czwartek, 31 maja 2012

Letnia pielęgnacja - matowa świeżość od Uriage

Krem, o którym napiszę dzisiaj leżał u mnie w łazienkowym koszyku bardzo długo. O tym, że jako nowość pojawił się na aptecznych półkach pisałam w październiku. Zimą potrzebowałam jednak innej pielęgnacji, wówczas skóra jest raczej wysuszona i potrzebuje bardziej odżywienia i solidnej ochrony niż zmatowienia. Postanowiłam sięgnąć po niego latem kiedy jest gorąco i skóra błyszczy się a makijaż, o ile w ogóle się na niego zdecydujemy, lubi spływać. To był strzał w dziesiątkę!


Od producenta: Skutecznie redukuje błyszczenie przy jednoczesnym zachowaniu właściwego poziomu nawilżenia skóry. Skuteczność produktu potwierdzona w badaniach klinicznych.Substancje aktywne zawarte w kremie pochłaniają nadmiar sebum, oczyszczają rozszerzone pory, zmniejszając ich rozmiar o tym samym widoczność. Idealny pod makijaż. Skóra pozostaje czysta, świeża i matowa przez 12 h.

Już samo opakowanie sprawia, że sięga się po ten produkt bardzo chętnie. Jest bardzo estetyczne i proste, design typowy dla dermokosmetyków. Wykonane jest z porządnego plastiku, szczelnie się zamyka więc można bez obaw wrzucić krem do torebki lub kosmetyczki. Na koniec można z łatwością rozciąć opakowanie i wydobyć resztkę co do grama :) Nowa tubka zabezpieczona jest plasterkiem więc można z łatwością określić kiedy mija termin zużycia (12 miesięcy od odklejenia plasterka).

Zapach to kolejna cecha, która zachęca do używania tego kremu. Jest niezwykle świeży, orzeźwiający, bardzo przypadł mi do gustu. Kolor, jak widać na zdjęciu poniżej, jest lekko zielonkawy ale oczywiście na skórze pozostaje niewidoczny. Formuła jest żelowa, bardzo lekka i delikatna, dzięki czemu aplikacja jest szybka i bezproblemowa. Krem wchłania się błyskawicznie, pozostawiając na skórze aksamitną powłoczkę. Efekt trochę mi przypomina bazy, zresztą z powodzeniem może ją zastąpić. Świetnie się nadaje pod makijaż - podkład równo się rozprowadza, nie waży się ani nie roluje. Producent zaleca używanie go dwa razy dziennie, rano i wieczorem, jednak ja używam go wyłącznie rano - na noc wydaje mi się zbyt lekki. Idealnie wybudza moją buzię po nocy, odświeża ją i wygładza.


Trudno mi ocenić działanie względem przeznaczenia i obietnic producenta który zaleca te krem posiadaczkom skóry mieszanej, tłustej i trądzikowej. Moja skóra nie jest tłusta, raczej normalna w kierunku mieszanej ale jej kondycja zależy od wielu czynników: pory roku, stosowanej pielęgnacji, stresu, wody itp. Nie błyszczy się jakoś specjalnie, nie przetłuszcza. Aktualnie działa na nią silne słońce, wysoka temperatura i klimatyzacja. Biorąc pod uwagę te warunki mogę jednak powiedzieć, że:
  • matuje skórę (choć nie mam większego problemu z błyszczeniem się strefy T)
  • idealnie przygotowuje ją pod makijaż, który nie spływa w ciągu dnia, nawet przy upalnej pogodzie
  • mimo, że zawiera alkohol nie wysusza! nie czuć ściągnięcia ani innego dyskomfortu
  • nie podrażnia
  • nawilża, wygładza i zmiękcza skórę, na której pozostawia aksamitną, delikatną powłoczkę
  • daje wyraźne uczucie świeżości  i czystości
Podsumowując, przyjemnie się go używa. Bardzo odpowiada mi jego żelowa świeżość i wygładzenie buzi. Mimo, że jego zadaniem jest matowienie, dobrze radzi sobie jednocześnie z nawilżeniem. Moim zdaniem świetny na lato ale trzeba pamiętać o dodatkowym filtrze przeciwsłonecznym.

Kosztuje około 50 zł / 40 ml 
Więcej możecie przeczytać tutaj: http://www.labo-uriage.pl/produkty/hys-ac-mat-krem/



Jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym zawiodła się na kosmetykach marki URIAGE. Wciąż próbuję nowych produktów i za każdym razem jestem bardzo zadowolona. 

Latem niezastąpiona jest ich woda termalna (pełna recenzja tutaj: KLIK), po którą sięgam dosłownie wszędzie - w domu, w biurze, w samochodzie, na plaży podczas opalania i po. Idealnie odświeża skórę. Nie wiem ile opakowań już zużyłam. Kilka dni temu, podczas wizyty w SuperPharm zauważyłam, że jest w promocyjnej cenie 19,99 zł (cena regularna 32,99 więc naprawdę warto). Poza tym zmienił się wygląd opakowania - moim zdaniem milej dla oka :)







wtorek, 29 maja 2012

Innowłosa i Innoka czyli włoski wieczór w Obsessive Studio ;)

Kiedy po spotkaniu z blogerkami w OBSESSIVE Studio znalazłam w paczce bon -50% na dowolną usługę wiedziałam, że nie będę czekać długo z realizacją. Wczoraj umówiłam się znów z Kasią, Marcinem i Łukaszem. Oto efekty: 










Następnym razem, poza sauną na włosy, która jest czystym dobrem, chętnie oddałabym się pod pędzel Kasi - Innooka - co Ty na to? :D 

Dziękuję Wam za wczorajszy wieczór, pyszne winko, dobrą dawkę śmiechu i metamorfozę. Świetnie się bawiliśmy. Buziaki! 

Kto nie był, niech pędzi!



Widzicie ten blask, widzicie? :D A Kasia ma ekstra fioletowe włosyyyyy! :)


niedziela, 27 maja 2012

GOLDEN ROSE BOX - podsumowanie

Zauważyłam, że na blogach pojawiały się pojedyncze recenzje produktów, jakie znalazłyśmy, jako testerki, w boxie Golden Rose. Ja postanowiłam dać sobie maksymalną ilość czasu na zapoznanie się z produktami i napisać recenzję zbiorczą wraz z podsumowaniem.

