piątek, 14 grudnia 2012

Wakacje w grudniu

W czasie, kiedy większość z Was zapewne piecze pierniki, kupuje ostatnie prezenty i stroi choinkę ja spakowałam do walizki klapki i strój kąpielowy. W tym roku, po raz pierwszy w życiu, spędzę święta w mniej tradycyjny sposób. Nie wiem czy chwalę się czy żalę, okaże się po powrocie. Być może uznam, że nawet najcieplejsze morze, ciepło słońca i smak egzotycznych owoców nie są w stanie zastąpić atmosfery, jaka do tej pory kojarzyła mi się z Bożym Narodzeniem...

Kilka z Was pytało mnie gdzie się wybieram - oto plan naszej grudniowej wyprawy - Karaiby

Map

Jeśli czytacie tę notkę, jest piątek 14 grudnia to znaczy, że post opublikował się automatycznie z powodzeniem a ja siedzę właśnie w samolocie do Miami. I z tego samolotu właśnie myślę o Was ciepło i ślę życzenia - pięknych, spokojnych i magicznych Świąt! I spełnienia marzeń, bo wierzcie mi - każde ma szanse się ziścić ;-) 


Do napisania w styczniu!
Całusy!
Ala

środa, 12 grudnia 2012

To dziwne...

...uczucie pakować do walizki letnie sukienki, klapki i kosmetyki chroniące przed słońcem gdy za oknem mróz i biało... Przyjemne ale jednak trochę dziwne :-)




wtorek, 11 grudnia 2012

GRUDNIOWY GLOSSYBOX

Już jest! :) I w tym miesiącu na bogato :)










W tym miesiącu uważam, że pudełko jest bardzo na bogato. Co w środku?
  • BATISTE suchy szampon o zapachu Cherry (pełny produkt 15,90 zł / 200 ml)
  • CLARENA Stem Cells Cream krem z roślinnymi komórkami macierzystymi (pełny produkt 142 zł / 50 ml)
  • MODEL co LIP DUO szminka+błyszczyk (pełny produkt! 120 zł.)
  • SCOTTISH FINE SOAPS COMPANY Au Lait Body Milk (pełny produkt 44,90 zł / 220 ml)
  • YASUMI płyn micelarny (pełny produkt 29 zł / 170 ml)
  • KRYOLAN HD Eyeliner - produkt VIP (pełny produkt 50 zł / 6g)
Do tego dwa bonusy - urocze bileciki do prezentów, voucher i ogrzewacz do rąk, który baaardzo się przyda.

I co myślicie?:D

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Beautyblender za 49,50 zł + makijaż :)

Dziś przychodzę z makijażem typu no make-up, wykonanym przy pomocy słynnego, różowego jajeczka. Mimo, że w blogosferze napisano o nim już chyba wszystko, nadal cieszy się sporym zainteresowaniem. Kilka słów wprowadzających i informację jak przygotować jajo do użycia napisałam już TUTAJ, teraz czas pokazać je w akcji - uprzedzam, zdjęcia chwilami mają charakter drastyczny :)

Makijaż rozpoczęłam od nałożenia korektora w miejsca wymagające rozjaśnienia. Niestety mam spore zasinienia pod oczami więc tu przyłożyłam się najbardziej. Dzięki temu, że jajko jest zwilżone umożliwia efekt delikatniejszy niż gdy nakładam korektor na sucho. Świetnie sprawdza się tu 'czubek', który dociera do wszystkich miejsc, gdzie załamuje się skóra i pędzel by sobie nie poradził - okolice oczu, skrzydełka nosa.


Kolejnym krokiem jest nałożenie podkładu - ja używam kremu BB Skin79 Hot Pink. Technika używania Beautyblendera jest nie tylko skuteczna ale i bardzo przyjemna - stemplując buzię gąbeczka wykonuje bardzo miły i relaksujący masaż - zwłaszcza, że jest chłodna i wilgotna. Uwielbiam to uczucie :)

Muszę przyznać, że obietnice producenta rzeczywiście są spełnione - podkład nałożony Beautyblenderem idealnie się stapia ze skórą i pozostaje niewidoczny. Aplikacja jest przy tym tak łatwa i szybka, że nawet osoba posiadająca małe doświadczenie w makijażu osiągnie perfekcyjny efekt. Nie ma mowy o smugach czy plamach - jajo wszystko rozkłada równomiernie. Wąska, spiczasta część dociera do wszystkich zakamarków twarzy, szeroka szybko radzi sobie z większymi partiami takimi jak czoło, broda i policzki. I największe zaskoczenie - gąbka nie pije podkładu. Spodziewałam się, że będzie się go marnowało więcej niż przy użyciu pędzla a jednak nie.

Początkowo sądziłam, że rola Beautyblendera się zakończy na aplikacji kosmetyków 'mokrych'. Postanowiłam jednak dalej posługiwać się jajeczkiem i nałożyłam nim róż oraz rozświetlacz w kamieniu (o tym, że świetnie radzi sobie z rozświetlaczem w kremie - Benefit High Beam - pisać nie muszę ;) ). Moim zdaniem daje radę i spokojnie możemy wykonać cały makijaż twarzy bez użycia pędzli.


Na koniec - ponieważ chciałam poćwiczyć makijaż no make-up, który ostatnio miałam do zaliczenia w szkole - pomalowałam jedynie rzęsy oraz nałożyłam na usta błyszczyk. Efekt bardzo mnie zadowala - jajko jest proste w obsłudze, aplikacja nim kosmetyków jest niesamowicie przyjemna i szybka a sam makijaż pozostaje bardzo subtelny i niemal niewidoczny. Buzia jest za to świeża i promienna, koloryt idealnie wyrównany. Niestety gąbeczkę trzeba uprać po każdym użyciu - gdyby nie moje zamiłowanie do drzemek i wieczny pośpiech - używałabym jej codziennie. Niestety nie zawsze mam rano czas by doszorować pozostałości podkładu i z obawy o krótszy żywot sięgam po bb wtedy, kiedy mam dłuższy poranek :)

Poniżej - ostrzegam - zdjęcia 'przed' i 'po'. Oceńcie same. 
 


