niedziela, 31 lipca 2011

Mary Kay make-up

Jakiś czas temu otrzymałam propozycję współpracy od firmy Mary Kay (pisałam o tym TUTAJ). W paczce produktów do przetestowania znalazłam między innymi mini kompakt mineralnych cieni, idealny do torebki lub podróży. Dziś chciałam pokazać makijaż, jaki nimi wykonałam oraz opowiedzieć kilka słów o cieniach.O kompakcie opowiem więcej po podróży. Sądzę, że doskonale się nadaje, bo w niewielkim, eleganckim pudełeczku mieści 3 cienie, 3 aplikatory i róż: idealna oszczędność miejsca! Zobaczymy jak się sprawdzi. Makijaż tymczasem wygląda tak:


Co o cieniach mówi producent? 

Ekscytujące, intensywne i kolorowe. Mineralne cienie do powiek Mary Kay to trwałe, nie blaknące kolory. 

Cechy/składniki: 
  •  ich formuła oparta jest na składnikach pochodzenia mineralnego, które mają właściwości "pochłaniania"nadmiaru wydzielanego sebum i matowania
  • formuła wzbogacona witaminami A, C i E (przeciwutleniacze, które chronią przed wolnymi rodnikami powodującymi zmarszczki)
 Korzyści: 
  • nakładane na mokro lub sucho, te jedwabiste cienie dają długotrwały, naturalny kolor
  • równomiernie się rozprowadzają i dają przejrzyste pokrycie, które można stopniowo zwiększać
  • nie zbijają się w zagłębieniach
  • bezpieczne dla osób o wrażliwych oczach i noszących szkła kontaktowe
  • idealnie pasują do nowego kompaktu Mary Kay. Łatwo je wymieniać by zawsze mieć przy sobie odpowiedni zestaw cieni   
  • do wyboru 28 odcieni
Waga: 1,4 g
Cena detaliczna: 31 zł. 

Moja opinia: Mam niewielkie doświadczenie z minerałami, tym bardziej z mineralnymi cieniami do powiek. Szczerze mówiąc zupełnie zapomniałam, że są mineralne :-) Potraktowałam je identycznie jak zwykłe cienie, których używam na co dzień. 
W pierwszej kolejności zauważyłam, że są słabiej napigmentowane niż cienie Sleeka czy Inglota, do którego jestem przyzwyczajona. Zestaw, którym malowałam posiada dwa maty i jeden drobinkowy cień. Musiałam trochę pomachać pędzlem, żeby uzyskać pożądany efekt i jednolity kolor bez prześwitów, niemniej jednak efekt bardzo mnie zadowolił. Cienie mają delikatną konsystencję i nieco się kruszą przy zabieraniu ale nie osypują się bardziej, niż inne. Bardzo łatwo dają się rozcierać i łączyć ze sobą. Niesamowicie podoba mi się naturalny efekt, jaki dają, szczególnie, że kolorystyka bardzo przypadła mi do gustu. Podoba mi się też, że są malutkie, nie sądzę, żeby były przez to mało wydajne. Malowałam w domu więc użyłam własnych pędzli, nie wiem jak te dołączone do zestawu będą się sprawowały - sprawdzę to dopiero w podróży. Zawsze używam bazy (Kobo) i te cienie na niej sprawowały się bardzo dobrze. Makijaż pozostał na długo intensywny i trwały, cienie nie rolowały się, nie znikały, nie zmieniały koloru. Róż także bardzo ładnie się trzyma. Na zdjęciach tego nie widać ale daje on bardzo subtelny, złoty błysk, który ładnie rozświetla skórę.


Użyłam zestawu Summer Cottage, w skład którego wchodzą: cienie rose mist, espresso oraz sweet cream a także róż sunny spice.
Cena zestawu: 130 zł. 


Jak wiadomo, jestem zwolenniczką bardzo naturalnego makijażu, stąd moja wersja bardzo delikatna. Można byłoby zrobić za pomocą tego zestawu bardzie wyrazisty look, ale myślę, że jest on właśnie idealny dla zwolenników stylu "no make-up". Posiadam także drugi zestaw, Ocean Breeze, ,inspirowany morskim błękitem i promiennym blaskiem, więc to nie ostatni makijaż wykonany tymi cieniami. 

Jeśli cienie wzbudziły Wasze zainteresowanie, zapraszam na stronę Mary Kay (klik).

Dziękuję firmie Mary Kay za uznanie dla mojego bloga i nawiązanie współpracy. Jednocześnie zapewniam, że fakt przekazania produktów do recenzji nie wpłynął w żaden sposób na moją ocenę. 