O tym, że zostałam wyłoniona w akcji "Zostań testerką Golden Rose" (KLIK) pisałam tutaj: KLIK i później tutaj: KLIK. Wyróżnienie było dla mnie podwójnie miłe, gdyż zaproponowano mi zamieszczenie mojej wypowiedzi odnośnie makijażu w nadchodzącym sezonie w informacji prasowej (artykuł do poczytania tutaj: KLIK). Niedługo po tym dotarło do mnie moje pudełko z kosmetykami, wybranymi dla mnie na podstawie wypełnionej wcześniej ankiety!

Zdania na temat zawartości pudełka są podzielone. Moim zdaniem to, co znalazłam wewnątrz świadczy o tym, że osoba odpowiedzialna za akcję wyraźnie przeczytała moje odpowiedzi w ankiecie. Produkty różnią się między sobą i nie wszystko przypadło mi do gustu ale nie to nie zmienia faktu, że wzięto pod uwagę moje preferencje kolorystyczne. Poza tym muszę pochwalić firmę za zróżnicowanie przesyłek, dzięki czemu recenzje nie powielają się aż tak bardzo i z ciekawością można było śledzić, co dostały inne blogerki.

Ja otrzymałam: puder prasowany, który wskazałam sama, lakier do paznokci z serii Paris, tusz do rzęs, cień do powiek, szminkę oraz zestaw próbek, próbkę wody toaletowej, lusterko oraz katalog z pełną ofertą. Cztery ostatnie produkty znalazły się w każdym innym pudełku. 


GOLDEN ROSE PRESSED POWDER

Od producenta: Nowy puder prasowany zapewni Twojej skórze idealne pokrycie, bez uczucia ściągnięcia skóry, zaś jedwabista konsystencja nadaje jej przepiękny aksamitny wygląd. Zawiera filtr przeciwsłoneczny SPF 15 oraz witaminę E i A, które chronią skórę przed czynnikami zewnętrznymi oraz gwarantują matowe wykończenie makijażu przez cały dzień.
Pełną paletę 10 kolorów możecie zobaczyć tutaj: KLIK
Cena: 22,90 zł / 12,7 g

MOJA OPINIA: Opakowanie jest estetyczne, eleganckie i bardzo solidne. Wykonane jest z porządnego plastiku i zamyka się na tradycyjny klik. Nie mam obaw, żeby nosić puder w torebce czy kufrze i nie muszę obchodzić się z nim jakoś szczególnie ostrożnie. Do kosmetyku dołączony był puszek ale ja korzystam wyłącznie z pędzla. Dodatkowo puder zapakowany był w bardzo ładny kartonik, który wygląda, jakby krył wysoko-półkowy kosmetyk - brawa dla grafika :) Zapach jest delikatny, ledwo wyczuwalny ale bardzo przyjemny, kwiatowy. Nie pachnie jak puder babci a tego się zawsze obawiam :) Aplikacja jest dla mnie dużą przyjemnością po dotychczasowym doświadczeniu z pudrami sypkimi - nie pyli, pędzel nabiera odpowiednią ilość produktu. Nie jest ani zbyt miękki ani zbyt twardy, łatwo i równo się rozprowadza. Posiadam kolor 105 SOFT BEIGE - początkowo żałowałam, że nie otrzymałam jaśniejszego ale moje obawy były niesłuszne - ładnie się wyrównuje i stapia ze skórą, wcale nie jest za ciemny, w zasadzie pozostaje niewidoczny. Pozytywnie oceniam także samo działanie. Dobrze współpracuje z kremami BB i podkładami, nie tworzy plam. Kiedy jest szczególnie ciepło oszczędnie nakładam go jedynie na krem nawilżający i tu też sprawdza się bez zarzutu. Łatwo na nim rozetrzeć bronzer i róż. Jest trwały, skóra pozostaje matowa i świeża przez długi czas. Nadaje się do utrwalenia makijażu, jest lekki i niewidoczny - nie osiada na włoskach, w zmarszczkach czy porach. Trudno mi na razie ocenić wydajność, póki co zużycie jest minimalne, ledwo zauważalne a nie stosuję żadnego innego pudru. Producent zaleca zużycie w ciągu 24 miesięcy od otwarcia. Do pełni szczęścia trochę brakuje lusterka - jeśli chcemy przypudrować nosek poza domem, może to stanowić utrudnienie. Podsumowując - jestem zadowolona, że zdecydowałam się na ten puder. POLECAM! 




   
GOLDEN ROSE PARIS NAIL LACQUER

Od producenta: Wysokiej jakości seria lakierów do paznokci. Produkt ten jest wzbogacony substancjami przedłużającymi trwałość manicure. Lakier nadaje połysk. Dostępny w bogatej i modnej kolorystyce (11 ml). Produkt nie zawiera formaldehydu, toluenu, dbp i kamfory.
Pełną paletę 150 (!) kolorów możecie zobaczyć tutaj: KLIK
Cena: 5,50 zł / 11 ml

MOJA OPINIA:  Lakier zamknięty jest w buteleczce, która kształtem ma nawiązywać do Wieży Eiffla. Jest charakterystyczna i łatwo odnaleźć ją w mniejszej czy większej kolekcji lakierów. Rączka pędzelka jest długa i poręczna, wygodnie się ją trzyma. Pędzelek ma klasyczny rozmiar i kształt. Aplikacja mimo to sprawia sporo trudności. Lakier smuży, jest dość gęsty i nieco się ciągnie, szczególnie przy grubszych lub kolejnych warstwach. Nie rozkłada się równomiernie, lubi pozostawić niedomalowane miejsca, które bardzo trudno poprawić, szczególnie na końcówkach paznokcia, zupełnie, jakby nie dociągał do końca płytki. To jest produkt dla tych, które potrafią malować paznokcie metodą trzech pociągnięć - środek, bok, bok - nie ma mowy o kilkukrotnym przeciągnięciu pędzelkiem. Pierwsza warstwa uwidacznia smugi i prześwity, konieczne są minimum dwie do pełnego krycia. Niestety dość długo schnie, jest miękki i łatwo o uszkodzenia a odbita pościel rano po wieczornym malowaniu jest prawie pewna. Poza tym kilka razy zauważyłam, że pod lakierem zrobiły się bąbelki...Co do trwałości, trudno mi ją ocenić bo na moich paznokciach lakiery utrzymują się bez problemu kilka dni - ten nie odbiega jakością od innych pod tym względem. Początkowo kładłam pod niego odzywkę Nail Tek ale ona sprawiała, że bardzo szybko (po dwóch dniach) pojawiały się odpryski i lakier schodził płatami. Sprawdziłam to jednak i nie jest to kwestią kiepskiego lakieru a Nail Teka - ten typ tak ma :) Jestem pod wielkim wrażeniem palety kolorów - ja posiadam nr 118 - jest to typowy, kremowy nudziak czyli bardzo w moim guście. Mimo sympatii do koloru i przez wzgląd na problematyczną aplikację NIE POLECAM