Nie wiem jak gąbeczka poradziłaby sobie z problemową cerą - mam to szczęście, że poza ciemną obwódką oczu nic mi za bardzo nie dolega. Dzisiaj natomiast malowałam Beautyblenderem cerę dojrzałą i uważam, że żadnym pędzlem nie osiągnęłabym takiego efektu jak nim. Jajo jest idealne dla Pań, które powinny ograniczyć ilość nakładanych produktów do minimum i idealnie je rozprowadzić, by nie zbierały się w załamaniach skóry. Bardzo Wam je polecam, jeśli szukacie pomysłu na prezent dla mam, które lubią podkreślać urodę. 


Z myślą o tym przygotowałam dla Was z ekipą Beautyblender kolejną promocję:  
 -16zł na DUOPAK
  Podając dziś kod 'aleetzya' kupicie go już za 99 złotych*
 
beautyblender duo pack

*w koszyku należy wpisać kod 'aleetzya' oraz wybrać opcję dostawy Pocztą Polską - wówczas przesyłka jest gratis. Wybierając dostawę kurierem, do ceny zostanie doliczony dodatkowy koszt przesyłki.  Jeśli znajdziecie sobie kogoś do spółki, gąbeczka Beautyblender może Was kosztować tylko 49,50.

Mam nadzieję, że nie potraktujecie tego jako nachalną reklamę lub naciąganie Was na zakup. Nie zamierzam tego robić ale uznałam, że jeśli ktoś chodzi koło tej gąbeczki to promocja jest bardzo korzystna :) Wybór oczywiście należy do Was.


piątek, 7 grudnia 2012

Respect!

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam w sieci paletkę SLEEK RESPECT wiedziałam, że będzie moja!:D

To jeszcze nie jest recenzja bo dopiero się z nią oswajam ale ponieważ wchodzi do sprzedaży chciałam Wam ją pokazać. Już mogę powiedzieć, że to był dobry zakup. Kolory idealnie pasują do makijażu, jaki preferuję na co dzień i mojego typu urody. Jak w przypadku chyba wszystkich palet Sleeka, i ten zestaw jest uniwersalny - nadaje się do makijażu typu no make-up, lekkiego, dziennego jak i ciemniejszego na wieczór. Będzie też jak znalazł na weekendowe zajęcia z makijażu kobiety dojrzałej - miałam w głowie właśnie coś w tej kolorystyce. 

To już piąta moja paletka i z każdej dotychczas jestem bardzo zadowolona.







Jedyne, na co już się nieco skrzywiłam jest czerń. Zarówno tutaj jak w Darks mam wrażenie, że jest mniej napigmentowana, szara. Uwielbiam poprzednie wersje, używam ich codziennie do zrobienia kreski nad linią rzęs i trochę  mi szkoda, że w nowych paletkach czerń straciła swoją moc. Mimo to nadal uwielbiam Sleeka i coś czuję, że moja kolekcja jeszcze się powiększy, sasasasa :D

Jak Wam się podobają sleekowe nowości?

czwartek, 6 grudnia 2012

Mikołaju...

...jesteś facetem więc oszczędzę Ci wysiłku i sama sobie kupię świąteczny prezent :) Na Mikołajki może coś drobnego, Essiaka na przykład...A pod choinkę wybiorę coś z mojej wishlisty :D
 


Moje Mikołajki zaczęły się niepozornie i miło...tylko do pewnego momentu. Okazało się, że nocny mróz unieruchomił mi samochód na płatnym parkingu :/ Rachuneczek na niemałą sumkę i drałowanie na piechotę do pracy nie zepsuło mi jednak humoru. Ciekawe jakie niespodzianki jeszcze dzisiaj na mnie czekają... a starałam się być grzeczną :P

A Wy, dzieci, znalazłyście jakieś kosmetyczne smakołyki dzisiaj pod poduchą? O co prosiłyście Mikołaja? Dajcie znać czy Was dziad posłuchał ;) A jeśli posiadacie coś z mojego koncertu życzeń napiszcie, czy warto.

Mikołajkowe całusy!
Ala

środa, 5 grudnia 2012

Ideał sięgnął dna :)

Drugie i ostatnie w tym roku denko czyli przegląd mniej lub bardziej udanych kosmetyków, które zużyłam w ostatnich dniach :)


