wtorek, 27 września 2011

Colour Obsession - mat czy fluo?

Znalazłam się w grupie blogerek, które jakiś czas temu miały szansę przetestować nowe produkty firmy Hean (klik). W paczce znalazłam dwa błyszczyki, które recenzowałam tutaj oraz trzy lakiery do paznokci (o jednym z nich pisałam tutaj). Z recenzją pozostałych postanowiłam się wstrzymać, gdyż na blogach posypały się recenzje jednakowych produktów i poczułam lekki przesyt. W międzyczasie też czaiłam się nieco, bo nie ukrywam, że kolory które czekały na testy nieco mnie onieśmielały. Nigdy wcześniej nie malowałam paznokci na jaskrawe kolory, zwykle używałam naturalnych, półprzezroczystych lakierów. Tymczasem czekał na mnie kobaltowy mat i pomarańczowy fluo! 

Zanim jednak przejdę do recenzji, kilka słów od producenta: 

Lakier do paznokci Colour Obsession

Intensywny połysk i kolor bez smug
Najmodniejsze kolory w sezonie!

Formuła lakierów Colour Obsession - efekt HIGH GLOSS & LONG WEAR - zapewnia:

- równomierną aplikację bez smug,
- szybkie wysychanie lakieru na paznokciach,
- dobre krycie przy pierwszej aplikacji,
- powstanie elastycznej warstwy - nie pęka i nie odpryskuje,
- trwałość lakieru na paznokciach do 5 dni,
- wyjątkowy połysk – bez dodatkowego użycia preparatu nabłyszczającego.

Trwała formuła lakieru wzmacnia i utwardza paznokcie.

Nie zawiera szkodliwych związków: toluenu, formaldehydu i kamfory

7ml.
Cena: 4.99 PLN 
Moja opinia: 

Posiadam dwa kolory: 492 kobaltowy mat  oraz 496 pomarańczowy fluo. Ostatni był hitem lata! Nie nosiłam go na co dzień na wszystkich paznokciach ale bardzo podobał mi się jeden pomarańczowy paznokieć na tle np. różowych, w kolorze fuksji :-) Wszystkie paznokcie pomalowane fluorescencyjną pomarańczą to dla mnie jednak za dużo, nawet w okresie wakacyjnego szaleństwa :-) Kobaltowy zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu, choć jest trochę za ciemny na lato. Zdecydowanie lepiej sprawdzi się jesienią i z pewnością sięgnę po niego jeszcze nie raz! 

Lakiery, mimo że są z jednej serii, nieco się różnią. Matowy jest zdecydowanie bardziej gęsty i aplikacja sprawiła mi nieco więcej trudności niż w przypadku fluo. Ciemny kolor jest bardzo wymagający dlatego trzeba trochę wprawy i cierpliwości. Z pewnością nie nadaje się na malowanie tuż przed wyjściem,  przynajmniej w moim przypadku. Kładłam go na lakier podkładowy w obawie, że ciemny kolor może odbarwić płytkę paznokcia i tak się nie stało. Łatwo dał się zmyć, choć jak to w przypadku tak ciemnych kolorów, musiałam włożyć w to nieco więcej wysiłku. Co to efektu, spodziewałam się płaskiego matu, tymczasem wyszło coś na kształt satyny... Początkowo sądziłam, że to efekt bezbarwnej bazy ale malowałam też bez lakieru podkładowego i mimo to nadal nie uzyskałam efektu matu... Ciekawa jestem, czy w Waszym przypadku było podobnie... W zasadzie mi to niespecjalnie przeszkadza bo wcześniej nie używałam lakierów bez połysku, mimo że takie mam w swojej kolekcji. Niemniej jednak, jeśli sięgniecie po ten lakier z zamiarem osiągnięcia matu, możecie być rozczarowane. Kolor jest ładny, głęboki - na jesień będzie super! 
Pomarańczowy fluo aplikował się zdecydowanie lepiej, choć także wymagał ode mnie sporego skupienia. Na uwagę jednak zasługuje krycie - najlepsze ze wszystkich trzech! Producent zaleca dwie warstwy, jednak jedna w moim przypadku okazała się całkowicie wystarczająca: kolor jest mocny i nasycony.