Jak już wcześniej pisałam, to mój szósty lakier z tej serii. Nie jest to może imponująca kolekcja ale na przykładzie mojego doświadczenia mogę napisać, że w tej serii lakiery się między sobą bardzo różnią. Jedne wymagają wprawy i cierpliwości, inne nakładają się bajecznie łatwo i już jedna warstwa kryje całkowicie i równiutko, dając przy tym elegancki błysk. Wiem, że lakiery tej marki cieszą się dużą sympatią ale z tym coś wyraźnie nie gra. Może felerny egzemplarz? 

 (Inne moje recenzje: miętus: KLIK , róż: KLIK, inne kolory jakie posiadam: KLIK)


Efekt widoczny na tych zdjęciach wymagał ode mnie wiele cierpliwości, precyzji i poprawek

GOLDEN ROSE 3D FANTASTIC LASH MASCARA

Od producenta: Rewelacyjny tusz stworzony by pogrubić Twoje rzęsy, ekstremalnie wydłużyć i podkręcić. Dzięki innowacyjnej formule i elastycznej silikonowej szczoteczce, tusz pokrywa rzęsy równomiernie od nasady aż po same końce. Rozczesuje je i nie pozostawia grudek. Nadaje rzęsom intensywny czarny kolor dzięki zastosowanej formule bogatej w mikropigmenty. Będzie to Twój ulubiony tusz, który nada spojrzeniu olśniewający i uwodzicielski wygląd przez cały dzień. 
Cena: 14,50 zł / SKLEP: KLIK

MOJA OPINIA: Opakowanie bardzo przypadło mi do gustu - jest solidne i estetyczne - metaliczne, czerwone, z białym nadrukiem. Litery trochę się ścierają ale nie przeszkadza mi to zupełnie i nie wpływa na ocenę. Łatwo je odkręcić i szczelnie domknąć. Naprawdę cieszy oko :) Szczoteczka to najmocniejszy atut tego kosmetyku - jest rewelacyjna! Nabiera odpowiednią ilość tuszu, idealnie rozczesuje rzęsy i równo je pokrywa, docierając także do tych najmniejszych. Nie brudzi powieki i jest bardzo precyzyjna. Sam tusz ma początkowo dość rzadką konsystencję, później nieco gęstnieje ale wciąż sprawuje się świetnie - zobaczymy później. Jest niezwykle trwały! Nie osypuje się, nie rozmazuje, trzyma się cały dzień mimo wysokich temperatur czy wysiłku fizycznego. Pod tym względem niczym nie ustępuje tym najdroższym. Łatwo się go aplikuje. Pierwsza warstwa ładnie podkreśla rzęsy, dając niezwykle naturalny efekt, a taki lubię najbardziej. Rzęsy są równo pokryte, rozdzielone, podkręcone oraz pogrubione i wydłużone. Nie jest to teatralny, spektakularny efekt ale takie rzęsy otwierają oko i sprawiają, że spojrzenie jest wyraziste. Efekt można z powodzeniem stopniować choć trzeba to robić dość sprawnie bo tusz szybko zasycha na rzęsach i kolejne warstwy mogą już sklejać. Ma to swoje zalety: nie odbija się na powiece i nie rozmazuje. Aby móc go przetestować, odstawiłam swój dotychczasowy tusz MAC Opulash, który bardzo lubiłam i nie czuję, żebym na tym straciła. To najlepszy produkt z boxa, do którego z pewnością będę wracać. ZDECYDOWANIE POLECAM! 

W rzeczywistości wygląda na oku dużo, dużo lepiej niż na zdjęciu :)


 GOLDEN ROSE SILKY TOUCH MATTE EYESHADOW

Od producenta: Cienie Silky Touch mają jedwabistą i wyjątkowo miękką konsystencję, która pozwala łatwo rozprowadzać je na powiekach i tonować w zależności od efektu, jaki chcemy uzyskać. Silky Touch nie osypują się, nie odkładają w załamaniach powiek i wyjątkowo długo utrzymują się we właściwym miejscu. Pigmenty zastosowane w cieniach Silky Touch gwarantują intensywny i głęboki kolor, który przez cały dzień nie straci nic ze swojego blasku. Unikalna technologia i receptura sprawia, że cienie Silky Touch chronią skórę powiek przed zanieczyszczeniami, działaniem wolnych rodników i promieniowaniem UV. Są również bezpieczne - z ich zalet bez obaw mogą korzystać właścicielki wrażliwych, skłonnych do podrażnień oczu i panie noszące szkła kontaktowe.
Pełna paleta 14 kolorów do zobaczenia tutaj: KLIK
Cena: 8,90 zł / 2,5 g

MOJA OPINIA: Opakowanie tego cienia bardzo mi się podoba: jest proste, klasyczne, eleganckie, przypominające cienie popularnych marek ;) Wygląda dość solidnie, zamyka się na tradycyjny klik. Sam cień jest dość miękki ale nie pyli ani nie osypuje się szczególnie. Nie dobiega niczym od klasycznych, matowych cieni, z którymi miałam do czynienia wcześniej. Z intensywnością i głębią koloru w tym przypadku to trochę przesada - posiadam nr 203, delikatny róż, który jest niemal niewidoczny na skórze :) Nie poraża pigmentacją, trudno uzyskać kolor z opakowania ale jest idealny jako baza pod inne kolory lub makijaż w stylu no make up. Bez względu na to, jaki makijaż wykonuję, zawsze sięgam po cielisty mat - służy mi do wyrównania kolorytu powieki, ułatwia cieniowanie i podbija kolory. Często też nakładam go na bazę i dodaję jedynie kolorową kreskę - wówczas rozjaśnia powiekę i stanowi ładne tło dla linii rzęs. Sprawdzi się idealnie dla osób, które lubią delikatny, subtelny look. Jest trwały - na bazie wytrzymuje cały dzień. Nie zbiera się w załamaniach, nie roluje, nie tworzy plam. Łatwo nabiera się na pędzel i nakłada. Przy rozcieraniu traci na intensywności koloru ale nie jest to niczym zaskakującym. Tego typu uniwersalne cienie są podstawą każdego makijażu, zawsze warto je mieć. POLECAM!