  1. Balsam do kąpieli Babydream Fur Mama - mój KWC do pielęgnacji włosów! Nie zawiera olejów mineralnych i silikonowych, barwników i konserwantów. Świetnie sobie radzi z codziennym oczyszczaniem delikatnych włosów, nawet z olei. Nie wysusza i nie plącze, pięknie pachnie; uwielbiam go i nie wiem ile już butelek zużyłam.
  2. Żel pod prysznic APART Natural oliwka i buriti. Dostałam go do przetestowania latem i do dziś gości w mojej łazience. Uwielbiam jego zapach! Dobrze oczyszcza skórę, świetnie się pieni, nie wysusza. Bardzo dobry produkt. 
  3. Mydło w płynie APART Natural, także z serii Prebiotic, którą bardzo polubiłam. Najbardziej odpowiada mi zapachowo seria zielona ale to także było bardzo przyjemne. Nie wysusza skóry rąk tak jak inne mydła dlatego nie szukam zamienników.
  4. Odżywka wygładzająca ISANA z olejkiem babassu. KWC do pielęgnacji włosów, szkoda, że wycofana bo była świetna. 
  5. Pomarańczowy olejek myjący z Biochemii Urody - rewelacyjny do demakijażu! Miał bardzo ładny zapach, nie zapychał skóry, zmywał mój codzienny makijaż bez trudu. Niestety zostawiał mgiełkę na oczach, czego bardzo nie lubię ale nie wykluczone, że jeszcze po niego sięgnę. Jeśli lubicie naturalne kosmetyki, bardzo polecam!
  6. Oliwka HIPP Baby - KWC! Uwielbiam tę oliwkę i nie sięgam już dzięki niej po żadne kremy czy balsamy do ciała. Stosuję ją po kąpieli na mokrą skórę - idealnie ją nawilża i wygładza, pięknie pachnie i ma bardzo prosty skład. Nie zawiera żadnych barwników, emulgatorów, konserwantów ani surowców pochodzenia zwierzęcego.
  7. Odżywka Ultra Doux z olejkiem awokado i masłem karite. Okazała się bardzo dobra dla moich wysokoporowatych włosów - ładnie pachnie, pomaga rozczesać włosy, sprawia, że są miękkie, lśniące i ładnie się układają.
  8. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu Lirene - nie znoszę dwufazowych płynów ale będę obiektywna - w porównaniu do Ziai, z którą miałam wątpliwą przyjemność - ten był o wiele lepszy. Lepszy ale nie dobry, nie wrócę do niego ponownie. Zostawia tłustą warstwę i wylewa się wszędzie, tylko nie na wacik, co doprowadza mnie do szału :) (recenzja tutaj)
  9. Żel micelarny do mycia i demakijażu Be Bauty (Biedrona) - jakiś czas temu pisałam o nim bez większego entuzjazmu tutaj. Kupuję jednak kolejne opakowania bo jest tani i doskonale nadaje się do doczyszczenia buzi po demakijażu olejkiem. Pachnie bardzo świeżo, jest delikatny dla skóry i bardzo wydajny. W pojedynkę mnie nie zachwycił ale w duecie z kosmetykiem do demakijażu sprawdza się świetnie. 
  10. Zmywacz do paznokci ISANA - przyznam, że nie jestem lakieromaniaczką i znawcą produktów do paznokci ale ten zmywacz bardzo przypadł mi do gustu. Dobrze radzi sobie ze zmyciem lakieru a przy tym nie jest tak agresywny jak inne produkty tego typu. Nie wysusza paznokci ani skórek dookoła, jest skuteczny, tani i wydajny. Kupiłam w międzyczasie wersję różową ale ostatecznie zostałam przy zielonej, polecam. 
  11. Szampon Schwarzkopf z olejkiem arganowym z Glossyboxa. Bardzo przeciętny, z SLS na początku i dalej, dalej z olejkiem. Nie kupię pełnego opakowania bo delikatna i naturalna pielęgnacja lepiej działa na moje włosy. Plus za zapach, minus za zbyt gęstą, galaretkowatą konsystencję, która utrudniała aplikację i spienianie.
  12. Żel pod prysznic Lierac - przepiękny,  świeży zapach, gęsta konsystencja ale to wciąż tylko żel. Przyjemnie spełnia swoje zadanie czyli oczyszcza skórę ale nie zapłaciłabym 44 złotych za mydło :) Próbki z Glossyboxa świetnie za to sprawdzają się na siłowni ;) 
  13. Odżywka do włosów Phyto - bardzo fajna, gęsta odżywka do włosów farbowanych - czy ma wpływ na kolor, nie wiem :) Pomaga za to je rozczesać, sprawia że są przyjemnie miękkie i gładkie.
  14. Lakier Essie Sugar daddy - uwielbiam i na pewno kupię kolejną butelkę. Ta niestety ma już półtora roku, lakier zgęstniał i trudno się go aplikuje. Uwielbiam go za delikatny i subtelny kolor, który niewielkim wysiłkiem sprawia, że paznokcie wyglądają na bardzo zadbane. Polecam!
  15. Krem Lierac z Glossyboxa - nawilżający szczypacz :) Miał konsystencję żelu, bajecznie się aplikował i wchłaniał, wygładzał buzię ale bardzo podrażniał. Skóra była zaczerwieniona i piekła. Dobrze sprawdził się pod makijaż.
  16. Tusz MAC Opulash polecony mi przez wizażystkę marki. Byłam zadowolona z jego trwałości i naturalnego efektu. Może zbyt dużo wyobrażałam sobie o kosmetykach MACa bo efektu 'wow' jednak zabrakło. Wątpię, bym kupiła ponownie, ciekawość zaspokojona.
  17. Witaminowy krem rozświetlający Lierac - moja skóra uwielbia witaminy, szczególnie C. Ten krem służył jej rewelacyjnie, była wygładzona i rozświetlona tak, jak lubię. Do tego lekka konsystencja i bajeczny zapach. Myślę, że jeszcze się tu pojawi...
  18. Tusz Golden Rose 3D Fantastic Lash Mascara otrzymałam w boxie testerki i uważam, że to jeden z lepszych produktów tej marki, z jakimi miałam styczność. Jeśli lubicie silikonowe szczotki to polecam, szczególnie za cenę ok. 15 zł. (recenzja tutaj).
  19. Korektor w pisaku Inglot - przyznam, że oprócz lakierów, pędzli i cieni, pozostały asortyment marki średnio mnie pociąga :) Korektor był bardzo przeciętny - rozjaśniał okolice oczu ale lubił zbierać się w załamaniach skóry. Plus za kolor, trwałość niekoniecznie. Szukam lepszego.
  20. Tusz Yves Rocher a właściwie jego miniaturka z Glossyboxa. Strasznie na niego psioczyłam, że miały być luksusowe próbki a są średniopółkowe przeciętniaki. Policzkuję się stopami i zwracam mu honor. Rewelacyjny tusz, przekonał mnie do kupna pełnowymiarowego opakowania. Polecam zdecydowanie.

Są tu kosmetyki, których same używacie?

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Beautyblender day - dzień darmowej dostawy + rabat 10% + krótka recenzja

Aż nie wiem od czego zacząć. O różowym jajku czytałam w blogosferze zylion razy ale sama wspomniałam o nim raz: w tagu o 5 rzeczach, których nie chcę mieć :) Napisałam wówczas, że mnie kupno Beautyblendera nie kusi zupełnie. Jakiś czas później ruszył jednak program dla blogerek beautyEXPERT i postanowiłam wysłać swoje zgłoszenie. I tak oto na własnej skórze mogę się przekonać czy rzeczywiście napisałam prawdę...


Jajko przyszło w małym woreczku razem z instrukcją i próbką płynu do czyszczenia. W pierwszej chwili, mimo że zdjęć widziałam mnóstwo, zaskoczył mnie mały rozmiar, lekkość i struktura, że o kolorze nie wspomnę. Nie mogłam przestać go miętosić, serio :))) Myślę, że spokojnie sprawdziłby się w roli antystresa :P

Nie czekając długo postanowiłam wypróbować tego cudaka. W tym celu, zgodnie z załączonymi zaleceniami, zanurzyłam jajo w chłodnej wodzie i obserwowałam, jak zwiększa swoją objętość. Po chwili odcisnęłam je i odsączyłam dodatkowo nadmiar wody w papierowy ręcznik. Lekko wilgotny jest gotowy do użycia.

Powyżej możecie zobaczyć jak jajo zmieniło rozmiar po namoczeniu.