Tymczasem!
Ala

piątek, 29 lipca 2011

Całkiem inny post :)

Co napisania tej krótkiej notatki podkusił mnie pewien Pan M., który podczytuje mnie cichaczem z pewnego miejsca na A. i pewnie teraz się uśmiecha :-) Pozdrawiam! :-)

Temat tyczy się oczywiście kosmetyków, tym razem jednak... męskich :-) Czy zdarza się Wam podczas rozłąki podbierać po cichu te pachnące, jak na przykład żel pod prysznic czy perfumy?

Ja podbieram, całkiem jawnie zresztą. Dziś noszę Jego zapach. Bardzo mi to pomaga uporać się z tęsknotą...
Ciekawa jestem jak to jest u Was. Czy tylko ja tak wydziwiam? :-)

środa, 27 lipca 2011

Bio Profil: współpraca

Z radością spieszę poinformować, że nawiązałam kolejną, niezwykle ciekawą współpracę - tym razem z firmą Bio Profil, od której otrzymałam dzisiaj paczkę z kosmetykami. Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że firma pozwoliła mi samej wybrać produkty do testowania - bardzo miłe zaskoczenie!


Zanim opiszę co wybrałam i dlaczego, kilka słów o marce:


Firma Bio-Profil została założona w 1999 roku aby dostarczać najnowszych i najbardziej zaawansowanych technologicznie rozwiązań w dziedzinie dermatologii i medycyny estetycznej.
Misją Firmy jest przede wszystkim wytworzenie świadomości jak istotna jest zarówno codzienna profilaktyka  przeciwstarzeniowa jak również odpowiednia pielęgnacja skóry ze schorzeniami dermatologicznymi. 
Bio-Profil jest wyłącznym dystrybutorem wielu uznanych i cenionych na całym świecie Laboratoriów dermokosmetycznych specjalizujących się w dziedzinie poprawiania kondycji skóry problematycznej jak również kompleksowej prewencji przeciwstarzeniowej.
Do bogatego portfela marek dermokosmetycznych dystrybuowanych przez Bio-Profil należą francuskie Laboratoria SVR i URIAGE, oraz belgijskie Laboratorium AURIGA. Zaś w  portfelu medycyny estetycznej znajduje się francuskie Laboratorium FILORGA oraz hiszpańskie Laboratoria MEDIDERMA oraz MESOESTHETIC.
Firmę Bio-Profil tworzy doświadczony zespół profesjonalistów, którzy wkładają całą swoją pracę oraz serce w to aby nadal dynamicznie rozwijać ofertę Firmy przekonując do siebie coraz większe grono wymagających klientów.

Firmę SVR i Uriage znałam już wcześniej: bardzo przypadła mi do gustu seria SVR Chronolys i woda termalna Uriage: bez tych kosmetyków nie wyobrażam już sobie codziennej pielęgnacji (o kremie pisałam już tutaj).  Jakiś czas temu przerzuciłam się z drogeryjnych kremów na dermokosmetyki więc perspektywa współpracy i poznania szerszego asortymentu niezwykle mnie ucieszyła.

       

Wszystkie logotypy na moim blogu są podlinkowane - po kliknięciu przeniesiecie się na oficjalną stronę

Wybór był niezwykle trudny, jednak zdecydowałam się na 3 kremy. Kilka słów o nich: 

SVR HYDRACID C20

Wskazania: Krem pielęgnacyjny redukujący oznaki starzenia się skóry: zmarszczki, nierówny koloryt, brak elastyczności. 

Właściwości: Receptura kremu zawiera wysoce skoncentrowaną, 20% witaminę C o udowodnionych naukowo właściwościach pobudzających syntezę nowych włókien skóry: kolagenu i elastyny. Ponadto witamina C chroni skórę przed szkodliwym działaniem UV, ujednolica koloryt skóry. Delikatnie perfumowany, doskonałe właściwości nawilżające. Nie powoduje powstawania zaskórników.

Stosowanie: Rano i wieczorem na skórę twarzy i dekoltu. Doskonały pod makijaż. 

Pojemność: 30ml
Cena: ok. 180 zł. 

Długo się wahałam, czy już czas aby moją 26-letnią skórę traktować tego typu kremami ale coraz częściej przekonuję się, że stosowanie kremów przeciwzmarszczkowych kiedy już się zmarszczki posiada jest trochę bez sensu... Wybrałam więc ten krem jako profilaktykę. Zachęciły mnie dodatkowo opinie na wizażu (KWC -> klik) więc postanowiłam spróbować. Skład mnie nie przeraża, witamina C zachęca. Myślę, że jeśli mnie nie zapcha (parafina w składzie) to mi nie zaszkodzi. 