  
GOLDEN ROSE LIPSTICK

Od producenta: Doskonała pomadka, która pokrywa usta cieniutką warstwą dając uczucie miękkości. Specjalne składniki nawilżają usta. Pomadka nie powoduje uczucia ciężkości na ustach. Łatwo się rozprowadza, a dzięki delikatnej, świetlistej strukturze sprawia, że Twoje usta są błyszczą perłowym blaskiem.
Pełen wybór kolorów (130!) możecie zobaczyć tutaj: KLIK  
Cena: 8,60 zł / 4,2 g

MOJA OPINIA: W zasadzie mam trudność, żeby napisać cokolwiek pozytywnego o tym kosmetyku. Może opakowanie :) Znów mamy do czynienia ze złotym, bardzo estetycznym kartonikiem. Opakowanie samej szminki jest czarne, ze złotymi elementami, przez co wygląda ładnie i elegancko. Niestety bardzo łatwo się otwiera. Nie zabierałam jej nigdzie ze sobą ale myślę, że dla dziewczyn, które lubią mieć szminkę w torebce, może to stanowić kłopot. Zapach ma delikatnie wyczuwalny ale sztuczny. Na ustach zaś wyraźnie czuć jej smak i nie jest to przyjemne doznanie. Myślę, że jej główną wadą jest kolor (posiadam nr 125). Początkowo byłam nim zachwycona, sztyft wygląda przepięknie ale jest dużo ciemniejszy niż w rzeczywistości. Pomalowane usta wyglądają jakby były pociągnięte korektorem, są zdecydowanie za jasne. Daje to trupi efekt, wrażenie braku ust lub ciężkiej choroby :) Kolor jest bardzo nietwarzowy, nie było mowy, żeby wyjść z nim do ludzi. Nie wiem u kogo sprawdziłby się ten kolor. Mnie kojarzy się z miłośniczkami sztucznej opalenizny i rytmicznej muzyki. Aplikacja także pozostawia wiele do życzenia: szminka rozprowadza się nierówno, podkreśla każdą skórkę. Tworzy grudki, wchodzi w załamania, zbiera się i waży. Wymaga nie mniejszej precyzji niż ciemne kolory. Nosi się ją naprawdę źle, głównie przez wzgląd na sztuczny, wyraźnie wyczuwalny smak i to, że nie znika równomiernie. Nie wykluczone, że gdybym trafiła na inny kolor byłaby zadowolona, ale wystawiam jej ocenę na podstawie tego, co otrzymałam i  przetestowałam więc zdecydowanie NIE POLECAM. 
 
Tutaj szminka nałożona bardzo cierpliwie i precyzyjnie i wklepana delikatnie palcami - uznałam, że nie opublikuję efektu po "normalnej" aplikacji, który był bardzo nieestetyczny




 GOLDEN ROSE ULTRA RICH COLOR LIPSTICK

Od producenta: Zapewni Twoim ustom supernawilżenie, a jednocześnie pokryje je nasyconym kolorem, który utrzyma się przez cały dzień. Bogata w składniki odżywcze receptura gwarantuje ustom odpowiedni poziom pielęgnacji, Masło Shea zmiękcza i koi wysuszone usta natomiast witamina E stanowi naturalny filtr przeciwsłoneczny. 
Pełna oferta kolorystyczna (81 kolorów) tutaj: KLIK 
Cena: 12,90 zł 

MOJA OPINIA: Bardzo podoba mi się możliwość zapoznania z produktem poprzez tester, zanim dokona się zakupu. Opakowanie jest bardzo fajne i przypomina blister z lekarstwem :) Minusem takiego rozwiązania jest fakt, że jak już otworzymy tester, nie ma możliwości jego szczelnego zamknięcia. Zamknięto w nim cztery kolory i pędzelek do aplikacji z nakładką zabezpieczającą.

Szczerze mówiąc, w żadnym kolorze nie wyglądam dobrze. Mi pasują delikatne ciepłe odcienie: róże, brzoskwinie, beże i brązy. Mam wrażenie, że te zawarte w próbniku świetnie podkreślają zmęczenie mojej twarzy, wszelkie niedoskonałości, cienie pod oczami i przebarwienia. Dlatego też oszczędziłam Wam zdjęć całej twarzy.

Metallic 18 to kolor trudny do opisania - przybrudzony róż z domieszką ciemniejszej brzoskwini, beżu. W porównaniu z innymi to dla mnie chyba najlepszy kolor. Czy jest metaliczny? Hm, jak dla mnie to bardziej perłowy, bardzo ładnie odbija światło. Zawiera delikatne drobinki, czego ja akurat w szminkach nie lubię ale tu nie jest to szczególnie nachalne. Dość łatwo się aplikuje choć załączony pędzelek nie będzie należał do moich ulubieńców. Jeśli chodzi o efekt na ustach i trwałość - tu znów plus. Niemniej jednak próbka nie przekonała mnie do zakupu. 

Creamy 49 to klasyczna czerwień. Kolor jest piękny, intensywny, pigmentacja rewelacyjna. Niestety taki odcień podkreśla wszelkie niedoskonałości cery, asymetrię ust i wymaga ładnego uzębienia. Poza tym trzeba o niej pamiętać, kontrolować co jakiś czas. Ja bardzo rzadko sięgam po pomadki w tym kolorze a mam ich kilka. Ta jest przyjemnie kremowa, łatwa w aplikacji ale pozostaje miękka przez co łatwo się rozmazuje. Poza tym nie lubię kiedy kolor nierówno znika a przy mojej częstotliwości jedzenia, picia i ciągłego gadania, muszę się stale pilnować :) Myślę, że z tej pomadki mogłyby być zadowolone dziewczyny, które są przyzwyczajone do szminek i potrafią je nosić. Ja zwykle sięgam po bezpieczne kolory, o których mogę zapomnieć zaraz po pomalowaniu. 