Niestety niesprzyjające światło zimowe nie pozwoliło mi uchwycić na zdjęciu efektu tak, jakbym chciała ale to jest moment, żeby poćwiczyć wyobraźnię :D Makijaż z wykorzystaniem Beautyblendera na pewno jeszcze się pojawi. Tymczasem, na zdjęciach poniżej możecie (?) zobaczyć efekt po zaaplikowaniu korektora, podkładu i odrobiny różu. Jajko jest idealne do stworzenia makijażu typu 'no make up' - wystarczy gąbeczka, błyszczyk, tusz i już! :) 

Sama aplikacja jest bajecznie przyjemna. Dzięki miękkiej strukturze skóra, poza porcją kosmetyku otrzymuje również kojący masaż. Spiczastą końcówką naniosłam korektor pod oczy, w okolice skrzydełka nosa, wszelkie załamania skóry powodujące zacienienia. Poradziła też sobie z ukryciem niedoskonałości. Dzięki temu, że jest miękka idealnie dopasowuje się do kształtu twarzy. Drugim, szerokim końcem (dupką) naniosłam krem BB na większe powierzchnie, takie jak czoło, nos, policzki, broda, ruchem stęplującym. Żeby osiągnąć zadowalający efekt wystarczyła chwila ale aplikacja była tak przyjemna, że dla samego uczucia relaksu występlowałam się na dobre :) Na koniec nałożyłam róż - nie miałam w kremie więc spróbowałam zwykły, prasowany i też wyszło bardzo dobrze.

Efekt? Może nie tak widoczny na zdjęciach ale bardzo zadowalający. Jestem przesadnie skrupulatna jeśli chodzi o makijaż przez co często potrzebuję na jego wykonanie więcej czasu. Beautyblender rozwiązuje ten problem - już po krótkiej chwili koloryt twarzy jest idealnie wyrównany, nie ma mowy o smugach czy plamach.




Okej, wszystko szło tak, jak czytałam na innych blogach - fajne jajo w pięknym kolorze, mięciutkie jak kaczuszka, pięknie stępluje buzię dając efekt drugiej skóry. Wszystko się zgadzało. Nurtowało mnie jedno - pochłanianie podkładu i wyczyszczenie resztek z gąbki. To głownie sprawiało, że nie chciałam go kupić bo znam swój entuzjazm przy myciu pędzli, o gąbeczkach lateksowych do makijażu nie wspominając...

Po pierwsze byłam zaskoczona, że gąbka pochłania mniej podkładu niż pędzel. Zawsze, kiedy oglądałam filmiki w których dziewczyny mówiły, że biorą podkład w ilości ziarenka groszku uśmiechałam się lekko. W życiu mi się nie zdarzyło, żeby tyle mi wystarczyło. Dokładałam z obawą, że gdzieś jest mniej, gdzieś brakuje, gdzieś nierówno... Wszystko oczywiście w granicach rozsądku ale zawsze więcej niż ten groszek. Różowa gąbka, jak słowo honoru, nie pije podkładu. Przynajmniej nie pije ze mną :) Potrzebuje go niewiele i mam wrażenie, że wszystko oddaje skórze.

Czekałam na najlepsze - czyszczenie. Spodziewałam się dostać nerwowej zapaści. Z pędzlami mam tak: wciąż kupuję nowe a jak przychodzi do czyszczenia spędzam w łazience duuużo za dużo czasu i myślę o tym, co mogłabym robić w tym czasie przyjemniejszego. Wzięłam gąbkę i sceptycznie zabrałam się za czyszczenie. Chciałam, nauczona doświadczeniem, użyć mydła w kostce ale postanowiłam wypróbować to, które dostałam w przesyłce. Doprało się idealnie ale musiałam je trochę z tym mydłem pomęczyć. Tyle samo czyszczę gęsty i zbity pędzel do podkładu więc ogólnie bilans za zero. Wyczyściłam jajo w miseczce, wypłukałam pod bierzącą wodą i wrzuciłam do woreczka do schnięcia.



Podsumowując, po kilku dniach obcowania z Beautyblenderem moje wrażenia są pozytywne. Jajo jest przyjemne dla oka i dla skóry - jest niesamowicie sprężyste i miękkie. Nakładanie nim podkładu czy korektora to czysty relaks. Efekt bardzo mnie zadowala - cera jest rzeczywiście idealnie jednolita przy minimalnej ilości kosmetyku. Nie ma mowy o efekcie ciężkości. Do tej pory używałam pędzla typu flat top, którym też stęplowałam skórę ale gąbeczka jest zdecydowanie milsza i szybsza.

Minusem jest konieczność czyszczenia po każdym użyciu, na co trzeba wygospodarować trochę czasu. Poza tym, przy moim odchylonym podejściu do higieny myślę, że będę jednak sama korzystała z jaja - nie wiem czy malując kogoś jestem w stanie wypłukać z niego wszystkie 'pozostałości'.

Nie tylko ja polubiłam jajo ;P



Niebawem pokażę krok po kroku makijaż wykonany przy pomocy Beautyblendera. Różowe jajo będzie się pojawiało jeszcze nie raz - ciekawe czy mój entuzjazm będzie z czasem wzrastał :)
I teraz jest dobry moment na NIESPODZIANKĘ DLA WAS - dziś możecie kupić Beautyblender bez kosztów dostawy i z 10% rabatem podając hasło: aleetzya (rabat obowiązuje jeszcze jutro i dotyczy zakupu duopaku). 

Sprawdźcie szczegóły promocji na http://beautyblender.net.pl/

Skusicie się? ]:->












piątek, 30 listopada 2012

Pracowita sobota

Po blogasku turlają się krzaki jak w westernie. Niestety brakuje mi czasu na wszystko a mam tyle do napisania... Poza tym ciemności, które panują cały czas za oknem utrudniają mi robienie zdjęć więc ogólnie jesienny smuteczek. Na szczęście równo za twa tygodnie będę w samolocie do baaardzo ciepłego miejsca i będą foty słoneczne i jasne i pościk o tym, co pakuję do walizki :D  I o tym, co planuję przytaszczyć z powrotem ]:->

A tymczasem.. jutro w godzinach 11:00-15:00 w CH Madison w Gdańsku będę ze swoimi szpargałami do makijażu więc kto z Trójmiasta niech  przybywa! :) Mam pędzle i nie zawaham się ich użyć :D Na dowód tego - bardzo proszę - banerek :)


Później lecę na sesję zdjęciową, z którą wiąże spore nadzieje więc proszę o mocne trzymanie kciuków :)

Ktoś z Was planuje jutro wpaść do Madisona? 

wtorek, 27 listopada 2012

Zestaw pędzli LancrOne - warto?

