poniedziałek, 11 lipca 2016

Dlaczego przestałam pisać bloga.

Ci z Was, którzy jeszcze tu raz na jakiś czas zaglądają pewnie zauważyli, że przestałam pisać regularnie, a pojedyncze posty pojawiają się w dużych odstępach czasu. Dziś postanowiłam wyjaśnić skąd ta zmiana.

DLACZEGO BLOG?
Nie pamiętam dokładnie skąd wzięłam pomysł na prowadzenie bloga kosmetycznego ale popłynęłam na ogólnej fali popularności blogosfery. "Urodowe" tematy były moim konikiem, w międzyczasie rozpoczęłam szkołę wizażu i kosmetyki stały się dla mnie narzędziem pracy. Nie tylko te kolorowe, bo dość mocno zgłębiałam wizaż w ogóle, także w kontekście dbania o skórę i włosy. Po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że wiem już sporo i mogę się tą wiedzą dzielić z innymi. Coraz więcej osób pytało mnie o rekomendacje, widziałam zainteresowanie tym co robię a mój Mąż mocno mnie wspierał widząc, że zamienia się to w prawdziwą pasję. W pewnym momencie znałam większość kosmetyków na półkach, potrafiłam ocenić ich składy a nawet rozpoznawałam kolor lub nazwę szminki widząc makijaż w telewizji albo gazecie! :)

MAKIJAŻ PRZEDE WSZYSTKIM
W międzyczasie zostałam zawodową makijażystką. Ukończyłam szkołę i kilka kursów, obroniłam dyplom i zdałam państwowy egzamin czeladniczy, poznając ludzi, którzy do dziś umożliwiają mi rozwój w tej branży. Wielokrotnie myślałam o tym, że chciałabym aby blog był nie tyle kosmetyczny co makijażowy właśnie - chciałam iść w tym kierunku tak jak Dressed in mint, Katosu, Maxineczka czy wiele innych osób, które odniosły olbrzymi sukces zaczynając od bloga. Niestety mi się nie udało. Przede wszystkim dlatego, że nie maluję siebie, a innych. Pracuję dużo ale nie pamiętam lub nie mam możliwości zrobienia zdjęcia ze zgodą na publikację, o swoich selfie nawet nie wspominam. Choć przewinęły się przez moje ręce różne aparaty, kupiłam profesjonalne lustro z oświetleniem, nie pojęłam sztuki zrobienia sobie zdjęcia aby uchwycić makijaż w sposób, który by mnie satysfakcjonował. Zdjęcia na tle firanki, choć popularne w sieci, nie wchodziły w grę ;) Widziałam też po statystykach, że czytelnicy, którzy już się zgromadzili na mojej stronie, wolą wpisy o nieco innej tematyce a mnie wciąż ciągnęło bardziej do malowania niż zbierania pustych opakowań, które później fotografowałam do 'denka'.

DLACZEGO NIE ZOSTAŁAM PRO
W tym samym czasie obserwowałam jak rozwijają się dziewczyny, które zaczynały w podobnym czasie - rosły im statystyki, odsłony, piękniały witryny a do drzwi pukali kurierzy każdego dnia.  Zdjęcia stawały się coraz ostrzejsze, ładniejsze, aż wreszcie przypominały profesjonalne sesje produktowe w kolorowych pismach. Zaczęłam uczyć się obsługi aparatu, budowania kadru, wykorzystywania światła ale bez powodzenia. Czytałam "kominkowe" poradniki i słuchałam wykładów o tym jak z sukcesem prowadzić bloga ale brakowało mi czasu na codzienne wstawianie postów wysokiej jakości. Kiedy ci bardziej wytrwali zaczęli monetyzować swoje artykuły, ja zaczęłam odczuwać frustrację, że dziś znów nie udało mi się nic napisać, co przełoży się na statystyki (chociaż nigdy nie podpięłam analiticsa, czasem podglądałam dane z blogspota). Nie miałam poczucia, że robię coś dla słupków i wykresów, zwyczajnie cieszył mnie każdy komentarz pod treścią i nowy subskrybent ale gdzieś w środku miałam poczucie, że robię to źle. Nigdy nie myślałam o tym, żeby na blogu zarabiać, miałam inne, satysfakcjonujące źródło dochodu, którego nie chciałam zmieniać. Czułam jednak, że jestem gdzieś w ogonie kiedy nie odnalazłam się już w kolejnym rankingu najpopularniejszych blogów urodowych ale jednocześnie uczestnicząc w konferencjach, na których byli także 'celebryci blogosfery' wiedziałam, że nie interesuje mnie to na tyle, by nad tym pracować.