Creamy 53 czyli kremowy róż. Nie żebym była malkontentką ale ten kolor, chociaż sam w sobie bardzo mi się podoba, znów jest dla mnie za jasny. Mimo to zauważam dużą różnicę między tą a opisywaną wcześniej GR Lipstick. Ta jest zdecydowanie bardziej "mokra", kremowa, dużo łatwiej się nakłada. Równiej kryje, nie zbiera się ani nie waży. Myślę, że będzie świetnie pasowała blondynkom o chłodnym typie urody. 

Shimmering 75 to pomadka, która z prezentowanego zestawu przypadła mi do gustu najmniej. Róż jest sam w sobie ładny ale zawiera dużo wyraźnych drobinek, które migrują i pozostają na ustach kiedy kolor zniknie całkowicie. Bardzo nie lubię tego efektu i z tego powodu zdyskwalifikowałam tę szminkę.

Możliwe, że brzmi to, jakbym była wyjątkowo marudna jeśli chodzi o odcień szminki. Uważam jednak, że to bardzo ważne znaleźć kolor, który będzie nam pasował. Dobrze dobrany rozświetli i ożywi buzię, niweluje zaczerwienienia i niedoskonałości, sprawi, że cała twarz będzie wyglądała świeżo i promiennie. Ważne, żeby dobrze się czuć w danym kolorze i aby nie absorbował większości naszej uwagi. Noszenie szminki to też sztuka, której trzeba się nauczyć :)
 



GOLDEN ROSE ROXANNE EAU DE TOILETTE

I tu mam trochę kłopotu, bo: informacje z katalogu dołączonego do boxa się różnią od tego, co widnieje na stronie: KLIK Różne opakowania, różne pojemności, brak jakiegokolwiek opisu, nut zapachowych itp. Skład: denaturat, woda, zapach :) Do tego posiadam wodę oznaczoną tajemniczo W62, a w sprzedaży jest pięć innych. Nie mogę się połapać :)  Cena: 17,90 zł. 

Nie potrafię opisywać zapachów więc nie bardzo wiem, jak zabrać się do recenzji. Zwykle jest tak, że coś mi się podoba lub nie. Po jakimś czasie przestaję czuć cokolwiek i nigdy nie wiem, czy mój nos się przyzwyczaił czy zapach nie jest trwały :) W przypadku wody toaletowej Roxanne jest tak, że zapach mi się podoba ale i czuję go krótko. Jest słodki, lekki, fajny na sezon wiosna / lato. Niestety nie cieszę się nim długo bez względu na to, w jakim miejscu go noszę: czy jest to nadgarstek, miejsce za uchem, kark czy włosy. W tym przypadku polegam na opinii otoczenia i stawiam jednak na jego ulotność. Mimo, że zapach mi się podoba, nie kupiłabym pełnowymiarowego opakowania: z powodu nietrwałości i ze swojej wierności do innych perfum, których jestem wieloletnią fanką. 


GOLDEN ROSE LUSTERKO

W pudełku znalazło się także lusterko. Początkowo zastanawiałam się, co można napisać w recenzji takiego przedmiotu. Nie widzę go ani w dołączonym katalogu ani na stronie Golden Rose. Moje spostrzeżenia nie są niestety pozytywne. Lusterko jest wykonane bardzo niestarannie, ze słabej jakości plastiku. Pomijając kolor, wygląda tanio i tandetnie. Bardzo trudno je otworzyć, uwaga na paznokcie! Wewnątrz jest jedno lusterko zwykłe, drugie powiększające. Niestety mój egzemplarz posiada na nim sporą rysę co mi przeszkadza. Poza tym plastik dookoła posiada wiele ubytków i odszczypań, spod szkiełka (?) wystają małe kawałki folii. Nie jestem z niego zadowolona. 

Bardzo fajnie, że do boxa załączony był katalog. Z ciekawością przejrzałam jego zawartość i wpadło mi w oko jeszcze kilka kosmetyków, których jestem ciekawa. Brakuje mi w nim jednak cen i zauważyłam, że w kilku przypadkach informacje nie pokrywają się z tymi na stronie internetowej. 

Podsumowując, jest mi miło, że zostałam zakwalifikowana do grona testerek i cieszę się, że miałam możliwość zapoznać się z kosmetykami tej firmy. Nie wszystkie przypadły mi do gustu ale starałam się, aby moja recenzja była maksymalnie obiektywna. Dziś, według regulaminu, minął termin opisania swoich wrażeń z testowania ale będę tych produktów używać nadal. Jeśli zmienię o nich zdanie - napiszę. 

Wytrwał ktoś do końca? :) 
Uściski,
Ala

 

środa, 23 maja 2012

Z pazurem czyli fioletowo-fioletowo :)



Dziś kolejne zestawienie kolorystyczne z użyciem dwóch bardzo fajnych lakierów: VIPERA Jumpy i HEAN Colour Obsession.


Szukałam połączenia dwóch fioletów - zainspirowałam się moją dzisiejszą sukienką i kreską w tym kolorze :) Wróciłam po pracy do domu i moja faza trwała nadal więc postanowiłam przenieść ją na paznokcie. Kontrast i różnica między lakierami nie do końca mi się podoba ale postanowiłam mimo to je pokazać i powiedzieć o nich kilka słów.

O lakierze HEAN Colour Obsession nr 488 napisałam całkiem sporo w tej notatce - KLIK. Znajdziecie tu pełną recenzję i więcej zdjęć. Nie będę się więc powtarzać, tym bardziej, że moje zdanie nie zmieniło się - nadal jestem bardzo zadowolona z tego lakieru, choć mam już go blisko rok. Dwie warstwy dają pełne krycie, schną szybko i dłuuugo trzymają się na paznokciach. Produkt nie zmienił konsystencji, nadal łatwo się aplikuje. Kolor jest bardzo ładny, pastelowy choć do tego sąsiedztwa wydaje mi się nieco za jasny. 