Charakterystyczną cechą tych lakierów jest pędzelek - bardzo krótki, ale mimo to poręczny i precyzyjny. Łatwo się nim prowadzi lakier, nie pozostawia większych smug. 

Sam lakier zasycha w bardzo szybkim tempie i długo trzyma się na paznokciach. Pod tym względem zdecydowanie najlepszy okazał się fioletowy (recenzja powyżej) ale te wypadają niewiele słabiej. Aplikowałam zarówno dwie cieńsze warstwy, jak i jedną grubą i oba sposoby okazały się równie skuteczne.  U mnie lakiery z tej półki cenowej trzymają się około kilku dni bez odpryskiwania i ścierania - myślę, że to dobry wynik.

O opakowaniach nie będę się rozpisywać, bo pisałam o tym już wcześniej - w przypadku tych dwóch lakierów nic się nie zmieniło - małe, poręczne, z tyłu znajdziemy kilka podstawowych informacji i termin przydatności produktu. 

Nie jestem lakieromaniaczką. Uwielbiam kolory ale niekoniecznie na swoich paznokciach. Sądzę jednak, że te lakiery to świetne rozwiązanie dla każdego, szczególnie, że dostajemy małą buteleczkę za niewielkie pieniądze. Osobiście nie kupiłabym drogiego lakieru w odjechanym kolorze, skoro na co dzień preferuję paznokcie 'nude'. Latem jednak można zaszaleć i zaopatrzyć się w kilka typowo wakacyjnych kolorów, nie rujnując portfela (tym bardziej, że fluo może szybko wyjść z mody). Myślę, że miłośniczki kolorowych dłoni także nie będą zawiedzione: barwy są głębokie i nasycone. Podsumowując, polecam! 

 

Moim faworytem, zarówno pod kątem aplikacji jak i koloru pozostaje 488 pastelowy fiolet ale myślę, że warto wypróbować przynajmniej kilka - na jesień koniecznie mat! Poniżej możecie zobaczyć, jaki wybór pozostawia nam Hean. Więcej znajdziecie tutaj -> KLIK 
perłowa biel
450
 pastelowy niebieski
451


jasny róż
452

czerwień
453


grafitowy
454

mleczna czekolada
487


pastelowy fiolet
488
  

nasycony róż
489
  

grafitowy granat MATT
490
  

pomarańczowy MATT
491
  

kobaltowy MATT
492
  

róż FLUO
493
  

lazurowy błękit FLUO
494
  

soczysta limonka FLUO
495
 

pomarańczowy FLUO
496
  

turkusowy FLUO
497    






sobota, 24 września 2011

WYNIKI rozdania z jajem...

... historia obrazkowa :-)
















Lidio, ja i moja "maszyna losująca" Miziolina gratulujemy wygranej :-) Proszę o adres, na który mamy wysłać nagrodę. 





Wszystkim bardzo dziękuję za tak liczny udział w moim pierwszym rozdaniu. Organizacja go przyniosła mi tyle frajdy, że już planuję kolejne. Czuwaj! 

Ala

piątek, 23 września 2011

Pielęgnacyjne KWC!

Jakiś czas temu nawiązałam współpracę z firmą Bio Profil (możecie poczytać o tym TUTAJ). Do przetestowania wybrałam sobie trzy kremy, dziś recenzja dwóch z nich, jak się okazało, moich pielęgnacyjnych ulubieńców!


Jak już pisałam wcześniej, mogłam wybrać sobie trzy dowolne produkty z całej oferty. Okazało się, że miałam nosa. Dwa spośród trzech kosmetyków to kremy SVR, marki, której nie trzeba Wam chyba przedstawiać. Szukałam idealnych produktów do pielęgnacji na dzień i na noc, które nie zapychają cery i jednocześnie dobrze nawilżają. Znalazłam i wygląda na to, że pozostanę im wierna!