DLACZEGO PRZESTAŁAM CZYTAĆ BLOGI
Kiedyś pierwszym miejscem, w którym szukałam informacji przed zakupami był Wizaż i KWC. Z czasem przestałam ufać opiniom i nieocenione stały się właśnie blogi. Znałam dziewczyny z sieci, wiedziałam jaką mają skórę, oczekiwania i wierzyłam w ich recenzje. Wiedziałam, kiedy wpisy są sponsorowane, znałam marki i akcje marketingowe, w niektórych sama wzięłam udział. Niestety po pewnym czasie straciłam rozeznanie, a recenzji wynikających ze współpracy było coraz więcej. W pewnym momencie zaczęło mnie zniechęcać to, że dziewczyny w ciągu miesiąca testują i opisują jednocześnie kilka produktów, których rzetelna ocena wymaga systematyczności w stosowaniu. Ponadto, zapanowała moda na minimalizm i większość stron stała się pastelowa albo czarno-biała. Przestałam rozpoznawać autorki po stylistyce zdjęć bo wszystkie stały się łudząco do siebie podobne. W zasadzie równie dobrze mogłam otworzyć kobiece pismo i przeczytać dział uroda. Kiedyś spędzałam całe wieczory na bloglovin, później wystarczał mi instagram bo z treści i tak wiele nie wynikało. Ostatecznie i tu zrobiłam porządek, czyjeś codzienne dostawy kurierskie przestały mnie kręcić, nawet jeśli zdjęcia były starannie skomponowane, z kwiatami, świeczkami, świeżą kolorową gazetą albo innymi owocami :) Nie chcę generalizować ale blogosfera zaczęła przypominać mi kablówkę - musiałam przeklikać się przez setki kanałów z reklamami, żeby trafić na ciekawy i mądry program, bez moralizatorskiego tonu.

WISICIE MI KASĘ, BLOGERKI
Czar prysł jeszcze bardziej kiedy sięgnęłam po 'blogerskie' poradniki. Rady w stylu: musisz mieć czerwoną szminkę, cieliste szpilki, trencz i rurki a bez torebki Korsa nie jesteś prawdziwą kobietą zupełnie do mnie nie trafiały. Ubieraj się jak Francuzka, myj jak Koreanka, jedz jak Japonka, żyj jak Amerykanka - o co chodzi, że to jest tak popularne i reklamowane przez inne, dorosłe dziewczyny?! Czy ktoś zajrzał w ogóle do książki Love Style Life, która swego czasu była obowiązkowym elementem scenografii do zdjęć na instagramie, obok kubka z kawą i makaroników? Poważnie ktoś to przeczytał i poleca? Szkoda, że wydawnictwo nie przysyłało mi tych książek tylko kupowałam je sama ale jak mawiała babcia, za durnotę się płaci ;) Podobnie było z kosmetycznymi hitami, które miały odmienić moje życie. Ile wydałam pieniędzy na taki badziew wiem tylko ja. Muszę być sprawiedliwa - dzięki blogom odkryłam wiele perełek, do których stale wracam ale od pewnego czasu częściej trafiały mi się boleśnie drogie wpadki więc postanowiłam odszukać swoją czujność i znów zaufać intuicji i doświadczeniu.

MINIMALIZM 
Po pewnym czasie przestało mnie też kusić kupowanie produktów o tym samym zastosowaniu. Na półkach panował bałagan, kosmetyki w kufrze zaczynały się starzeć a ja miałam wrażenie, że nad tym nie panuję, ciągle kusiło mnie testowanie czegoś nowego, lepszego. W pewnym momencie trafiła do mnie idea kosmetycznego minimalizmu i pielęgnacji naturalnej. Odnalazłam swój styl w makijażu, zauważyłam, że służyła mi zasada: mniej ale lepiej. Przestałam kupować hurtowo 'hity do 10 zł'. W łazience zaczęły dominować kosmetyki o naturalnym, krótkim składzie i wszechstronnym zastosowaniu. Wcześniej w kufrze targałam wszystko, co miałam z kolorówki, na czym tracił mój kręgosłup, a i tak ciągle sięgałam po te same produkty. Zrobiłam generalne porządki, zrobiło się puściej ale miałam pod ręką same perełki, które nigdy mnie nie zawiodły. Może na klientkach robiło to mniejsze wrażenie niż pękające w szwach torby ale przynajmniej teraz nie ma miejsca na eksperymentowanie na żywym organizmie - mam tylko to, czego sama użyłabym w najważniejszym dla mnie dniu. Wszystko jest świeże i czyste a ja uzupełniam zapasy jedynie o to, co jest mi naprawdę potrzebne. 