Swój pierwszy zestaw pędzli do makijażu kupiłam zanim po głowie zaczęły krążyć mi myśli o blogowaniu. Nigdy go nie pokazywałam ale ostatnio dostawałam o niego sporo pytań. Postanowiłam poświęcić mu więc osobną notkę i odpowiedzieć na pytanie: Czy warto?

Zaopatrzyłam się w ten zestaw ponad dwa lata temu. 20 pędzli w etui amerykańskiej firmy LancrOne kosztowało mnie około 100 zł.z przesyłką.


Długo się zastanawiałam  nad zakupem. Sklep http://wizazysci.pl/ już wtedy oferował spory wybór zestawów. Starałam się wybrać coś uniwersalnego i padło na ten komplet. Nie wszystkie pędzle służą mi dobrze ale znalazłam i takie, które niczym nie ustępują znanym i o wiele droższym markom.

Generalnie z pędzli do twarzy nie jestem zadowolona. Używam sporadycznie tego do pudru (3) i do podkładu (6, ale tylko do masek). Niestety od początku strasznie lecą z nich włosy, które także straciły na miękkości. Pędzle do oczu są bardzo różne - kilka świetnych, po które sięgam każdego dnia, kilka zupełnie zbędnych i niepraktycznych. Brakuje mi kilku pędzelków, bez których nie wyobrażam sobie makijażu, jak choćby syntetycznego języczka do korektora, miotełki do sprzątania osypanych cieni czy puchacza do rozcierania ale widziałam, że nowe zestawy już je zawierają.

Przygotowałam krótkie opinie o każdym pędzelku z zestawu. I tak: 

  1. Prawdziwa miotła. Nie wiem do czego służy ale na pewno nie do makijażu :) Pędzel szybko się zniekształcił i zniszczył, włoski odstają we wszystkie strony. Nie nadaje się do zmiecenia osypanego cienia, bo jest za duży i rozmazuje drobinki tworząc smugi. Do dekoltu jest niewygodny, do omiecenia twarzy wolę bardziej miękkie pędzle. Nie używam.
  2. Zwykły grzebyk, nie ma tu wielkiej filozofii :) Plastikowa część sprawdza się jak wszystkie inne tego typu. Część z włosiem jest kiepskiej jakości - 'włoski' są bardzo sztywne, plastikowe, rozginają się na boki. Nie używam. 
  3. Duży pędzel do pudru. Jest dość miękki w porównaniu do pozostałych i równo nanosi produkt. Niestety równo też gubi włosie...
  4. Mały, okrągły pędzel. Używałam go do różu ale znalazłam kilka o niebo lepszych. Ten jest najmniej przyjemny w dotyku - dość sztywny i gubi włosie.Nie używam.
  5. Ścięty skośnie. Używałam do bronzera ale jest zbyt miękki - do konturowania preferuję krótsze i bardziej zbite. Od biedy można nim nanieść rozświetlacz ale odkąd mam podobne modele innych firm, sięgam po niego sporadycznie.
  6. Syntetyczny do podkładu. Nie narzekałam ale kiedy kupiłam flat topa już do tego nie wróciłam :) Używam go do masek - tu sprawdza się świetnie
  7. Spora, sztywna i mocno zbita kulka. Do rozcierania jest dużo za duża i dużo za sztywna. Fajnie za to łapie cień i nanosi na powiekę. Jeśli zależy mi na intensywnym kolorze, ten pędzel sprawdza się lepiej niż języczek. Do blendowania zdecydowanie nie. 
  8. Duży, dość puchaty. Sięgam po niego codziennie. Pudruję nim powiekę i okolice pod oczami po nałożeniu korektora. Nanoszę cień bazowy i rozcieram. Bardzo przyjemny, miękki i praktyczny.
  9. Klasyczny języczek w rozmiarze L. Dobrze nanosi się nim cień na całą powiekę. 
  10. Niemalże identyczny niż poprzedni. Spokojnie wystarczyłby jeden. Nie używam.
  11. Płaski, sztywny, ścięty języczek. Moim zdaniem o wiele lepiej sprawdziłoby się tu okrągłe kopytko, z tego pędzla praktycznie nie korzystam. 
  12. Odpowiednik 9 i 10, tylko nieco mniejszy, M. 
  13. Jeden z lepszych pędzli tego zestawu. Fajnie nadaje się do rozcierania cieni w załamaniu powieki. Wygląda jak kuleczka ale jest bardziej płaski. Nie jest tak sztywny jak pozostałe, włosie jest dość gęste ale miękkie. Niestety się rozkleił i wypadł ze skuwki.
  14. W teorii mały, precyzyjny pędzelek, w praktyce sztywny, niemal jak plastikowy. Nie używam.
  15. Mały i sztywny, jak już nie mam czego chwycić to rozjaśniam nim wewnętrzny kącik oka.
  16. Do czego jest ten pędzel, ja się pytam? Podejrzewam, że do kresek, w założeniu. Nie używam go w ogóle, rozlazł się, włoski odstają na boki. W zasadzie nie wiem po co zajmuje mi miejsce.
  17. Nie mam pojęcia do czego jest ten pędzel. Malutki i sztywny, zbyt nieprzyjemny do malowania wewnętrznych kącików. Nie używam.
  18. Jeden z ulubionych pędzli z zestawu, idealny do kresek! Jest sztywny i wąski, dzięki czemu można zrobić nim precyzyjną i cieniutką kreskę. Dla mnie niezastąpiony!
  19. Okrągła szczotka. Przydaje się zawsze do rozczesania rzęs czy brwi, jest ok.
  20. W założeniu miał być to chyba pędzelek do ust ale jest zbyt mały i zbyt sztywny. Trzeba się nim solidnie namachać, nie używam.
KLIKNIJ, żeby powiększyć