Podoba mi się opakowanie z dozownikiem, które gwarantuje higieniczną aplikację. Ponadto posiada 'kapturek' zabezpieczający - idealne rozwiązanie w podróży, nic nam nie zapaskudzi kosmetyczki. Sama buteleczka jest niestety dość ciężka. Krem ma morelowy kolor ale nie barwi skóry. Konsystencja jest niezwykle lekka i umożliwia bardzo szybkie wchłonięcie kosmetyku do matu. Zapach jest dość specyficzny, myślę że nie wszystkim przypadnie do gustu. No i to tyle co mogę na razie napisać - pełną recenzję zamieszczę dopiero, jak się dobrze zapoznam z tym kremem. 


SVR HYDRACID C

Wskazania: Zapobieganie powstawaniu zmarszczek i rozświetlenie cery. 

Działanie: Hydracid C to innowacyjne połączenie Tri-Sevolu, Retinolu i Witaminy E. Opatentowany przez Labolatorium SVR Tri-Sevol to działanie trzech wyciągów aktywnych pochodzenia roślinnego - winorośli, soi oraz ogórecznika lekarskiego, bogatych w bioaktywne polifenole, izoflawony (fitoestrogeny) oraz -linolenowy. Witamina C zapewnia ochronę przeciw wolnym rodnikom, co w połączeniu z filtrem UV zwalcza efekty starzenia się skóry wywołane czynnikami środowiskowymi (słońce, tytoń, stres, zanieczyszczenie itp.). Dzięki efektowi rozświetlającemu i formule bogatej w substancje nawilżające, Hydracid C zapewnia skórze natychmiastowe uczucie komfortu. Lekka i łatwa do rozprowadzenia formuła O/W nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Nie powoduje powstawania zaskórników.

Stosowanie: Nakładać rano i/lub wieczorem na oczyszczoną skórę. Można stosować pod makijaż.

Pojemność: 30 ml
Cena: ok. 70 zł. 

W zasadzie wybrałam ten krem jako uzupełnienie poprzedniego oraz także dlatego, że ma bardzo dobre opinie. Mam nadzieję, że rozjaśni moją cerę, pomoże mi się uporać z przebarwieniami i niespodziankami, nawilży ją i ochroni przed zewnętrznymi paskudztwami. 
Bardzo podoba mi się malutka, lekka tubka (pojemność standardowa) oraz zabezpieczenie przed otwarciem: dostając produkt mamy gwarancję, że jest świeży. Po otwarciu mamy 9 miesięcy na zużycie. Krem także ma morelowy kolor i w zapachu i konsystencji bardzo przypomina swojego poprzednika. Zobaczymy jak będzie z działaniem. Póki co, oba wyglądają obiecująco...
URIAGE HYSEAC - EMULSJA MATUJĄCA


Działanie: Skutecznie redukuje błyszczenie, zachowując właściwy poziom nawilżenia skóry. Efekt czystej, świeżej i matowej skóry przez 12h. Doskonały pod makijaż. 

Wskazania: Skóra mieszana, tłusta, trądzikowa twarzy. Używać 1-2 razy dziennie.

Skład: Woda Termalna Uriage, wyciąg z wierzbownicy (Epilobium), kompleks nawilżający (gliceryna, fitosfingozyna), Pollution Protection Complex. 

Pojemność: 40 ml
Cena: ok. 50 zł.

Ten krem wybrałam pod wpływem tego, co działo się z moją skórą w ciągu ostatnich kilku dni, kiedy było duszno, gorąco, wilgotno. Przeczytałam też wiele pozytywnych opinii na jej temat. Jest leciutki, ładnie pachnie, mam nadzieję, że się sprawdzi i ugruntuje moją sympatię do marki.   

Jestem bardzo ciekawa tych produktów. Recenzje pojawią się pewnie za około miesiąc, kiedy będę miała już wyrobione zdanie na temat kremów. Ciekawa jestem, jakie Wy macie doświadczenia z tymi markami.  Dajcie znać. 