ŻYCIOWA REWOLUCJA
Kiedy mój Mąż zaczął więcej czasu spędzać w domu (zamiast na morzu), zaczynało brakować czasu na pisanie bo większość dnia pochłaniała mi praca zawodowa i domowe obowiązki. Później zniknęłam z powodu przygotowań do ślubu, a za chwilę czeka mnie kolejna, ważna rola - rola mamy. Wiem, że jest mnóstwo blogerek, które godzą pisanie z macierzyńską codziennością i pozwala im to zachować zdrowy balans (super!) ale ja nie czuję takiej potrzeby. Nie chcę też zmieniać charakteru bloga z urodowego w lajfstajlowy, żeby dostawać paczki z wyprawką albo wrzucać setki zdjęć swojego maluszka, skoro on taki słodki i na pewno wszyscy inni też się zachwycą ;) Wybrałam inny cel - chcę moją energię i czas wolny skierować na wizaż, aby nie wypaść z obiegu przez urlop macierzyński i kontynuować swoją pasję. Nie mam o czym aktualnie pisać, bo moja ciążowa pielęgnacja i wyprawka córki jest naprawdę minimalistyczna i ogranicza się głównie do olejków. Makijażowe umiejętności rozwijam cały czas, choć do porodu został już niecały miesiąc. Udało mi się zgromadzić materiał do portfolio, który mnie satysfakcjonuje ale nie ma już na niego miejsca na blogu. Pracuję nad stworzeniem albumu z moimi realizacjami, który będzie online, ale już w zupełnie innej formie.

Nie znikam pod stertą pieluch i nie kasuję wszystkiego z wielkim fochem. Możecie tu śmiało grzebać, możliwe, że jeszcze kiedyś coś skrobnę na fali sentymentu - spędziłam na bloggerze wiele, wieeeele godzin i żal mi to usuwać jednym kliknięciem. Zamiast pustych butelek po żelach pod prysznic wolę jednak fotografować prawdziwe życie i bliskich mi ludzi, zamiast scrollować kolejne recenzje kosmetyków z Rossmanna (które już znam jak własną rodzinę :D) wolę doskonalić techniki makijażu i pracować nad kolejnymi zleceniami. Wciąż jestem online, przenoszę tylko swoją aktywność na instagram i tam serdecznie zapraszam.

* Kiedy powiedziałam mojej siostrze, że mam zamiar napisać tego posta, powiedziała: "o, to idę po popcorn, będzie gównoburza" :) Mam jednak nadzieję, że udało mi się wyjaśnić swoje podejście w sposób, który nikogo nie uraził. Odkąd założyłam bloga, nie pojawił się na nim ani jeden (!) hejterski komentarz za co bardzo dziękuję i co uważam za powód do radości i dumy! 
Wszelkie podobieństwo powyższego tekstu do wrednych uwag jest przypadkowe, wynika z durnowatego poczucia humoru albo hormonalnej huśtawki - zalecam dystans na przymrużonym oku  o ile ktoś to w ogóle jeszcze przeczyta ;) 

Buziaki! 
Ala 



czwartek, 31 marca 2016

Hity w zimowej pielęgnacji

Cześć :) Wiem, wyskoczyłam z tym wpisem kiedy z utęsknieniem czekamy na promienie słońca, ciepło i zieleń drzew ale póki co tegoroczna wiosna każe długo na siebie czekać, przynajmniej w Trójmieście. Wciąż jest zimno, szaro i wietrznie dlatego nie zrezygnowałam jeszcze ze swojej zimowej pielęgnacji.