Szczerze mówiąc nie kupiłabym ani tego, ani nowszego zestawu ponownie. Miał być 'na początek, do nauki' ale z mojego późniejszego doświadczenia wynika, że lepiej jednak kupić kilka pędzli lepszej jakości. Dlaczego? 
  • Dobre pędzle to tak zwane samograje, robią za nas całą robotę - z łatwością nanoszą podkład czy rozcierają cienie, nie trzeba dużych umiejętności, żeby osiągnąć dobry efekt. Tanie pędzle wymagają często dokładania cieni, poprawiania, dłuższego i żmudnego rozcierania a to nie pomaga, wręcz może zniechęcić.
  • Dobre pędzle nie robią plam i nie pozostawiają smug. Są, w przeciwieństwie do tanich, wykonane z dobrej jakości włosia. Coraz częściej syntetyczne jest lepsze od naturalnego (na szczęście, zwłaszcza dla zwierzaków...). Są idealnie mięciutkie i nie uczulają, co ważne jeśli malujemy nie tylko siebie. Idealnym przykładem są te Real Techniques Samanthy Chapman.
  • Dobre pędzle są niestety droższe ale gwarantuję, że i tak je w końcu kupicie ;)  Dobrze to robić stopniowo, pojedynczo, żeby inwestycja nie uderzyła boleśnie po kieszeni.
  • Maluję dość często i mimo to wiele pędzli z zestawu nie jest w ogóle przeze mnie używanych. To kolejny argument, by kupić lepiej ale mniej.
  • Plusem jest praktyczne etui na pędzle. Ja i tak kupiłam do nich pas na biodra, bo nie zawsze miałam miejsce, żeby się rozłożyć z tym majdanem :)
  • Mam wrażenie, że kilka marek ma kilka pędzli - legend - np. MAC 217,  Hakuro H50 itp. Wolę zbierać takie pojedyncze perełki, chociaż w aktualnym zestawie mam każdy pędzel z innej parafii :) Bardziej jednak niż na jednakowym wyglądzie zależy mi na jakości.
0:1 dla pojedynczych pędzli lepszej jakości - powyżej mój ulubiony zestaw


Jest to jednak moje subiektywne zdanie, oparte na własnym doświadczeniu. Nikogo nie chcę odwodzić od kupna zestawów - jeśli rozważycie to i uznacie, że właśnie to jest rozwiązaniem, którego szukacie - kupcie.Jestem ciekawa czy coś się zmieniło w jakości w przeciągu dwóch lat. Wiem też, że firma oferuje pojedyncze sztuki, które cieszą się dobrymi opiniami.



Macie te pędzelki? Dajcie znać jakie są Wasze opinie.

Ala

wtorek, 20 listopada 2012

Makijaż dla panów

Dziś kilka słów o makijażu...męskim. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie ale kilka razy zdarzyło mi się przygotowywać panów do nagrań wideo i sesji zdjęciowych. Pamiętam swój 'pierwszy raz' i postanowiłam napisać jak było na wypadek, gdyby czytała mnie osoba, która ma szansę przeżyć coś podobnego :)

Malując po raz pierwszy miałam niewielką wiedzę na temat tego typu makijażu ale postanowiłam zaufać swojej intuicji. Okazało się, że zrobiłam to, o czym przeczytałam później :) Nie na wszystkie 'zabiegi' miałam czas i możliwości (przygotowanie skóry - oczyszczanie, peeling, regulacja brwi itp.) ale i tak większość czynności po kolei pokryła się z teorią. 

Głównym celem była korekta niedoskonałości i zmatowienie skóry. I tak:
  • Odświeżyłam swojego modela hydrolatem, ściągnęłam nadmiar chusteczką i nałożyłam krem matujący (dopasowałam go biorąc pod uwagę cerę i warunki towarzyszące sesji). Można też nałożyć odrobinkę kremu pod oczy jeśli skóra tego wymaga.
  • Wyrównałam naturalny koloryt skóry za pomocą dość kryjącego ale jednocześnie niezbyt ciężkiego podkładu - w przypadku panów musi być on szczególnie idealnie dopasowany. Więcej uwagi poświęciłam miejscom typu linia włosów, brwi, zarost. Pamiętałam też o uszach i szyi - efekt musiał być niezauważalny. Pod oczy nałożyłam odrobię korektora, który usunął oznaki zmęczenia i rozjaśnił spojrzenie. Wykonałam też drobny kamuflaż w miejscach, które tego wymagały typu przebarwienia, wypryski, blizny.
  • Przypudrowałam twarz pudrem matującym ze szczególnym uwzględnieniem okolic oczu, co zapobiegało gromadzeniu się korektora w załamaniach skóry. Użyłam sypkiego pudru transparentnego i puszka, dociskając go do skóry - w tej sposób efekt zmatowienia utrzymuje się najdłużej.  
  • Całość omiotłam delikatnie bronzerem aby nadać skórze zdrowy odcień. Wybrałam kolor chłodnego brązu, bez pomarańczowych tonów i nakładałam go bardzo oszczędnie dokładając w razie potrzeby - zależało mi na bardzo naturalnym efekcie bez plam.
  • Przeczesałam brwi i rzęsy szczoteczką. Można w tym przypadku sięgnąć po przezroczysty żel, który ujarzmi włoski na dłużej.
  • Na koniec odrobina balsamu na usta, który nawilży i wygładzi delikatną skórę warg (balsamu, nie błyszczyka oczywiście ;P)
Teoretycznie pracy przy makijażu męskim wydaje się mniej - pomijamy makijaż oka, choć w niektórych przypadkach głębię męskiego spojrzenia także można podkreślić neutralnymi matami. Ja jednak poświęcam panom równie dużo uwagi - makijaż musi być niewidoczny ale jednocześnie ma oszczędzić pracy fotografikom ;) 

Cieszę się, że miałam okazję ćwiczyć ten typ makijażu. Myślę, że umiejętność malowania panów przyda się także w przypadku makijaży ślubnych. Warto pamiętać by nie skupiać się jedynie na pannach młodych ale zaproponować drobną korektę i zmatowienie skóry także panom :) Słuszność tego można później oglądać często na zdjęciach, szczególnie tych już późniejszych, weselnych ;)

Na zakończenie kilka zdjęć jednej z sesji, gdzie miałam właśnie okazję pracować nad męskim makijażem fotograficznym. Całą reklamę możecie zobaczyć TUTAJ - KLIK



  
Lubię przerwy w pracy ;)))


Jak widzicie tematyka bloga powolutku się zmienia. Pojawia się coraz więcej makijaży i wpisów typowo wizażowych. Dzieje się u mnie w tym temacie - co mnie bardzo cieszy - ale dajcie proszę znać czy Was to w ogóle interesuje :)

Ala








poniedziałek, 19 listopada 2012

Kosmetyki z Rossmanna - czy warto?

