcecie takiego niekosmetycznego posta? 

Ala


wtorek, 10 lipca 2012

Pamiątki z wakacji

O tym, jak kocham podróże pisałam już wiele razy. Uwielbiam poszukiwać nowych wrażeń, smaków, zapachów i zawsze staram się przywieźć mały fragmencik przygody do domu. Z durnostojek wyrosłam już dawno, teraz najczęściej ulubionymi 'pamiątkami' jest coś do wszamania i oczywiście kosmetyki. Tym razem upolowałam co następuje poniżej :)

 


KIKO to pamiątka z Włoch, a dokładnie z Rzymu i Wenecji. Kupiłam szminkę, podkręcający tusz do rzęs, lakier do paznokci i odżywkę na moje włosy sponiewierane wiatrem i niemiłosiernym słońcem. Z chęcią przyjrzałabym się ofercie z większym skupieniem ale dudniąca muzyka wykurzyła mnie stamtąd bardzo szybko. Nie wiem co jest z tymi Włochami, że są tacy głośni. Czułam się jak w kiepskiej dyskotece, nie sprzyjało to zakupom mimo szczerych chęci :( 

Perfumy Daisy Eau so fresh kupiłam za sprawą Glossyboxa. Zakochałam się w nich od pierwszego powąchania i wiedziałam, że na pewno kupię pełnowymiarową butelkę. Ceny kosmetyków na statku wręcz zmuszały do zakupów więc wzięłam dwie Daisy (dla siebie i Mamy) a później jeszcze wróciłam po Coco Mademoiselle :) Używam ich na zmianę i nie wiem, z którymi czuję się lepiej. Bardzo się cieszę z tej inwestycji. 

Bazę pod makijaż Smashbox kupiłam z myślą o wyposażeniu mojego kuferka. Sama nie używam baz pod makijaż poza wielkimi wyjściami. Sporo jednak ostatnio malowałam do sesji zdjęciowych więc tego typu produktów nigdy za wiele. Miałyście? Jak się sprawdza? 

Idealist Estee Lauder to prezent od mojego M. (:*). Wcześniej miałam ANR i byłam bardzo zadowolona, mam nadzieję, że ten sprawdzi się równie dobrze. 

Zanim jeszcze wylecieliśmy z Polski wiedziałam, że wrócę z Meteorytami Guerlain :) Ostatnio pojawił się wysyp postów o tej marce, które śledziłam z wielkim zainteresowaniem. Wybrałam dla siebie wersję prasowaną, z której jestem póki co super-mega-ekstra zadowolona. Nie używam teraz  podkładu, efekt jaki daje w zupełności mnie zadowala. Wyciągam, oglądam, wącham, przekładam, używam z namaszczeniem. Durna ze mnie baba ale... chcę więcej :) 

Na kremy L'Occitane zdecydowałam się także dzięki próbkom z Glossyboxa. Świetnie się u mnie sprawdziły, kupowałam je już w Polsce ale cena na statku zachęciła mnie do ponownego kupna, szczególnie, że stopy na wakacjach wymagały wyjątkowej uwagi. To jedne z najlepszych kremów, jakie miałam okazję ostatnio testować. 

Nie przywiozłam tego jakoś bardzo dużo. Zawiozłam natomiast, jak to zwykle bywa, zbyt wiele. Połowy kosmetyków w ogóle nie wykorzystywałam, natomiast część okazała się absolutnie niezbędna. Ale o tym w kolejnej notce. 

Dobrze już do Was wrócić :)

poniedziałek, 9 lipca 2012

Powrót z lipcowym Glossyboxem :)

Wróciłam! :) Niemal od razu po powrocie przywitał mnie lipcowy Glossybox. Dla ciekawskich zdjęcie na szybko, później zaktualizuję notkę o zawartość i lepsze fociszki. Jak Wam się widzi to pudełko? Nadal rozczarowane czy odrobinkę pocieszone? 


P.S. Stęskniłam się!
Jesteście tu jeszcze?

Ala

UA-49610063-1