Zima w Gdańsku przebiega raczej łagodnie - jest cieplej i bardziej wilgotno niż w innych częściach kraju ale nie zmienia to faktu, że sezon grzewczy, częste zmiany temperatur i wiatr nie służą skórze. Kiedy tylko robi się chłodniej, sięgam po konkretniejsze produkty, które nie tylko dbają o nawilżenie, ale też chronią cerę przed utratą wilgoci i wysuszeniem. Oto moi ulubieńcy ostatnich miesięcy.


SYLVECO - ODŻYWCZA POMADKA Z PEELINGIEM
To jeden z bestsellerów marki, znany chyba większości z Was. Świetny produkt, doskonały dla ust spierzchniętych i przesuszonych, zawiera samo dobro: olej sojowy, wosk pszczeli, olej z wiesiołka, cukier trzcinowy, lanolinę, masło kakaowe, masło karite, betulinę, wosk carnauba i olejek z gorzkich migdałów. Ma przyjemny słodki zapach i odpowiednią  konsystencję, drobinki cukru doskonale radzą sobie ze złuszczaniem suchego naskórka ale jest ich dużo i są dość ostre więc mogą podrażnić bardziej wrażliwych. U mnie pomadka sprawdziła się wyłącznie na noc, w ciągu dnia drażniły mnie drobinki cukru na ustach ale efekt wygładzenia jest fenomenalny. Posiadam wszystkie pomadki tej firmy ale ta jest jedyna w swoim rodzaju i na pewno sięgnę po nią ponownie, szczególnie, że cena jest bardzo niska.

MAŚĆ Z WITAMINĄ A
Tani produkt z apteki a działa cuda! Idealna na przesuszenia, podrażnienia, popękaną skórę. Działa jak opatrunek, błyskawicznie poprawia stan skóry, chroni i odżywia. Wiem, że niektórzy stosują ją na całą twarz, ja ograniczałam się punktowo: na piekące usta, przesuszony nos po katarze, przemarznięte dłonie, wszędzie tam, gdzie potrzebowałam natychmiastowego ratunku. Chwilowo ją odstawiłam (uwaga na retinoidy w ciąży, powinnyśmy ostrożnie używać kosmetyków z witaminą A) ale na pewno wrócę do niej w kolejnym sezonie. Za kilka złotych warto wypróbować.

BABYDREAM - KREM OCHRONNY PRZED WIATREM I ZIMNEM DLA DZIECI
Serii Babydream używałam na długo zanim myślałam w ogóle o macierzyństwie ale polubiłam ją na tyle, że pozostanę jej wierna jak już na świecie pojawi się Mała. Ten krem kupiłam z myślą o bardzo suchej skórze Męża ale sama zaczęłam go używać kiedy na zewnątrz było naprawdę zimno i wietrznie. Mam wrażenie, że nic tak nie otulało i chroniło mojej skóry przed utratą wilgoci jak ten kosmetyk za kilka złotych. Ma przyjemny, pudrowy, dziecięcy zapach i bogatą konsystencję - trzeba nieco cierpliwości by równo rozłożył się na skórze i wchłonął. U mnie sprawdził się pod makijaż ale musiałam odczekać nieco dłużej niż zwykle przed położeniem podkładu. Lubię warstwę, którą zostawia, daje mi poczucie komfortu i odżywienia ale posiadaczki cer tłustych mogą na to nieco narzekać. To póki co mój numer jeden na zimowe wyjścia i na pewno do niego wrócimy za rok.  

MINISTERSTWO DOBREGO MYDŁA - OLEJKI 
Tu na zdjęciu olejek z pestek śliwki i orzechów laskowych. Jeśli używacie olejków wiecie jak wszechstronne mają zastosowanie - używałam ich na zwilżoną twarz, dodawałam do kremów i maseczek, do całego ciała po kąpieli lub jako mix z balsamem, do stóp, do włosów, zarówno na całość jak i na same końcówki, do golenia, do paznokci, masażu itp. Moim ulubieńcem jest olejek z pestek śliwki o zapachu marcepanu choć przyznam, że intensywność obu stała się przez moment nie do zniesienia (uroku pierwszego trymestru ;)). Teraz już jestem mniej wrażliwa na zapachy i z radością do nich wracam. To jest zdecydowanie mój zimowy must have, odżywiają skórę, zapobiegają przesuszeniom, niwelują te już powstałe dosłownie w ciągu jednej nocy, dogłębnie nawilżają. Mają piękne, szklane buteleczki z dozownikiem, całkowicie naturalny skład i krótki termin przydatności do zużycia. Jeśli jeszcze nie znacie, gorąco polecam!  