O lakierze VIPERA JUMPY 173 jeszcze nie pisałam, choć mam go już bardzo długo. To jeden z moich ulubionych lakierów! Jest niesamowicie wdzięczny w aplikacji - bardzo łatwo pomalować nim paznokcie, jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym musiała cokolwiek poprawiać. Pędzelek jest idealnie miękki, elastyczny i równo rozprowadza produkt bez zacieków czy smug. Sam lakier jest dość rzadki ale nie spływa i nie rozlewa się. Schnie bardzo szybko co ważne, bo do pełnego krycia potrzebuje trzech warstw- pierwsza jest półtransparentna, przy drugiej jeszcze widać prześwity a trzecia daje idealny efekt. Kolor jest przepiękny, bardzo ładnie lśni nawet bez topa i można w nim dostrzec maleńkie, dyskretne drobinki. Do tego buteleczka jest niewielka, urocza, idealna do kosmetyczki lub torebki i daje możliwość zużycia kosmetyku do końca. Początkowo nie byłam przekonana do koloru w opakowaniu (wydał mi się trupi, gołębi - nie wiem co gorsze ;) ale na paznokciach jest naprawdę świetny. Niezbyt często zdarza mi się nosić ciemne kolory ze względu na to, że wymagają precyzji w aplikacji ale malowanie tym lakierem jest naprawdę łatwe i przyjemne. Z pewnością sięgnę po inne kolory - jest ich aż 80! Możecie je wszystkie zobaczyć tutaj - KLIK 

Faza na fiolety powraca :) Pamiętacie ten makijaż?






 I na koniec garść inspiracji:

źródło: http://weheartit.com/






poniedziałek, 21 maja 2012

Pielęgnacja włosów - moje HITY

Pielęgnowanie moich kłaczków trwa w najlepsze. Nadal jestem zmotywowana, zachęcona i zdeterminowana. Nie wiem na ile zmiana pielęgnacji działa na moją podświadomość a ile pozytywnych zmian niesie rzeczywiście ale postanowiłam się nie poddawać. 

Dziś o kilku kosmetykach i akcesoriach, które bardzo mi ułatwiły ostatnio zadanie.


MYCIE: SLS-y, silikony, parabeny, alkohole to składniki, o których krążą w sieci legendy ;) Ja głosu jako takiego nie zabiorę bo uważam, że co włos, to głos i nie będę nikogo pacyfikować i skłaniać do zmiany nawyków tylko napiszę, jak to było u mnie. Po początkowym zadowoleniu i końcowym załamaniu szamponem Babydream (pisałam o tym tutaj - KLIK) sięgnęłam po balsam dla kobiet w ciąży BABYDREAM FUR MAMA. Póki co (tfu, tfu) okazał się strzałem w dziesiątkę! Włosy odżyły, stały się miękkie, błyszczące i lepiej się układają. Nie mam już tego uczucia pancerza na głowie podczas mycia - emulsja nie plącze tak włosów, świetnie się pieni i dobrze je oczyszcza nawet z oleju. Pachnie delikatnie i przyjemnie ale zapach nie utrzymuje się długo. Minusem jest bardzo rzadka, wręcz wodnista konsystencja co przekłada się na wydajność, ale przy cenie ok. 10 złotych nie jest to z kolei wielkim minusem. Jakość i efekt - super! 

ODŻYWKA: Moje odkrycie choć pewnie większość z Was ją zna - ISANA Z OLEJKIEM BABASSU. Już po kilku pierwszych użyciach wiedziałam, że to jest to! Niewiarygodnie wygładza włosy i nabłyszcza je. Są mięciutkie, nie puszą się ani nie elektryzują, łatwo je rozczesać nawet na mokro. Uwielbiam uczucie podczas spłukiwania - włosy są śliskie i lejące. Stosuję ją także do mycia oraz jako maskę. Minusem może być plastikowa twarda butelka, która nie grzeszy estetyką ale działanie to wynagradza. Przechodziłam koło niej setki razy, nie zwracając na nią uwagi. Zwykle sięgałam półkę, dwie wyżej - niepotrzebnie. Dzięki blogerkom odkryłam coś, co mi naprawdę świetnie służy :)

OLEJOWANIE: SESA! Znana wszystkim dobrze i opisana już wiele razy (przeze mnie tutaj: KLIK). Jednym śmierdzi a ja uwielbiam jej zapach i zieloną mętność :) Nakładam zawsze na mokre włosy na noc, dwa razy lub raz w tygodniu. Nie brudzi poduchy, łatwo się zmywa już za pierwszym razem i działa! Jestem bardziej zadowolona z efektów niż przy olejkach Alterry. Z czasem (bo jest to już moja kolejna butelka) odkryłam, że lepiej działa w mniejszej ilości - maksymalnie dwie łyżki i nie bezpośrednio na skórę głowy a jedynie na włosy, szczególnie ich końce. Czaję się teraz na inny olejek, np. khadi ale wiem, że do tego będę wracać. 

AKCESORIA: Pewnie się dziwicie, co tu robi TANGLE TEEZER, skoro dopiero co go kupiłam. Ano już go wielbię! :) Używam go tylko do rozczesania suchych włosów, z mokrymi nie radzi sobie tak dobrze jak się spodziewałam. Wybaczam mu, bo w pozostałych sytuacjach radzi sobie rewelacyjnie. Oczywiście bzdurą jest, że nie wyrywa włosów i rozczesuje je całkowicie bezboleśnie - to nie jest czarodziejska różdżka :) Muszę pomagać sobie dłonią ale kosztuje mnie to dużo mniej czasu, nerwów i bólu niż w przypadku klasycznych szczotek czy grzebieni. Świetnie się sprawdza w terenie, kiedy wiatr plącze moje cieniutkie kosmyki. Mokre włosy doskonale rozczesuje drewniany grzebień z szerokimi ząbkami z THE BODY SHOP. Jest niezastąpiony, uwielbiam go!


To tyle jeśli chodzi o moich włosowych ulubieńców. Nie zamierzam jednak na nich poprzestawać - wciąż będę szukać produktów, które pomogą mi odzyskać błysk, nawilżenie i ładny skręt. Póki co odstawiłam suszarkę, czemu sprzyjają coraz to wyższe temperatury. Nie zaklejam włosów kosmetykami do stylizacji - nie używam lakierów, pianek, żeli - zabezpieczam jedynie końce olejkiem lub serum z Biovaxa. Poszukuję jeszcze zamiennika dla farb fryzjerskich i postanowiłam spróbować Color&Soin lub henny.

Używacie któregoś z tych produktów? Jakie są Wasze odczucia? 
Jeśli możecie coś polecić to będę wdzięczna za rady - to dzięki Wam, blogerkom, zaszło w mojej pielęgnacji wiele cennych i pozytywnych zmian.

Ala



niedziela, 20 maja 2012

Udany weekend :)

Tak, to były zdecydowanie udane trzy dni. Odpoczynek od miejskiego zgiełku, wiecznego pośpiechu, obowiązków, natłoku myśli, bez telefonu i internetu. Wreszcie ciepło! Czuję, że mam naładowane baterie na kolejne dni. 