Wybrałam krem HYDRACID C20 i HYDRACID C. Bardzo pomocne okazały się opinie na forum Wizaż -> znajdziecie je TUTAJ i TUTAJ. Mimo, iż zdania były mocno podzielone, postanowiłam zaryzykować. A co o nich mówi producent? 


HYDRACID C20 

Krem pielęgnacyjny redukujący oznaki starzenia się skóry: zmarszczki, nierówny koloryt, brak elastyczności. Receptura kremu zawiera wysoce skoncentrowaną, 20% witaminę C o udowodnionych naukowo właściwościach pobudzających syntezę nowych włókien skóry: kolagenu i elastyny. Ponadto witamina C chroni skórę przed szkodliwym działaniem UV, ujednolica koloryt skóry. Delikatnie perfumowany, doskonałe właściwości nawilżające. Nie powoduje powstawania zaskórników. Stosowanie: Rano i wieczorem na skórę twarzy i dekoltu. Doskonały pod makijaż. 

HYDRACID C 

Krem korygujący pierwsze objawy starzenia się skóry: drobne zmarszczki, nierówny koloryt, utrata blasku. Połączenie składników aktywnych kremu zapewnia działanie redukujące pierwsze zmarszczki oraz działa prewencyjnie: zwalcza wolne rodniki, chroni przed UV, redukuje niekorzystne efekty zanieczyszczonego środowiska, wpływu stresu. Stosowanie: Ze względu na działanie ochronne kremu stosować przed wszystkim na dzień. Lekka konsystencja zapewnia doskonałą bazę pod makijaż. 

MOJA OPINIA:
Na wstępie chcę zaznaczyć, że używam tych produktów jednocześnie więc nie jestem w stanie przypisać każdemu z nich osobnych właściwości. Krem Hydracid C nakładam codziennie rano pod makijaż a Hydracid C20 na noc. Stosuję je od końca początku sierpnia, więc już blisko dwa miesiące. Po tym czasie mogę powiedzieć, że: 

  • oba doskonale i szybko się wchłaniają do zupełnego matu. Nie pozostawiają wyczuwalnej warstwy na skórze i od razu można wykonać makijaż
  • mają bardzo lekką konsystencję, aplikacja jest bardzo przyjemna
  • mają brzoskwiniowy kolor ale nie barwią skóry 
  • są łagodne i nie szczypią w oczy, nie uczuliły mnie
  • nadają się pod makijaż, nie rolują się i ładnie współgrają z podkładami 
  • mają bogaty skład
  • zapach specyficzny, dla mnie bardzo przyjemny, owocowy
Działanie: 
  • skóra jest wyraźnie: nawilżona (choć zaznaczam, że nie mam suchej cery), rozjaśniona, miękka, odświeżona i wygładzona. Wygląda zdecydowanie zdrowiej i bardziej promiennie! I tu mówię jak najbardziej serio, jestem pod wrażeniem poprawy stanu skóry.
  • koloryt jest wyrównany, ujednolicony
  • kremy nie zapychają, wręcz przeciwnie: mam wrażenie, że zapobiegają wszelkiego rodzaju niespodziankom a zaskórniki są mniej widoczne
  • trudno mi ocenić właściwości przeciwzmarszczkowe, gdyż stosuję je raczej prewencyjnie (mam 26 lat)

Sądzę, że są bardzo wydajne. Jak napisałam, stosuję je już blisko dwa miesiące i jak na razie końca nie widać (stosuję je na samą twarz. Potrzebna jest niewielka ilość, choć zaznaczę, że nie stosuję ich na dekolt ale na samą twarz). 

Jeśli chodzi o opakowanie to zdecydowanie bardziej odpowiada mi formuła Hydracid C: wykonane jest z miękkiego aluminium, łatwo wycisnąć odpowiednią ilość i można zużyć go absolutnie do końca. Hydracid C20 jest w naprawdę ciężkiej buteleczce. Minusem też jest to, że nie widać zużycia i ciężko będzie wygrzebać z niego resztkę produktu ale za to posiada pompkę umożliwiającą higieniczną aplikację. Poza tym, że można ją przekręcić, żeby zapobiec wydostaniu się kremu, zawiera też 'kapturek', który świetnie sprawdził się w podróży! Oba opakowania były zabezpieczone 'zgrzewką', dzięki czemu miałam pewność, że nikt ich wcześniej nie używał. Oba zawierają 30 ml produktu. 