L'OCCITANE - KREM DO CIAŁA Z MASŁEM SHEA 
W nawilżaniu suchej skóry moim ulubieńcem jest oliwka nałożona na mokre ciało po kąpieli ale lubię dodatkowo otulić się czymś jeszcze przed snem. W tej roli doskonale sprawdza się krem L'occitane, który ma lekką konsystencję musu / pianki a jednocześnie konkretnie nawilża i odżywia skórę, pozostawiając ją miękką i gładką. Bardzo lubię jego formułę, dzięki której łatwo i szybko się rozprowadza i wchłania, zostawiając przyjemny, otulający film. Dodatkowym plusem jest bardzo wygodne opakowanie w formie puszki. Zawiera 125 ml ale produkt jest bardzo, bardzo wydajny. Masło shea (10%) już na trzecim miejscu w składzie.

PLANETA ORGANICA - MYDŁO ALEPPO
Pamiętam, że kiedy dostałam pierwsze opakowanie na ubiegłoroczną gwiazdkę, nie bardzo wiedziałam co zrobić z tą czarną, smolistą pastą :) Od tamtej pory kupuję je regularnie i nie wracam już do drogeryjnych mydeł ani żeli. To jest idealny produkt jeśli szukacie czegoś, co dobrze oczyszcza skórę bez wysuszenia czy ściągnięcia. Używam go zarówno pod prysznic jak i do kąpieli, od czasu do czasu myjąc też włosy (koniecznie metodą kubeczkową) przez cały rok. Nie stosuję go jedynie na co dzień do twarzy choć zdarzyło mi się kilkakrotnie zmyć nim makijaż i też było okej. Uwielbiam jego bogaty skład (woda, potem same oleje, długo długo oleje, na szarym końcu kilka składników, które nie kończą się na oil ;)), żelowo-smarową gestą konsystencję, przyjemny choć trudny do określenia zapach i wygodne opakowanie. Polecam szukać promocji bo rozrzuty cenowe są ogromne, ja swoje kupuję za 32 złote (450ml) ale widziałam też za ponad 50. Mimo dość wysokiej ceny jak za mydło uważam, że warto bo jest bardzo, bardzo wydajne (używam mniej niż pół łyżeczki do umycia włosów i mniej niż łyżeczkę na całą wannę wody).


To moi zimowi ulubieńcy. Mimo, że uwielbiam działanie tych produktów chętnie odłożę je na półkę na przyszły rok. Czekam na lekkie formuły, orzeźwiające zapachy i pastelowe kolory. Wiosno, chodź! :) 

Dajcie znać jak wygląda Wasza zimowa pielęgnacja.
Buziaki, Ala 


czwartek, 17 marca 2016

Polecane i przereklamowane - makijaż

...czyli o tym, co czeka w papierowej torbie na opis na blogu i wyniesienie do śmieci ;) Inaczej: denko, pustaki, empties, kosmetyki, które wykończyłam więc daję sobie prawo do krótkiej recenzji, coby ochronić Was przed wydaniem niepotrzebnie kasy lub naciągnąć na jakiś totalny 'must have' :) Lecimy po kolei:


ESTEE LAUDER, DOUBLE WEAR CONCEALER
Miniaturka, którą kupiłam w Douglass w zestawie z kremem pod oczy i płaczę, że nie jest w regularnej sprzedaży bo oba produkty okazały się u mnie hitem. Ten korektor jest idealny do torebki albo podróżnej kosmetyczki, malutki ale bardzo wydajny. Początkowo obawiałam się, że odcień 02 Light Medium okaże się zbyt ciemny ale doskonale dopasowuje się do koloru cery. Pięknie pachnie, łatwo się aplikuje za pomocą pacynki (jak od błyszczyków), szybko wchłania i daje natychmiastowy efekt. Pięknie kryje zasinienia i zmęczenie, nie wysusza delikatnej skóry wokół oczu, nie gromadzi się w załamaniach skóry, nadaje się na powiekę jako baza pod cienie bo nie roluje się i nie zbiera. W skrócie, odkryłam swojego ulubieńca, tuż obok MAC Pro Longwear. Kupiłam już duże opakowanie ale nadal będę polować na miniaturkę - jeśli się pojawi w sprzedaży, koniecznie dajcie znać!