Jakiś czas temu znalazłam się w gronie blogerek, które podjęły współpracę z Rossmannem. Mimo iż odwiedzam tę drogerię najczęściej, moja znajomość ich kosmetyków była bardzo niewielka więc postanowiłam spróbować. Testowanie rozpoczęłam niemal natychmiast ale z recenzją nie mogłam się zebrać - dlaczego? Zapraszam do poczytania :)

Zawartość paczki prezentowała się następująco: 
 

Żadnego z tych kosmetyków nie używałam wcześniej. Zapoznałam się dawno temu z czerwonym kremem do rąk Isany, ale nie przypadł mi do gustu, podobnie jak szampon i odżywka z Alterry - z pszenicą i granatem, jeśli mnie pamięć nie myli :) Polubiłam natomiast granatową maskę, olejek i odżywkę Isany, która niestety została wycofana. Doświadczenia miałam więc bardzo różne więc starałam się podejść do testów bardzo neutralnie.


WELLNESS BEAUTY  
l do kąpieli fiołek i czerwona koniczyna

Opis producenta:drobne kryształki soli z wartościowymi minerałami sprawią, że każda kąpiel zamieni się we wspaniałą ucztę dla ciała i zmysłów. Wystarczy dodać odrobinę pod strumień wody, aby poczuć zdecydowany, lecz przyjemny i kojący  aromat. W zależności od nastroju możemy wybrać sole, które zabarwią wodę na: nastrojowy, liliowy bądź ciepły oranżowy kolor. Po kąpieli intrygujący, egzotyczny zapach jeszcze długo utrzymuje się na skórze. Cena: 3,29 zł/ saszetka 80g
 
Soli do kąpieli użyłam do stóp ponieważ nie mam wanny a lubię po ciężkim dniu zanurzyć zmęczone stopy w ciepłej kąpieli. Jest bardzo wydajna - wystarczyła mi na kilka razy. Moim faworytem nadal pozostaje jednak produkt innej firmy - działanie tej pozostawiło mnie obojętną. Zapach po otwarciu saszetki był intensywny, mdlący i bardzo sztuczny ale na szczęście szybko ulatywał. Mam wrażenie, że sól nie robiła nic z moją skórą - ot, zwykły dodatek. Jeśli lubicie tego typu gadżety - za tę  cenę warto ale nie oczekiwałabym spektakularnych rezultatów. W składzie przegląd parabenów ;)



WELLNESS BEAUTY 
olejek do kąpieli trawa cytrynowa i bambus

Od producenta: skondensowana dawka lipidów intensywnie natłuszcza naskórek, chroniąc go przed wysuszeniem. Po zastosowaniu preparatu skóra odzyska miękkość i aksamitną gładkość. Dodatkowo dzięki gęstej konsystencji kosmetyk jest bardzo wydajny. Dzięki olejkowi przygotujesz kąpiel, która oczaruje orzeźwiającym i orientalnym zapachem trawy cytrynowej i delikatną nutą bambusa. Cena: 8,99 zł / 150 ml


Przyznaję, że jestem łasa na olejki :) Uwielbiam je za wielkofunkcyjność - używam ich do demakijażu, oczyszczania buzi, olejowania włosów, nawilżania po prysznicu, na skórki wokół paznokci i inne przesuszone partie. Niestety z tym się nie polubiłam, pewnie za sprawą zapachu trawy cytrynowej, której nie jestem wielką fanką. Nie wiem jak pachnie bambus ale są jeszcze w tym olejku inne nuty zapachowe (tajemniczy parfum na początku składu), które mnie bardzo drażnią i męczą. Próbowałam zużyć go na włosy ale mimo całkiem niezłego działania, mój nos stanowczo protestował. W tej samej kategorii cenowej polecam olejki Alterry - pachną o wiele przyjemniej i lepiej działają, zwłaszcza na skórę. Plus za bardzo lekką butelkę z miękkiego plastiku - szklane i ciężkie butle Alterry mnie stresowały kiedy brałam je w mokre dłonie :)



ISANA 
krem do rąk Kwiat Pomarańczy

Od producenta: sprawdzi się w sytuacji, gdy twoje dłonie są suche, a skóra utraciła elastyczność. Masło kakaowe, pantenol i gliceryna zawarte w kremie zapewnią idealną pielęgnację i regenerację skóry. Aksamitna konsystencja kosmetyku gwarantuje szybkie wchłanianie, a jednocześnie nie pozostawia tłustej powłoki. Dodatkowo krem posiada bardzo subtelny zapach z delikatną nutą pomarańczy, który jeszcze długi czas po zastosowaniu utrzymuje się na skórze. Cena: 4,99 zł / 100ml

Pomogę sobie zdjęciem, które dostałam od Rossmanna, bo mój krem trzymam w pracy gdzie nie mam możliwości sfotografowania go. Doskonale pamiętam kiedy użyłam tego kremu po raz pierwszy. Przygotowywałam się makijażu na zajęciach w szkole. Umyłam ręce i ponieważ czułam dużą suchość, chciałam je nawilżyć. Zapach był tak nieprzyjemny, że musiałam umyć ponownie dłonie. Z czasem się do niego przyzwyczaiłam, nie jest na szczęście trwały ale nie został moim ulubieńcem :) Subtelność o którym czytam w opisie mnie rozwesela. Czy sprawdzi się na naprawdę suchej skórze - wątpię. Moim zdaniem nawilża i koi chwilowo. Szybko się wchłania ale już po chwili mam ochotę sięgnąć po niego ponownie. Używam go w biurze, na niskie temperatury i na noc wybieram coś bardziej treściwego i pewnego.