Zniechęcać może Was cena (Hydracid C około 70-100 zł. w zależności od apteki; Hydracid C20 150-190 zł.). Moim zdaniem jednak krem do twarzy jest kosmetykiem, na którym nie warto oszczędzać. Przez długi czas używałam produktów drogeryjnych, później przerzuciłam się na dermokosmetyki i jestem bardzo zadowolona. SVR i tym razem mnie nie zawiódł ale wygląda na to, że produkty, które przetestowałam okazały się dla mnie idealne. Po wielu eksperymentach moja skóra nie była w najlepszym stanie. Odkąd używam tych dwóch kremów zauważyłam znaczną poprawę. 



To są zdecydowanie najlepsze kremy jakich do tej pory używałam. Wcześniej stosowałam SVR Chronolys ale bardziej odpowiada mi seria Hydracid. Możliwe, że znajdę coś, co mnie zaskoczy jeszcze bardziej ale na chwilę obecną to moje KWC! Polecam! 
 
Więcej informacji o tych produktach znajdziecie tutaj -> http://svr.pl/gamy/hydracid/
Zachęcam także do odwiedzenia strony Bio Profil -> http://www.bioprofil.pl/

Bardzo jestem ciekawa pozostałych produktów z oferty SVR. A Wy jakie macie doświadczenia z dermokosmetykami tej marki? Jestem ciekawa Waszej opinii. 

Tymczasem! 
Ala

Bardzo dziękuję Pani Magdzie z Bio Profil za możliwość zapoznania się z produktami marki SVR, które sama mogłam wybrać do testów. Jednocześnie zapewniam Was, że fakt otrzymania kosmetyków nie wpłynął w żaden sposób na moją opinię.

wtorek, 20 września 2011

Lash Love od Mary Kay - recenzja

Jak już pisałam, jakiś czas temu podjęłam współpracę z marką Mary Kay (klik). Dziś przyszedł czas na recenzję jednego z produktów, który znalazł się w paczce do testowania, a mianowicie tuszu do rzęs Lash Love. Zaczęłam go używać na początku sierpnia i myślę, że po półtora miesiąca mogę już coś o nim opowiedzieć. Zanim jednak przejdę do recenzji, kilka słów od producenta: 
Do głównych składników formuły Tuszy do rzęs Lash Love należą: 
  • Kompleks Panthenol Pro - zestaw składników zawierający prowitaminę B5 (pantenol) i fitantriol, który  nawilża, odżywia  i wzmacnia rzęsy.
  • Witamina E (Octan Tokoferolu) - przeciwutleniacz ceniony za właściwości nawilżające i odżywiające.
  • Dimetikon nadający rzęsom jedwabistą gładkość. 

Drugim sekretem tuszy do rzęs Mary Kay Lash Love jest wyprofilowana szczoteczka, która starannie rozdziela rzęsy i pokrywa każdą z nich równomierną warstwą tuszu. Rzęsy stają się pełniejsze, uniesione, naturalnie miękkie i zdrowo wyglądające, bez widocznego efektu usztywnienia, który nadają inne tusze. 

Zamiast tradycyjnych nylonowych włókien oplecionych wokół metalowej rączki, nowa szczoteczka skonstruowana jest z jednoczęściowego, elastycznego elementu zakończonego długimi i krótkimi włoskami. Krótkie zapewniają aplikację właściwej ilości produktu,a  długie rozczesują rzęsy rozprowadzając tusz równomiernie na całej długości. Szczoteczka w nowym tuszu Mary Kay została zaprojektowana specjalnie tak, aby wyeliminować sklejanie, dzięki czemu aplikacja stała się bardziej precyzyjna. 