BENEFIT, HIGH BEAM
Rozświetlacz, który pokochałam nie tylko za efekt na skórze, ale także za małe opakowanie (4ml). Nie pamiętam skąd go mam ale apeluję do producentów - róbcie mniejsze buteleczki! Nie ma szans, żeby zużyć w terminie 6 miesięcy pełnowymiarowy produkt, o ile nie lubimy wysmarować się nim calusieńkie i świecić jak kula w wiejskiej dyskotece. Sam kosmetyk jest moim ulubieńcem w kategorii kremowej formuły. Pozostawia na skórze piękną, jednolitą taflę, bez migrujących drobinek, brokatu i innego obciachu. Mieszałam go z podkładem przy poszarzałej cerze, nabłyszczałam partie twarzy i dekolt, używałam do rozświetlenia kącików oczu i zawsze byłam zadowolona z efektu. Jako zamiennik kupiłam podróbę z Techniq i to nie jest, niestety, to samo.

LIERAC LUMINESCENCE SERUM
Nie pamiętam już skąd to mam ale pewnie znów od kogoś dostałam bo na opakowaniu doczytałam się not for sale  :) Nie używałam tego jako serum tylko jako rozświetlającą bazę pod makijaż i sprawdzało się super. Wyrównywało cerę, ujednolicało delikatnie koloryt, nadawało blasku a przy tym pięknie pachniało. Nie zauroczyło mnie (to serum :)) na tyle, żebym kupiła pełnowymiarowe opakowanie ale rozczarowania też nie było.

KRYOLAN CREAM LINER
Jeden z moich ukochanych linerów o kremowej formule. Gładki, idealny czarny (kolor ebony) i bardzo, bardzo trwały. Jeśli macie dobry pędzelek, wymalujecie nim najpiękniejszą kreskę na świecie. Świetnie się aplikuje, nie pęka, nie osypuje się ani nie rozmazuje, nie gromadzi w załamaniach skóry, ma wygodne, lekkie opakowanie. Niestety po jakimś czasie przysechł i trudniej się nim pracowało więc się z nim żegnam ale jeszcze nigdy nie udało mi się zużyć linera w słoiczku w całości. Pewnie mogłabym go podratować płynem Duraline ale kupiłam już zamiennik z Maybelline, który też jest bardzo dobry. Myślę jednak, że jeszcze kiedyś do niego wrócę bo naprawdę warto. 
 
URBAN DECAY PRIMER POTION
...czyli nic nowego, od trzech opakowań moja ukochana, najlepsza baza pod cienie. Oczywiście mam już kolejne opakowanie ale to podobało mi się szczególnie, bo nie miało tej durnej pacynki tylko mały otworek do wyciskania. Szkoda, że na opakowaniu nie jest to wyraźnie zaznaczone, następną kupiłam już w formie z aplikatorem, który strasznie mnie wkurza. Nie zmienia to faktu, że nie szukam innej bazy bo ta jest idealna. Jeśli chcecie zapobiec zbieraniu się cieni w załamaniu powieki, ułatwić sobie ich rozcieranie, podbić kolor cieni to to jest produkt doskonały. Kremowa, lekka, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Nie siadam do malowania oka bez tego kosmetyku i jeśli jeszcze go nie znacie, gorąco polecam! Mój must have w kuferku i toaletce.

DUO
Znany już chyba wszystkim klej, a na pewno tym, które chociaż raz w życiu przyklejały sztuczne rzęsy. Kolejny ulubieniec. Bardzo podoba mi się niewielka pojemność (7g), dzięki czemu bez żalu wyrzucam już naprawdę końcówkę. Najważniejsze jednak jest to, że klei na beton, nie ma opcji, żeby pasek rzęs odkleił się w trakcie imprezy albo pannie młodej spadły kępki do rosołu ;) Kupiłam już zamiennik tej samej firmy jednak wybrałam wersję szarą, która zastyga na czarno i tej już pozostanę wierna forever. Znacie coś lepszego? 