Zapraszam też na stronę Bio Profil jeśli chcecie dowiedzieć się więcej -> KLIK

Tymczasem!
Ala 

Dziękuję firmie Bio Profil za uznanie dla mojego bloga i możliwość zapoznania się z ofertą. Jednocześnie zapewniam, że fakt przekazania kosmetyków do recenzji nie wpływa w żaden sposób na moją opinię. 

wtorek, 26 lipca 2011

Lip Gloss Colour Obsession

Pozostając w temacie Colour Obsession i współpracy z Hean, dziś kilka słów o błyszczykach, które otrzymałam do przetestowania. 
Jak już wspominałam (klik), w paczce znalazłam dwa błyszczyki z nowej linii w kolorze 42 Spring Flower oraz 44 Rainbow Violet. Do wyboru jest jeszcze 6 równie ciekawych kolorów, które możecie zobaczyć TUTAJ (klik). Moje wyglądają następująco: 


Opis producenta: Wyrafinowany kolor i sexy blask. Ekspresowy efekt 3D.
Trwały błyszczyk wygładza i nawilża usta oraz uwydatnia ich kształt i kontur. Formuła Long Wear.
Formuła wzbogacona o Kiosmetinę która:
- intensywnie nawilża i pielęgnuje usta,
- zwiększa objętość - widoczny efekt 3D
- wygładza i uelastycznia naskórek ust
- działa przeciwzmarszczkowo, zapobiega starzeniu się naskórka ust.
Woski Carnauba, pszczeli i olejek makadamia - pielęgnują i chronią naskórek ust.

Gama 8 kolorów.
11ml./ Cena: 8.99 PLN

Moja ocena: W pierwszej kolejności, kiedy zobaczyłam błyszczyki, skojarzyły mi się z tymi z Bourjois, za sprawą łudząco podobnego opakowania ;-) Mimo to, bardzo mi się podobają, uważam, że są bardzo estetyczne. Zawierają wygodny i przyjemny, klasyczny aplikator (nie ma chyba nic gorszego niż błyszczyk w tubce, który oblepia wszystko dookoła). Zapach jest raczej słodki, ale nie mdlący, szybko przestaje być wyczuwalny.

Aplikacja nie sprawia żadnych trudności za sprawą precyzyjnej gąbeczki. Kosmetyk ma bardzo fajną konsystencję - jest dość gęsty, przez co nie spływa z ust a jednocześnie ich nie klei. Pozostaje wyczuwalny na ustach ale nie męczy - mnie bardzo odpowiada. Jedyne co mogę zarzucić w tej kwestii to fakt, że aplikator nabiera za mało produktu i trzeba się trochę namachać, żeby uzyskać pożądany efekt ale nie jest to jakoś wyjątkowo uciążliwe.Spodziewałam się, że jako produkt 'powiększający' optycznie usta będzie wywoływał mrowienie lub chłodzenie ale jest całkowicie niewyczuwalny pod tym względem. 


Trwałość: to, co szczególnie mi się spodobało w tych błyszczykach to fakt, że się bardzo dobrze trzymają. Nie spływają, nie ważą się i są zaskakująco trwałe. Długo pozostają na ustach, szczególnie jeśli nie jemy lub pijemy (czyli w moim przypadku praktycznie nigdy ;-). Przyznam, że nie mierzyłam tego z zegarkiem w ręku ale ja robię średnio dwie poprawki w ciągu dnia pracy (8h, wliczając w to dwie kawy i lunch :-). Zjadają się też bardzo równo - znikają niemal niepostrzeżenie. 

Efekt: bardzo mi się podoba efekt, jaki dają oba błyszczyki: naturalny, subtelny, delikatny. Oba zawierają dyskretne, rozświetlające drobinki ale na ustach są one praktycznie niewidoczne. Co więcej, ładnie się trzymają, nie "migrują" po całej twarzy. Ciemniejszy kolor, Spring Flower, uwidacznia je nieco bardziej ale nadal nie jest to tandetny efekt. Zdjęcia są robione w różnym czasie i świetle ale w miarę wiernie oddają kolor.


Mnie osobiście bardziej przypadł do gustu kolor jaśniejszy, Rainbow Violet i jego używam do makijażu codziennego. Ciemniejszy zostawiam na specjalne okazje, choć nałożony cienką warstwą też wygląda bardzo naturalnie. Efekt można wzmocnić kolejną aplikacją. Błyszczyk nie daje efektu "mokrych ust", raczej satynowy połysk, co bardzo przypadło mi do gustu. Nie do końca jednak dostrzegam efekt, który w przypadku tego produktu miał być wiodącą cechą, czyli powiększenie ust, efekt 3D. Rzeczywiście, kosmetyk ładnie wypełnia i rozświetla usta ale nie zauważyłam optycznego zwiększenia ich objętości. Zgodzę się natomiast z tym, że błyszczyk nie wysusza ust. Czy je intensywnie nawilża i pielęgnuje trudno mi ocenić, bo nie mam problemów ze skórą ust ale ich skóra jest rzeczywiście bardzo miękka. Trudno mi też się odnieść do jego przeciwzmarszczkowych właściwości - Hean deklaruje, że przeciwdziała starzeniu się naskórka, wygładzając go i uelastyczniając - nie zauważyłam jeszcze zmian wokół okolic ust ale napewno nie zaszkodzi ;-)