ISANA 
krem do ciała z Masłem Shea i Kakao

Od producenta: zawarte w nim masła shea i kakaowe oraz olej kokosowy zapewniają kompleksową pielęgnację suchej skóry. Witamina E oraz pantenol zaś skutecznie nawilżą i odżywią nawet najbardziej wymagający naskórek.  Dzięki lekkiej konsystencji krem dokładnie rozprowadza się na całym ciele, nie pozostawiając tłustej warstwy.  Po zastosowaniu kosmetyku przyjemny i subtelnie słodki aromat kakao jeszcze przez dłuższy czas utrzymuje się na skórze.Cena: 9,99 zł/ 500ml

Mam jakiś problem z zapachami przekazanych kosmetyków. O tym czytałam mnóstwo pozytywnych opinii i próbowałam się tego zachwytu doszukać. Rzeczywiście, przy otwarciu opakowania był tak intensywnie słodki, że miałam ochotę wziąć łyżkę i spróbować kremu :))) W pierwszej chwili wydał mi się idealny na zimne wieczory, do czasu kiedy zaaplikowałam go na skórę. Szybko się wchłonął ale całkowicie zmienił zapach na bardzo nieprzyjemny - zupełnie inna bajka niż w opakowaniu. Kojarzy mi się z czymś nieświeżym. Co do reszty, nie mam się do czego przyczepić. Opakowanie jest bardzo praktyczne, duże i wygodne. Krem jest niesamowicie lekki, błyskawicznie się wchłania i nie zostawia lepkiej warstwy. Skóra jest gładka, mięciutka i przyjemna w dotyku jeszcze przez długi czas. Na duży plus zasługuje wydajność, szczególnie biorąc pod uwagę cenę. Wiele razy już pisałam, że nie przepadam za mazidłami. Zawsze po prysznicu używam oliwki na mokrą skórę i ta metoda w zupełności mi wystarcza. Gdybym jednak miała wybrać inny produkt, nie zważając na zapach - byłby to ten krem. Niestety mój nos w tym przypadku nie zgadza się na kompromis i krem znajdzie inną właścicielkę :)

Niektóre blogerki pisały o kremowaniu włosów. Podobno ten produkt świetnie się do tego nadaje -  jeśli macie z tym jakieś doświadczenia, koniecznie dajcie znać w komentarzu, chętnie dowiem się więcej. 



 ALTERRA 
żel pod prysznic Kwiat Neroli i Bambus


Od producenta: nie tylko łagodnie pielęgnuje skórę w czasie kąpieli, ale również rozpieszcza zmysły lekko owocowym zapachem egzotycznego kwiatu neroli i odżywczego bambusa. Żel posiada lekką konsystencję, dzięki czemu z łatwością rozprowadza się go na ciele. Jego systematyczne stosowanie powoduje, że skóra staje się wyraźnie gładka i miękka w dotyku. Co istotne - kosmetyk nie zawiera syntetycznych barwników, substancji konserwujących oraz silikonów i parafiny.Cena: 7,99 zł/ 250 ml


Kolejny produkt, którego nie kupię ze względu na zapach. Zużyłam całą butelkę - co nie było trudne biorąc pod uwagę kiepską wydajność - trochę na siłę. Konsystencja to jedyna cecha, która przypadła mi do gustu - żelowa, dość gęsta, trochę galaretkowata. Niestety żel bardzo słabo się pienił i znów - po prostu śmierdział. Nie zauważyłam żadnych pielęgnacyjnych właściwości - jedynie myjące. Skóra jest miękka za sprawą gąbki (gąby właściwie - kto choć raz używał Syreny ten wie ;) ) i oliwki. Cena względem pojemności i wydajności wcale nie jest super atrakcyjna. Rossmannowe półki uginają się pod naporem kosmetyków pod prysznic i do kąpieli. Za identyczną albo i niższą cenę można znaleźć o wiele przyjemniejsze produkty.



 ALTERRA 
szampon Biotyna i Kofeina

Od producenta: przeznaczony jest do włosów zniszczonychi osłabionych, które wymagają intensywnej regeneracji. Dzięki zawartości prowitaminy B5 oraz biotyny pielęgnuje i wzmacnia włosy. Pobudzająca kofeina i nasiona guarany zapewniają im natomiast dawkę witalności, miękkość i sprężystość. Kosmetyk nie zawiera sztucznych frakcji pieniących. Posiada delikatnie kawowy zapach. Szampon idealnie sprawdzi się jako pielęgnacyjna baza pod odżywkę. Cena: 9,49 zł/ 200 ml
 
Jedyny z całej paczki kosmetyk, którego zapach polubiłam :) Nie wiem jak pachnie kofeina i biotyna i po co one w szamponie ale ten jest naprawdę świeży, lekki i nie męczy od rana ;) No i to by było na tyle komplementów... Niestety szampony Alterra, choć cieszą się dużą popularnością i sympatią, mnie w ogóle nie urzekły. Ten szampon jest przyjemnie gęsty ale dość trudno go spienić. Poradziłam sobie z tym stosując metodę kubeczkową (mieszałam w kubku wodę z szamponem i dopiero tak rozrzedzony nanosiłam na włosy). Mimo to pasma były splątane i trudne do rozczesania. Po kilkukrotnym użyciu zauważyłam też większe przesuszenie, szczególnie na końcach. Uznałam, że to sprawa Sodium Coco Sulfate, który jest detergentem niewiele lepszym od SLS i działa zbyt mocno na moją słabą. cienką, wysokoporowatą czuprynkę. Zaczęłam więc stosować go raz w tygodniu kiedy potrzebowałam oczyszczenia. Na co dzień niestety okazał się za silny.
Chcę jednak zauważyć, że myję włosy codziennie delikatnymi preparatami bez SLS i stosuję pielęgnację bezsilikonową. Nie potrzebuję więc mocnego oczyszczenia bo nie używam kosmetyków do stylizacji ani silikonów, które mogłyby się nabudować. Nie wykluczone, że przy innych włosach i stosowanych produktach ten szampon sprawdziłby się idealnie. Mnie niestety przesuszył i plątał i dlatego nie kupię go ponownie.


Podsumowując, z sześciu przekazanych mi do przetestowania produktów żaden nie zadowolił mnie na tyle, bym kupiła kolejne opakowanie. W niemal każdym drażnił mnie zbyt intensywny, sztuczny 'zapach'. Owszem, ceny są atrakcyjne ale nie zauważyłam by - poza kakaowym kremem - produkty te miały dobry wpływ na moje włosy czy skórę.

Od pewnego czasu staram się świadomie dbać o siebie. Dojrzałam też do minimalizmu i stawiania na jakość. Bardzo szanuję producenta za 'vege składy' i nie testowanie na zwierzętach ale nie odnalazłam w ofercie nic, co by mnie zachwyciło. Na tym więc pewnie moja przygoda z  testowaniem produktów Rossmann dobiegnie końca. Bardzo dziękuję za możliwość zapoznania się, przetestowania i wyrażenia całkowicie szczerych opinii o kosmetykach.


A jakie są Wasze doświadczenia? Znacie coś, co mogłoby mnie przekonać i stać się także moim ulubieńcem? Dajcie znać, może jeszcze nie odkryłam najlepszego :)
UA-49610063-1