MAYBELLINE COLOR TATTOO
Kremowy cień w kolorze Permanent Taupe, którego używam nie jak normalny człowiek do powiek, tylko do brwi. Świetny, chłodny odcień szarego brązu, doskonale podkreśla linię brwi i utrwala je na wiele godzin. Nie potrzebuję już żelu ani innego zastygacza, żeby zaprowadzić tam porządek na cały dzień. Niestety nie udało mi się zużyć całego opakowania bo zawartość już mocno przyschła ale ze względu na niską cenę, bez żalu zamieniłam go na nowy słoiczek. Jedyne, co mi w nim przeszkadza to to, że jest dość ciężki i potrzebuję pędzelka, co w podróżach i ograniczaniu kosmetyków do minimum na spore znaczenie. Marzy mi się w ofercie formuła w kredce, ze szczoteczką na drugim końcu, w identycznym odcieniu - to by było rozwiązanie idealne :)

SMASHBOX PHOTO FINISH PRIMER
Mój absolutny hit, o którym już nie raz pisałam na blogu, bo to nie jest moje pierwsze opakowanie (ani nie ostatnie). Najlepsza baza, która wygładza skórę, matuje i przygotowuje pod podkład, doskonała do sesji zdjęciowych i makijaży okolicznościowych albo wtedy, kiedy zależy nam na trwałości bez poprawek w ciągu dnia. Ma doskonałą, aksamitną konsystencję, świetnie się rozprowadza i wchłania, ułatwia aplikację podkładu każdą techniką i sprawia, że wygląda on naprawdę dobrze. Jedyny minus to jej polska cena, polecam polować za granicą, pozwala to na spore oszczędności. Niestety w najbliższym czasie nigdzie się nie wybieram więc pewnie będę musiała zacisnąć zęby i nie patrzeć na rachunek ale muszę mieć ją w kuferku, inaczej nie maluję!

DERMACOL MAKEUP COVER
Ten produkt kupiłam wieku temu i nie wiem czy powinnam go opisywać bo nie używałam go już pewnie ze trzy lata albo i lepiej ;) Nadal ładnie pachnie, nadal ma dobry kolor ale nie mam odwagi położyć go na twarz ani sobie, ani tym bardziej komuś. Idzie do kosza ale towarzyszą mu raczej dobre wspomnienia - doskonałe krycie, przebogata gama kolorystyczna, niska cena, dość ciężka formuła ale do wypracowania. Jeśli w najbliższym czasie miałabym kamuflować tatuaże, pewnie bym o nim pomyślała w pierwszej kolejności. To na pewno kosmetyk do zadań specjalnych, żadne must have.
 
COVERGIRL LASH BLAST VOLUME
Tusz, którego pierwsze opakowanie przywlokłam podczas pierwszego pobytu w Stanach i za każdym kolejnym razem był w moich suwenirach. Łudząco podobny do False Lash Effect Max Factora ale dużo tańszy (ok. $6, dostępny w Walmartach, Walgreensach i innych CVSach, dosłownie wszędzie). Bardzo lubiłam jego wielką, silikonową szczotę, głęboką czerń i formułę, która doskonale trzymała się do demakijażu, bez osypywania się i rozmazywania. Rzęsy były uniesione, dobrze rozczesane, podgrubione i wydłużone. Nie wiem jednak czy coś się zmieniło w składzie czy mój amerykański zapał trochę ostygł ale od jakiegoś czasu już nie zachwyca tak jak zachwycał. Ostatnie sztuki, które przywiozłam ubiegłego lata leżą i czekają na swoją kolej. Tak czy siak, jeśli nie znacie, warto wypróbować chociaż raz.

SKIN79 BB CREAM / ORANGE
Zastanawiałam się czy jest sens wrzucać tu próbkę, która mi wystarczyła na dwie aplikacje ale ze względu na efekt uznałam, że jest :) Mini-saszetki dostałam przy zakupie pełnowymiarowego opakowania, które jak się okazało, było kolorystycznym strzałem w płot. Pomarańczowa wersja pasuje najlepiej do mojej karnacji dlatego już kupiłam większe opakowanie. To, co bardzo mi się podoba to wysoki filtr SPF50 (różowy i złoty mają tylko SPF30) i efekt, jaki daje na poszarzałej, zmęczonej skórze - cera wygląda jak po photoshopie - jest gładka, promienna, zdrowa a nie widać na niej śladu podkładu. Pisałam już wiele razy, że uwielbiam kremy BB tej marki ale ten jest póki co moim ulubieńcem. Chwilowo, ze względu na 'stan błogosławiony', używam go z umiarem bo nie potrafię rozszyfrować szlaczków w składzie ale latem na pewno będę po niego sięgać. 