No i to chyba tyle, co po takim czasie mogę powiedzieć o tych produktach. Nie wiem na ile są wydajne, to się okaże za jakiś czas. Póki co, bardzo przypadły mi do gustu. Jaśniejszą wersję mam zawsze w torebce i dość często po nią sięgam, bardziej pasuje mi kolorystycznie. Podsumowując, uważam, że to bardzo fajna seria - za niewielką cenę dostajemy naprawdę niezły produkt. Do tej pory nie malowałam ust w ogóle, później zaczęłam dojrzewać do szminek, błyszczyki pomijając niemal zupełnie. Teraz, testując produkty Hean, przekonałam się do nich całkowicie. Szczerze polecam!

Informacje o tych i innych produktach marki Hean oraz adresy sklepów znajdziecie TUTAJ
Tymczasem!
Ala

Dziękuję przedstawicielowi firmy Hean, Pani Magdzie, za nawiązanie współpracy i możliwość zapoznania się z ofertą. Jednocześnie zapewniam Was, że fakt przekazania kosmetyków do testowania nie wpłynął w żaden sposób na moją ocenę.

piątek, 22 lipca 2011

Colour Obsession

To, że mam obsesję na punkcie kolorów wiadomo nie od dziś. Dotyczy każdej sfery, nie tylko kosmetyków. Kolory są mi niezbędne dla dobrego nastroju, dlatego otaczam się nimi wykorzystując każdą sytuację. Paczka od firmy Hean, zawierająca nowości z serii Colour Obsession już z definicji była strzałem w dziesiątkę :-) - dla przypomnienia klik

W paczce znalazłam 3 lakiery, w pierwsze chwili chwyciłam za numer 488 - pastelowy fiolet i nie rozczarowałam się. Wygląda tak:

Przyznam, że nie wszystkie kolory z tej serii mnie urzekły, ale gdybym miała sama wybrać dla siebie, w pierwszej trójce na pewno by się znalazł właśnie ten fiolet. Bardzo mi odpowiada, bo jest 'dyskretny' - nie przepadam za jaskrawymi paznokciami, ten odcień jednak wygląda bardzo przyjemnie. Jest pastelowy, dziewczęcy, idealny na lato!
Zdjęcia nie są najlepszej jakości ale musicie mi uwierzyć na słowo, że kolor wychodzi taki jak w buteleczce, bez przekłamania. Poza tym to, czego na pewno nie zobaczycie na moich super 'profesjonalnych' zdjęciach, lakier zawiera mini - mikroskopijne drobinki. Są tak maluśkie, że zauważalne dopiero przy mocnym świetle, wytężając mocno wzrok :-) Szczerze mówiąc zauważyłam to dopiero, gdy przeczytałam recenzję Ferrou  :-) (polecam - klik). Mimo, że nie przepadam za drobinkami, te są tak subtelne, że w zupełności mi nie przeszkadzają w lubieniu tego koloru :-) 


Zanim przejdę do jakości, kilka słów od producenta: 
Intensywny połysk i kolor bez smug.
Trwała formuła lakieru wzmacnia i utwardza paznokcie.

Formuła lakierów Colour Obsession - efekt HIGH GLOSS & LONG WEAR - zapewnia:

- równomierną aplikację bez smug,
- szybkie wysychanie lakieru na paznokciach,
- dobre krycie przy pierwszej aplikacji,
- powstanie elastycznej warstwy- nie pęka i nie odpryskuje,
- trwałość lakieru na paznokciach do 5 dni,
- wyjątkowy połysk – bez dodatkowego użycia preparatu nabłyszczającego.

Nie zawiera szkodliwych związków: toluenu, formaldehydu i kamfory



Cena: 4.99 PLN (7ml.)