A Wy, wypoczęłyście? :)


czwartek, 17 maja 2012

Strzeż się kremowego Essie :)

Dziś pozostaję w temacie paznokci. Obserwuję ostatnio szum, jaki towarzyszy pojawieniu się lakierów Essie. Do tej pory były dostępne jedynie w perfumeriach, w cenach chyba dla króla nafty. Niedawno szafa pojawiła się także w SuperPharm i tam lakiery kosztują... tylko 35 złotych! Nic tylko brać garściami, taka okazja! :D I jeszcze pilnik szklany dają. 

Nie powiem, że jestem całkiem obojętna - zestawienie tylu kolorów w szafie robi na mnie wrażenie - chce ją zabrać do domu całą, wszystko razem wygląda obłędnie zachęcająco.

Posiadam w swojej skromnej kolekcji trzy lakiery Essie, czwarty (Mademoiselle) podarowałam siostrze. Pierwszy raz kupiłam dwie buteleczki w zeszłym roku w Stanach - kosztowały mnie 6$/szt. (czyli niecałe 18 zł/szt.). Wybrałam Mademoiselle i Sugar Daddy. Nie żałuję zakupu choć oba lakiery okazały się niemal bezbarwne, przezroczyste. Pokażę je niebawem.

Kolejne dwa kupiłam w sklepie internetowym paatal.pl za 11,99/szt.! (pisałam o tym TUTAJ - KLIK). Wybrałam French Affair i Topless&Barefoot i o ostatnim dzisiaj kilka słów. 


O jakbym się wściekła, gdybym zapłaciła za niego cenę z perfumerii czy nawet SP. Kolor jest bardzo w moim guście - dyskretny, typowy nudziak. Jednak jego aplikacja...doprowadza mnie do czystej pasji i w trosce o swoje zdrowie psychiczne, sięgam po niego bardzo sporadycznie. Lakier fatalnie i nierówno się rozprowadza, robi smugi, ciągnie się i bardzo długo schnie. Efekt jest daleki od przyzwoitego a ja przywiązuję bardzo dużą uwagę do precyzji w manicure. Trwałość nie powala, jest bardzo przeciętna. Nie ma opcji, żeby użyć go wieczorem (odbita pościel gwarantowana) lub tuż przed wyjściem. Trzeba poświęcić mu dużo czasu i cierpliwości - to co widzicie na zdjęciu wymagało ode mnie sporo pracy i poprawek a nie mam większych problemów z płynnym poprowadzeniem pędzelka :) French Affair wcale nie jest lepszy. Zastanawiałam się, czy lakier jest oryginalny. Pogmerałam trochę w sieci, porównałam recenzje innych dziewczyn i nasunął mi się jeden wniosek - 
strzeż się kremowego wykończenia Essie! :)

Podsumowując, nie twierdzę, że te lakiery to zło w czystej postaci ani nie zniechęcam do zakupu. Bardzo lubię Sugar Daddy i z pewnością przy okazji zagranicznych wakacji dorwę jeszcze niejedną buteleczkę w innym kolorze. Wydaje mi się jednak, że marka ma świetny wizerunek, kuszącą ekspozycję i tym wygrywa w Polsce. Mnie cena nawet 35 złotych nie przekonuje, szczególnie, że jakość kremowych pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście jeśli ktoś chce, lubi, pożąda - smacznego :))) To tylko moje skromne zdanie. Żeby nie było, że nie ostrzegałam :P

Przyznajcie się - macie? Znacie? Lubicie? :)

P.S. Paatal.pl na swoim profilu na fejsie pytał ostatnio fanów (TUTAJ - KLIK), które kolory z kolekcji Essie podobają się najbardziej i zobowiązał się do zamówienia zwycięzców - brawo! Czekam z niecierpliwością :) 

środa, 16 maja 2012

Z pazurem czyli RÓŻnie bywa :)

Pachnie bzem, kwitną kwiaty, zrobiło się ciepło, słonecznie, kolorowo a ja wciąż jestem nudziarą w kwestii paznokci. Postanowiłam to zmienić i wnieść na dłonie trochę koloru, poszukując ciekawych połączeń.

Użyłam lakieru Golden Rose Paris nr 79, na serdecznym Essence You Rock! nr 04 Let me in pink.



Mam 6 lakierów Golden Rose z serii Paris i mam wrażenie, że nieco się między sobą różnią jakością. O miętowym pisałam TUTAJ - KLIK. Ten, który przedstawiam dzisiaj bardzo lubię. W zasadzie wystarczy jedna warstwa, by bez smug i prześwitów pomalować płytkę paznokcia - tu zrobiłam to dwa razy ale bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Kolor jest piękny, nasycony i bardzo intensywny. Pędzelek dobrze rozprowadza lakier, jego konsystencja jest w sam raz i nie gęstnieje. Mam już go jakieś 3-4 lata i nic się z nim nie dzieje, jest taki sam jak tuż po zakupie co przy jego cenie (kilka zł.) uważam za ogromny plus! Schnie dość szybko i trzyma się bardzo długo bez odprysków i startych końcówek. Jedynym minusem jest to, że odbarwia płytkę więc baza obowiązkowa. 

Róż pochodzi z kolekcji Essence You Rock! Kupiłam go bardzo spontanicznie i to jeden z najlepszych lakierów jakie mam :) Kryje już przy jednej warstwie, idealnie pokrywa paznokieć bez smug, zacieków i prześwitów. Jest rzadszy niż GR, ale nie rozlewa się, pędzelek jest bardzo precyzyjny. Kolor jest nasycony i pięknie błyszczy nawet bez topa. Trzyma się kilka dni, szybciej zmyję go z nudy niż potrzeby :) Jego aplikacja to czysta przyjemność! 

Lubię lakiery nude - cieliste, dyskretne, stwarzają wrażenie bardzo zadbanych dłoni i jednocześnie nie wymagają ogromnej precyzji przy nakładaniu. Większość z tych, które posiadam ma jednak kremowe wykończenie, przez co aplikacja wymaga ode mnie cierpliwości i czasu. Do tego jestem bardzo wyczulona na niedbały manicure - wolę nie mieć go w ogóle niż mieć go zrobionego krzywo, co szczególnie widać przy ciemnych kolorach. Do tego wszystkiego ciągły pośpiech i wiecznie odbita pościel - wszystko to działa zniechęcająco. Z drugiej strony uwielbiam wszelkie kolory a dobrze dobrany lakier i staranny manicure jest piękną ozdobą każdej dłoni. 