Oba tusze do rzęs Mary Kay Lash Love są dostępne w dwóch kolorach - czarnym i brązowym. Kobietom, które pragną zaskakiwać otoczenie wyrazistym spojrzeniem tusz do rzęs Lash Love zapewni zdrowo wyglądające, gęste i nieskazitelne rzęsy na co dzień. 

Tusz występuje w wersji zwykłej i wodoodpornej.

Więcej dowiecie się tutaj -> KLIK
Cena: 69 zł / 8g. 

MOJA OCENA: 

Początki z tym tuszem nie były najlepsze. Trudno mi się go aplikowało, sklejał rzęsy a efekt był niezbyt zadowalający.  Byłam nim zawiedziona ale postanowiłam dać mu drugą szansę. Po jakimś czasie wróciłam do niego i miałam wrażenie, że to nie ten sam tusz! Używam go już półtora miesiąca i mogę o nim powiedzieć tyle, że: 
  • rzeczywiście zagęszcza rzęsy, które stają się pełne i wyraziste
  • bardzo szybko schnie, nie odbija się i nie spływa
  • wydłuża i podkręca moje proste jak druty rzęsy :) 
  • nie kruszy się ani nie rozmazuje przez cały dzień
  • silikonowa, elastyczna szczotka ładnie i precyzyjnie rozdziela włoski 
  • można nim uzyskać zarówno delikatny efekt, jak i bardziej teatralny - w zależności od sposobu aplikacji
  • nie brudzi powiek nawet, jeśli malujemy rzęsy tuż przy nasadzie!
  • z łatwością dociera do najmniejszych włosków
  • bardzo ładna, głęboka czerń
  • wystarczy jedno pociągnięcie, żeby uzyskać wyraźny efekt
  • klasyczne, eleganckie opakowanie

Na zdjęciu po kolei: rzęsy bez tuszu / jedna warstwa (góra) / dwie warstwy (dół)





Jednak...


  • trzeba opanować jego aplikację, początkowo może sklejać rzęsy 
  • mimo, że mam wersję niewodoodporną, dość trudno go zmyć - niekoniecznie jest to jego minus, świetnie się sprawdzi na szczególne okazje, bo długo pozostanie na swoim miejscu
  • na początku wydawał mi się zbyt rzadki i mokry, zdecydowanie dobrze mu zrobi, jak delikatnie przyschnie - jak to bywa z większością tego typu produktów
  • trzeba uważać, żeby nie zaaplikować zbyt dużo produktu, gdyż może zostawiać grudki
  • dość drogi 
  • dostępny przez konsultantki Mary Kay



Podsumowując, bardzo lubię ten tusz. Początkowo nie byłam nim zachwycona, ale z czasem jego działanie coraz bardziej mnie zadowalało. Musiałam nauczyć się go używać :-) W tej chwili używam tylko tego tuszu, bez względu na to czy robię delikatny makijaż do pracy czy mocniejszy na wieczór lub specjalną okazję. Trudno mi ocenić właściwości nawilżające i odżywiające, bo nigdy nie miałam problemu z rzęsami. Niewątpliwym plusem tego produktu jest silikonowa, precyzyjna szczotka, która ładnie rozdziela rzęsy. Przekonałam się do niego i jestem bardzo zadowolona. Poprosiłam też o ocenę Mamę, która regularnie maluje rzęsy i też lubi tego typu szczoty - jej ocena także była bardzo pozytywna. Myślę więc, że jest to produkt wart wypróbowania! POLECAM!



A Wy znacie ten tusz? Co o nim sądzicie? Jestem ciekawa czy Wasze odczucia są zbieżne z moją recenzją. Dajcie znać.

Tymczasem!
Ala

poniedziałek, 19 września 2011

Wspomnienia z Alaski...


Już na wstępie zaznaczę, że ten post wyjątkowo nie będzie dotyczył kosmetyków. Jak zaznaczyłam na początku mojego blogowania, będę pisać o wszystkim, co nadaje smak mojemu życiu. Dzisiejszy post wynika z tęsknoty za Alaską, która sprawiła, że tego lata nigdy nie zapomnę... Zapraszam Was na opowieść i kilka slajdów z podróży. 