W zasadzie mogę zgodzić się ze wszystkim, poza równomierną aplikacją bez smug i dobrym kryciem przy pierwszej aplikacji. Pierwsza warstwa smuży dość konkretnie i jest półprzezroczysta. Dopiero druga warstwa daje krycie i jednolity kolor, choć i tu w niektórych przypadkach, szczególnie jeśli nie zaczekamy wystarczająco długo, może trafić się prześwit (trzeba odczekać kilka minut). Dużym plusem jest czas, w jakim lakier schnie - trwa to naprawdę krótko! 
Bardzo podoba mi się opakowanie - prosta, kwadratowa buteleczka z podstawowymi informacjami i czasem przydatności do zużycia (2013, damy radę ;-). Pędzelek jest natomiast dość krótki i może być dla niektórych przez to nieporęczny, jednak mi to specjalnie nie przeszkadza. Nabiera odpowiednią ilość lakieru i ładnie go rozprowadza. Nie jest za twardy ani za miękki, ani za szeroki ani za wąski :-) Lakier nie jest szczególnie gęsty, powiedziałabym nawet że na tle innych dość rzadki ale aplikacja nie powinna przysparzać nikomu problemu. 

Niewątpliwą zaletą tego produktu jest trwałość. Uważam, że za tak niską cenę, jest świetnie! Lakier wytrzymuje spokojnie 5 dni, później pojawiają się drobne odpryski w rogach. Ja jestem estetką w tej kwestii i jak tylko zauważam ubytek, zmywam, ale 5 dni to dla niego standard. W mojej ocenie to bardzo dobry wynik. 

Podsumowując, uważam, że to jest bardzo udany produkt. Jedyne co można mu zarzucić to słabe krycie i smugi przy pierwszej warstwie ale mało który lakier daje taki efekt, a już na pewno na tej półce cenowej. Wielokrotnie jednak słyszałam, że nie każdy lakier z te serii ma tę samą jakość, dlatego zaznaczam, że dziś oceniam ten jeden: 488. Na testy czeka jeszcze pomarańczowy fluo i kobaltowy mat - zobaczymy czy te spiszą się równie dobrze...
Wszystkie pozostałe warianty kolorystyczne możecie zobaczyć tutaj

Niebawem pojawi się także recenzja błyszczyków, o których mam już dość konkretne zdanie. Ciekawa jestem czy moja opinia pokryje się z Waszymi, bo widziałam, że wiele blogerek otrzymało nowe serie do testów. 
Tymczasem!
Ala

wtorek, 19 lipca 2011

Zakupy...

Za dobrze jest. Jak mam dobry humor to łatwiej ulegam pokusom...
Miałam dziś towarzyszyć mojej siostrze w zakupach, sobie kupić tylko szampon. On jednak nie dałby mi tyle radości, co cała reszta 'przy okazji'. Zaczęło się od Rossmana gdzie dorwałam micel Bourjois - czas się przekonać czy rzeczywiście dorównuje mojej Biodermie. Do koszyka wrzuciłam też dwufazową Ziaję z nadzieją, że poradzi sobie z żelowym linerem Essence - polubiłam go bardzo ale zmycie dziada to prawdziwe wyzwanie... Później w oko wpadła mi urocza parasolka w sówki w świetnym niebieskim kolorze. Do tej pory nie nosiłam parasolki, uwielbiam deszcz. Ta jednak spodobała mi się tak bardzo, że została moją :-) Orzeszek był równie uroczy i bardzo tani a do tego w złotym kolorze - ostatnio mam fazę na złoty kolor i uwielbiam wisiorki więc bach, do koszyka. Prawdziwą radochę przeżyłam jednak dopiero w River Island, gdzie torebka, wokół której orbitowałam odkąd tylko się pojawiła, została przeceniona z 179 na 95 złotych :-) Jest piękna, taka o:







Koniec końców, kupiłam więcej pierdół niż moja siostra (dzięki A.)... Czekam jeszcze na pędzel Hakuro, który zamówiłam kilka dni temu i jak słowo daję, koniec z zakupami w tym miesiącu! :P I proszę mnie już niczym nie kusić, bo zbieram na wakacje, które tuż-tuż.

Tymczasem!
Ala

poniedziałek, 18 lipca 2011

Sleek Oh So Special

Każda blogerka, która choćby słowem wspomniała na swoim blogu o Sleek Oh So Special, każda, która szepnęła na ten temat choć słówko na Wizażu może czuć się współtwórcą mojego szczęścia :-) Jestem mięczakiem i szybko dałam się namówić na kupno paletki. 