A Wy, szalejecie z kolorami latem czy jesteście wiernie klasyce? 

Buziole!
Ala




poniedziałek, 14 maja 2012

Moje OCM

Długo się zbierałam do tej metody oczyszczania i demakijażu. Miałam opory przed nałożeniem oleju na twarz, obawiam się chyba tego, czego większość z nas. Postanowiłam się jednak przełamać. Przeczytałam mnóstwo postów, obejrzałam wiele filmików i zrobiłam zakupy :) 

Do mojego OCM użyłam: 
  • oleju rycynowego (apteka, koszt ok. 6 zł)
  • oleju z pestek winogron (Biedrona, koszt ok. 19 zł)
  • oleju ze słodkich migdałów (Zrób Sobie Krem, koszt 5,97 zł za 15 ml)
  • ściereczki z mikrofibry (Biedrona, koszt ok. 3 zł)
  • buteleczki z ciemnego szkła (apteka, koszt ok. 1,50 zł) 
 


Przygotowanie mieszanki było bardzo łatwe: wlałam do butelki 3,5 cm oleju z pestek winogron, co stanowiło 70% całości. Dodałam 1 cm oleju rycynowego i 0,5 cm oleju ze słodkich migdałów. Celowo nie zapełniałam całej butelki, bo zużycie takiej ilości zajęłoby mi bardzo długo, wolę za jakiś czas przygotować świeżą mieszankę. Poza tym, gdyby się okazało, że olejku rycynowego jest za dużo i wysusza mi skórę, lub za mało - jest miejsce i zawsze można zmienić proporcję i czegoś dodać. Całość szczelnie zakręciłam, wymieszałam i odstawiłam do szafki w łazience. Wybrałam ciemne szkło butelki bo w takich najlepiej przechowuje się oleje ale wiem, że dziewczyny używają do tego także butelek z jasnego szkła a nawet plastiku i też nie szkodzi. 

Użycie: Zmoczyłam dłonie, na które wylałam niewielką ilość olejku, wcześniej delikatnie wymieszanego. Rozprowadziłam na skórze rąk i naniosłam na suchą skórę twarzy, wykonując masaż. Oczy pozostawiłam na koniec. Czystą ściereczkę zmoczyłam w mocno ciepłej wodzie i przyłożyłam do twarzy. Kiedy ostygła, zrobiłam to ponownie - bardzo przyjemne uczucie :) Za trzecim razem delikatnie ścierałam pozostałości mieszanki ze skóry i oczu. Powtarzałam to dotąd aż czułam, że skóra jest już oczyszczona. Na koniec przemyłam twarz zimną wodą, co zamknęło pory, osuszyłam i wklepałam odrobinkę hydrolatu oczarowego.  Ściereczkę od razu zaprałam szamponem Babydream - wszystkie zanieczyszczenia zeszły z łatwością.

Moje wrażenia po pierwszym OCM pozytywne, zobaczymy co będzie dalej :) Póki co wszelkie pianki, żele, mydełka idą w odstawkę :)

A Wy, stosujecie tę metodę? Dajcie znać jeśli macie jakieś doświadczenia.

Ala

niedziela, 13 maja 2012

Spotkanie trójmiejskich blogerek :)

Czas na moje podsumowanie :) Wróciłam ze spotkania w bardzo dobrym nastroju. Dzięki sprawnej organizacji Kasi, sympatycznym, otwartym i wesołym dziewczynom oraz kolorowym pysznościom, to popołudnie zaliczam do bardzo udanych.Dziś będzie duuuuuużo zdjęć mimo, że na spotkaniu aparat większość czasu spędził w torebce :)

Wyzwanie wieczoru - zjeść wielką babę z kremem i nie dać sobie zrobić kompromitującego zdjęcia ;)

Świetne babki :)


 Kasia i Marcin, gospodarze popołudnia pozują przy obrazie pełnym emocji i artyzmu, który zdobi ich gustownie i nowocześnie urządzone studio ;P

Bardzo się cieszę, że mogłyśmy się poznać, pożartować, powyciągać z torebki gadżety i kosmetyki, które miałyśmy przy sobie :) Zabawne było dopasowywanie naszych imion, pseudonimów, blogów i zapamiętanych notatek. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz :)

Blogi dziewczyn obecnych na wczorajszym spotkaniu: 


Do domu wróciłam z pamiątkami ze spotkania - trzy siaty dobroci od Kasi i firm, które postanowiły zaangażować się w spotkanie:

Lirene: balsam ujędrniający z nowej serii (przyda się jako dodatek do mojego szreda :D), krem przeciwzmarszczkowy, fluid+baza Natural Look i płyn dwufazowy do demakijażu. Z pewnością nie zużyję wszystkiego i podzielę się z mamą i siostrą.
Ziaja: seria dla skóry wrażliwej ULGA: krem na dzień, na noc, płyn micelarny i peeling enzymatyczny (jestem go bardzo ciekawa!)
Aura Herbals: kosmetyczna maseczka z zieloną glinką - przetestuję z ciekawością
Pierre Rene: czarny, wodoodporny eyeliner i lakier w dość...ciekawym kolorze jak dla mnie :) Trafi na inne pazurki bo ja jestem do znudzenia nude :)
KMS: zestaw próbek szamponów i odżywek - super na wyjazdy
The Body Shop: peeling z serii Chocomania i zestaw próbek, w tym masła, kremu i olejku z drzewa herbacianego - moją opinię na temat TBS znacie ale może te produkty mnie przekonają...
Joanna: nowość Joanny - maska kolagenowa, masło do ciała i peeling z ekstraktem bzu - jestem bardzo, bardzo ciekawa.
Avanti Fashion: kolczyki, korale i opaska na włosy :)))

Jak tylko się dzisiaj obudziłam, zaczęło się otwieranie, wąchanie, próbowanie i focenie. 

Świetna torba studia Obsessive - uwielbiam ekologiczne torby, z pewnością będę nosiła! :)

Nadleciały sępy :)
 
 
 
 

 
 


Więcej o spotkaniu możecie przeczytać na blogach uczestniczek (linki wyżej) i oczywiście u Kasi: TU i TU. A u mnie niebawem recenzje, duuuużo recenzji :)

Do następnego! :)
UA-49610063-1