Alaska i Kanada fascynowały mnie odkąd pamiętam. Czytałam książki, oglądałam filmy i  wiedziałam, że to miejsca, które koniecznie muszę zobaczyć! W tym roku postanowiłam spełnić swoje marzenie.

Podróż zaczęłam już w czwartek, 04 sierpnia, podróżą z Gdańska do Warszawy, później lot do Amsterdamu, dalej do Minneapolis i wreszcie do Fairbanks. Tam czekał już na mnie M. i po kilku godzinach snu wyruszyliśmy od razu na pierwszą wycieczkę. Droga z Fairbanks do Deadhorse zajęła nam cały dzień, wyruszyliśmy o poranku, dotarliśmy wieczorem (pewnie byłoby szybciej, gdybyśmy poruszali się po asfalcie, była to jednak jedyna droga na północ, więc nie mieliśmy wyboru :-) Kto oglądał alaskańskie odcinki Ice Road Truckers skojarzy pewnie Dalton Highway). Wieczorem wybraliśmy się na krótki spacer - patrol policji ostrzegł nas jednak przed niedźwiedziem w bliskiej odległości więc wróciliśmy do naszej bazy noclegowej - samochodu :-) Najważniejsze wspomnienie tego dnia to niezwykły zapach, oszałamiająca przyroda po horyzont i brak ludzi...Dokładnie tak wyobrażałam sobie to miejsce...
Z niecierpliwością czekaliśmy na poranek, kiedy to wybraliśmy się do Prudhoe Bay - miejscowości położonej nad Oceanem Arktycznym. Moczyliśmy jedynie nogi, na kąpiel niestety nie dostaliśmy pozwolenia od przewodnika. Nie udało nam się zobaczyć niedźwiedzia polarnego ale widzieliśmy za to karibu, lisy i sowy polarne a w drodze powrotnej mieliśmy okazję przyjrzeć się wilkowi, który niespiesznie przeszedł przed maską naszego samochodu :-) Wspomnienie tego dnia to bez wątpienia ocean, olbrzymie pola naftowe należące do BP, niezwykła przyroda i ropociąg, psujący jednak ten piękny krajobraz.

Trzeciego dnia wybraliśmy się do Denali gdzie czekała na nas świetna przygoda! Środkowa po prawej, z rozdziawioną buzią, to ja :-)
Spływ rzeką Nenana, Denali 

Autobus wykorzystany w filmie Into the wild, Healy
Dzień 4 będę wspominać wyjątkowo. Rano wybraliśmy się na jeep safari szlakiem Stampede, którym szedł Christopher McCandless (kto oglądał film Into the wild z pewnością kojarzy tę postać. Po południu zaś niewielki samolot zabrał nas na lot nad górami. Mieliśmy okazje podziwiać Mt.Mc Kinley z zupełnie innej perspektywy - nie da się tego opisać słowami... Wielką niespodzianką pod koniec dnia było spotkanie z rysiem :-)
Mt. McKinley /Mt.Denali (6194 m n.p.m.)



























Dzień 5 minął nam pod znakiem podróży do Cooper Center i podziwiania niezwykłych widoków przez szybę samochodu :-)



Kolejnego dnia dotarliśmy do miejscowości Valdez,  która stanowiła dla nas bazę wypadową na kajaki i wspinaczkę na lodowiec - to była z pewnością jedna z najlepszych wycieczek! Jaskinie lodowe zapadną mi
w pamięci na długo, zresztą same zobaczcie: 



Po tak niesamowitym i pełnym wrażeń dniu, wróciliśmy do Fairbanks, przepakowaliśmy plecaki ale zanim ruszyliśmy w dalszą podróż, wybraliśmy się na typowy amerykański festyn, gdzie zaliczyliśmy coś na kształt odwróconego bungee - zostaliśmy dosłownie wystrzeleni w górę :-) Nie wiem co było bardziej ekstremalne: to przeżycie czy tamtejsze jedzenie :-) Po mocnych wrażeniach wyruszyliśmy w dalszą drogę: przez Kanadę do Skagway. Udało nam się po drodze zobaczyć pierwsze łosie a pod koniec dnia... czarnego niedźwiedzia, który jakby nigdy nic, spacerował wzdłuż drogi :-)