Na Sleeka czaiłam się już od dawna, jednak w każdej paletce było coś, co mnie odwodziło od kupna. Oh So Special była pierwszą, która zachwyciła mnie każdym cieniem. Bardzo lubię makijaże 'no make-up' więc nie wahałam się długo. Nie zawiodłam się, wręcz przeciwnie, apetyt na Sleeka znacznie się wzmógł :-)

Paletką cieszę się dopiero od kilku dni więc nie zdążyłam jeszcze jej dobrze przetestować ale póki co jestem do niej bardzo pozytywnie nastawiona. Cienie się nie sypią, są zarówno matowe i błyszczące (ale nie brokatowe), ładnie się ze sobą łączą i blendują. Kolorystycznie bardzo do siebie pasują i dają spore pole do popisu. To jeden z pierwszych makijaży, jakie nią wykonałam: nic specjalnego ale właśnie o taki efekt mi chodziło gdy sięgnęłam po te cienie.


Paletka spokojnie mi wystarczy na wakacyjny wyjazd, zawiera bowiem zarówno maty do dziennego, subtelnego makijażu jak i drobinkowe, ciemniejsze kolory, które świetnie sprawdzą się na wieczór. Zaskoczył mnie trochę jej rozmiar - spodziewałam się, że jest nieco większa, ale właściwie pozytywnie :-) Gimnastykowałam się, żeby zdjęcia jak najwierniej oddały kolor, wygląda to mnie więcej tak: 


Dopiero zaczynam swoją sleekową przygodę ale już wiem, że po tę paletkę będę sięgała częściej niż po inne. Zachęcona jakością i ceną cieni, czaję się jeszcze na Storm, Paraguayę i Nude :-) Jak dotąd byłam wierna Inglotowi, teraz myślę, że Sleek go na jakiś czas zdetronizuje. 

Pierwotny zamysł bloga był bardziej makijażowy niż kosmetyczny ale nie wiem jak to się stało, wciągnęłam się bardziej w tematy pielęgnacji i ostatnio w ogóle przestałam malować. Chciałabym do tego wrócić bo dawało mi to dużo radości i satysfakcji. Mam nadzieję, że dla tych którzy tu jeszcze czasem zaglądają (jeśli takowi w ogóle są) będzie to dobra wiadomość i zachęta do dalszych odwiedzin. 

Tymczasem!
Ala

niedziela, 17 lipca 2011

Mary Kay - współpraca

W zeszłym tygodniu otrzymałam propozycję współpracy od firmy Mary Kay i chwilkę później dotarła do mnie paczka z nowościami do przetestowania. Przyznam, że to dopiero początek mojej przygody z tą marką, nie mam wyrobionego zdania o jej produktach, dlatego z ciekawością przystąpiłam do testowania.Cenną dla mnie informacją jest natomiast fakt, że kosmetyki Mary Kay nie są testowane na zwierzętach

Jeśli nie znacie jeszcze tej firmy a wzbudziła Waszą ciekawość, zapraszam na stronę: http://marykay.pl/




Przesyłka, którą otrzymałam, zawierała letnie nowości: Tusz do Rzęs Lash Love (klik), Mini Kompakt Mary Kay (klik), Weekendowy Zestaw do Makijażu Mary Kay (klik), najnowszy katalog oraz materiały prasowe w wersji papierowej oraz na malutkim, uroczym pendrive. 

Kompakt zawiera: 
Przyznam, że zawartość paczki ucieszyła mnie tym bardziej, że wybieram się w daleką podróż i muszę ograniczyć bagaż do minimum, więc zestaw zaproponowany przez Mary Kay będzie na tę okazję idealny! Poza tymdoskonale nadaje się do torebki. Dużą ciekawość wzbudził też tusz, uwielbiam takie szczoteczki. Jest czarny i niewodoodporny - taki, po który sama bym sięgnęła (do wyboru jest też wersja brązowa oraz wodoodporna)


Strzałem w dziesiątkę okazały się także kolory cieni i różu. Kompakt uzupełniony był wersją ocean breeze, natomiast zestaw summer cottage. Zdecydowanie częściej sięgam po kolory naturalne, dlatego od razu zamieniłam zawartość kompaktu. Do pudełka dołączona była także ozdobna naklejka, jednak pudełko tak mi się podoba, że nie wiem czy skorzystam z tej opcji :-) 

Z radością i ciekawością zabieram się za testowanie, niebawem przybliżę bardziej te produkty i uzupełnię opis o własną ocenę.

Bardzo dziękuję firmie Mary Kay oraz Pani Oli za możliwość zapoznania się z produktami. Jednocześnie zapewniam, że przekazanie kosmetyków do testowania nie ma wpływu na moją recenzję. 

Tymczasem!

czwartek, 14 lipca 2011

Vipera Creation

Jakiś czas temu podjęłam współpracę z marką Vipera (klik). Otrzymałam od niej trzy produkty, w tym lakier do paznokci i o nim dzisiaj kilka słów.

Seria Creation gwarantuje paznokcie lśniące zdrowiem i kolorem. Lakier, według producenta: 
  • Zgodnie z normami Unii Europejskiej nie zawiera chemikaliów przyspieszających degradację paznokci: toluenu, ftalanu dwubutylu, aldehydu  
  • Baza lakierowa odpycha promienie UV, co skutkuje odpornością kolorów na blaknięcie 
  • Kremowa konsystencja zapewnia komfortową jakość malowania, krycie, połysk, kilkudniową trwałość 
  • Szybko schnie na paznokciach 
  • Najwyższą trwałość i optymalne krycie lakieru uzyskujemy dwukrotnie malując suche paznokcie w odstępach 4-5 minut


  

W kolekcji przewija się urok nowoczesnych pigmentów - poetycznych, zmysłowych, również tajemniczych. Występują w synergii z przepychem kolorów Natury.
Niektóre są pełne światła. Pławią się w akcentach kolorystycznych, przenikają je odważne wejścia poświat i rozświetleń.
W kolekcji są też lakiery bezperłowe. Pozwalają zdobić paznokcie tonacjami rzadkich minerałów lub płatków kwiatów z różnych regionów świata. Gama kolorów jest nietuzinkowa, a jakość i solidność na paznokciach - z pewnością satysfakcjonująca.

Więcej informacji znajdziecie tutaj

Ja do przetestowania otrzymałam kolor w numerze 40. Jest modny w tym sezonie, idealny na lato do opalonych dłoni. Nie zawiera drobinek, jest jednolity, co mi bardzo odpowiada.

Buteleczka jest prosta w formie, trudno w zasadzie o niej cokolwiek powiedzieć :-) Aplikacja jest bardzo łatwa, początkowo miałam wrażenie, że pędzelek jest za wąski ale po chwili się do niego przekonałam. Lakier nakłada się równo i precyzyjnie także dzięki odpowiedniej konsystencji. Nie wiem jak będzie się zachowywał po jakimś czasie, na razie jest nowy i nie sprawia żadnych problemów. 

Niestety krycie, które mnie zadowoliło osiągnęłam dopiero przy trzeciej warstwie. Pierwsza była półprzezroczysta. Druga charakteryzowała się jeszcze licznymi smugami i prześwitami i dopiero trzecia dała jednolity kolor. Mimo, że lakier bardzo szybko schnie przy dwóch pierwszych warstwach (duży plus!), to przy trzeciej robi się już dość miękko i łatwo zrobić wgniecenie. Nie wiem jak zachowałby się pociągnięty na koniec utwardzaczem, nie próbowałam. Trzecia warstwa daje jednak intensywny kolor i ładny połysk. 


Obietnicę producenta co do trwałości można uznać za uzasadnioną. Na moich paznokciach lakier trzyma się kilka dni (w tym prace domowe i wielogodzinne uderzanie w klawiaturę ;-) ), ten z Vipery nie odstawał od innych w tej kwestii. Nie odpryskiwał ani się nie ścierał, nie pojawiały się na nim także bąbelki. Uważam, że trwałość względem ceny wypada naprawdę dobrze. 
Nie wiem czy odbarwia płytkę paznokcia bo położyłam go na podkład. Mimo trzech warstw, bez trudu dał się zmyć.

Wiem, że jest wiele zarówno zwolenniczek jak i przeciwniczek tych lakierów (KWC -> klik), wiele jest opinii, że jakość zależy od koloru. Nie mam doświadczenia z lakierami tej firmy więc trudno mi się do tego ustosunkować, jednak po moim teście jestem w zasadzie skłonna potwierdzić zapewnienia producenta wymienione powyżej. Uważam, że za tę cenę można śmiało wypróbować, tym bardziej że wybór kolorów jest obłędny! 

Niestety trafił do mnie kolor, który trudno mi będzie oswoić. Bardzo rzadko maluję paznokcie na inny odcień niż neutralny, nawet w wakacje. Żółty kogel - mogel to dla mnie trochę za wiele.
Dziękuję firmie Vipera za współpracę i możliwość zapoznania się z lakierem z serii Creation. Niebawem napiszę kilka słów o pozostałych produktach. 


Tymczasem!
Ala
UA-49610063-1