Dziewiąty dzień spędziliśmy w niezwykłym miejscu: popłynęliśmy promem ze Skagway do Haines, gdzie przesiedliśmy się na pontony, którymi spłynęliśmy rzeką, podziwiając orły (Chilkat Bald Eagle Preserve). Większe wrażenie tego dnia zrobiły na mnie jednak olbrzymie łososie, które płynęły pod prąd strumienia, padając z wyczerpania. Widok niesamowity, niezapomniany i jednak przygnębiający...Następnego dnia wyszliśmy w góry szlakiem Dewey Lakes Trail, wieczorem zaś wybraliśmy się na spacer po miasteczku - zdecydowanie najbardziej urokliwym ze wszystkich, jakie poznałam w tym rejonie stanu. Kolejny dzień upłynął nam na powrocie do Fairbanks, znów przez Kolumbię Brytyjską i Yukon. Widoki zapierały dech!

 

Dnia 12 wyruszyliśmy znów na jednodniową wycieczkę do Denali a kolejne trzy spędziliśmy w Fairbanks, wtedy właśnie upolowałam kosmetyczne cuda :-))) Kiedy znów wróciliśmy do Denali, wybraliśmy się na wycieczkę do Parku Narodowego; tam po raz drugi spotkaliśmy niedźwiedzia - tym razem grizzly. Wędrowaliśmy malowniczym szlakiem, wspinaliśmy się by wrócić na koniec dnia na kolację połączoną z musicalem (Music of Denali) i zrelaksować się w jacuzzi pod gołym niebem :-) Kolejny dzień spędziliśmy w podróży do Cooper Landing a po drodze odwiedziliśmy Alaska Wildlife Conservation Center, gdzie mogliśmy z bliska przyjrzeć się zwierzakom. 


Dzień 18, ze względu na wyjątkowo deszczową pogodę spędziliśmy w Anchorage, następnego dnia zaś przeżyliśmy niesamowitą przygodę w Seward, skąd statek zabrał nas do Kenai Fjords National Park. Nie wiem co podobało mi się tego dnia najbardziej: długi rejs po Pacyfiku, lodowce czy liczne zwierzęta, które obserwowaliśmy, a tu mieliśmy olbrzymie szczęście: widzieliśmy humbaki, delfiny i orki, a także foki, lwy morskie, puffiny, rozgwiazdy i orły. Miałam okazję poczuć zimno Alaski i usłyszeć dźwięk pękającego lodowca, którego nie da się opisać słowami... 








Na drugi dzień podziwialiśmy niesamowitą przyrodę Alaski z samochodu a kolejnego dnia wybraliśmy się na konną wycieczkę - znów mogliśmy podziwiać Mt. McKinley z zupełnie innej perspektywy; pogoda wyjątkowo nam to uprzyjemniła! Zaskoczyło mnie to, jak szybko zmienił się krajobraz: jeszcze trzy tygodnie temu było zielono i ciepło, kiedy wyjeżdżałam, miałam okazję zobaczyć wczesną jesień, której urok na Alasce jest absolutnie niesamowity!





Wydawało mi się, że najpiękniejsze za mną, a jednak znów spotkała mnie miła niespodzianka. Podczas lotu nad Grenlandią widziałam zorzę polarną! Niestety nie mogłam zrobić z samolotu udanego zdjęcia.

Alaska mnie nie rozczarowała, co więcej, zakochałam się w tym miejscu i już wiem, że tam wrócę. Muszę zobaczyć to miejsce zimą!A jak Wam się podoba to miejsce Chciałybyście je kiedyś odwiedzić? Ciekawa jestem z czym Wam się kojarzy Alaska :-) Dajcie znać, jeśli dotrwałyście do końca tego posta ;-) 

Tymczasem!

 

Wszystkie zdjęcia umieszczone w tym poście są autorstwa mojego lub M. Proszę, nie kopiuj ich bez mojej zgody.

UA-49610063-1