Edit: Ta książka, którą wcisnęłam do zdjęcia... Jedyna OSTATNIA książka o stylu, której potrzebujesz. Moje największe rozczarowanie w kategorii 'rzeczy, które wszyscy pokazywali na blogach i ista, więc musiałam ją sobie kupić'. Tak mnie oszukać?! To najgorzej wydane pieniądze, oddajcie mi hajs, blogerki! :P Jeśli ciągle ją widujecie i macie ochotę kupić, bo ładnie wygląda na zdjęciach, mówię Wam - idźcie kupcie sobie szminkę albo dwie. Ładne obrazki można pooglądać na pintereście, czytanie treści to strata Waszego czasu. 

To tyle, zostawiam Was z tym postem i idę wynieść wreszcie te śmieci :) 
Dajcie znać czy znacie te kosmetyki albo zamienniki, których powinnam spróbować. 
Buziaki, 
Ala 

 

czwartek, 10 marca 2016

The Makeup Day i Beauty Forum - moje wrażenia

Zaczęłam pisać tego posta jeszcze w niedzielę, tuż po powrocie do Gdańska i zatytułowałam go 'wrażenia na świeżo' ale okazało się, że brak czasu zmusił mnie do przesunięcia publikacji, więc już tak świeżo wcale nie jest ;) Mimo to zdecydowałam się przygotować krótką relację dla tych z Was, które są ciekawe a nie mogły same się wybrać. 

Kiedy zobaczyłam informację, że obok targów Beauty Forum szykuje się prawdziwe święto wizażu, The Makeup Day organizowany przez Makeup Trendy, od razu miałam ochotę na udział ale ze względu na różne samopoczucie w ostatnich dniach, zwlekałam z zakupem wejściówki dosłownie do ostatniego dnia. Koszt był naprawdę niewielki (dwudniowy udział to zaledwie 32 złote) a nazwiska wizażystów, które sukcesywnie podawali organizatorzy naprawdę zachęcały. Postawiłam więc na pełną mobilizację, nastawiłam budzik na wczesną godzinę i wyjechałam do Warszawy w sobotę rano. 

Kiedy dotarłam na miejsce impreza już trwała w najlepsze a ilość zwiedzających wciąż rosła. Udałam się od razu na wykłady bo to był dla mnie najważniejszy punkt programu. Na scenie powoli kończył się pokaz Agaty Wyszomirskiej więc na dobre zaczęłam od prezentacji Marzeny Tarasiewicz z Makeupowni.  Marzena pokazała piękny, klasyczny makijaż ślubny w wersji glamour. Taki, jakie uwielbiam :)


Niestety tuż na wprost modelki operator ustawił statyw z kamerą, dzięki czemu na ekranie mogliśmy śledzić postępy prac ale mi osobiście to przeszkadzało w oglądaniu. Znacznie lepiej by było, gdyby chłopak stanął nieco dalej i ściągał obraz zoomem. Wiem, czepialska jestem :P

Następną prelekcję obejrzałam z dużym zaciekawieniem bo uwielbiam no makeup. Wystąpienie Ani Kołygi trochę się przedłużyło ale mieliśmy okazję dobrze poznać ofertę marki Kryolan i sposoby aplikacji produktów o różnych formułach przez profesjonalistów i szkoleniowców marki. Bardzo podobał mi się styl prezentacji, konkretny ale luźny i przesympatyczny.


Bardzo czekałam też na wykład Beaty Bojdy, która opowiedziała o tym jak przygotować profesjonalny edytorial. Trzykrotnie już wysyłałam zdjęcia swoich makijaży do magazynu Makeup Trendy i teraz już rozumiem dlaczego się nie udało zdobyć uznania redakcji. Beata uświadomiła mi, że zabierałam się za to od złej strony, i że nawet najbardziej staranny, precyzyjny i czysty makijaż nie wystarczy. Dla mnie była to jedna z najcenniejszych lekcji, jakie wyniosłam z całej imprezy i bardzo się cieszę, że tak doświadczeni wizażyści nie mają oporów przed dzieleniem się swoją wiedzą, doświadczeniem, wypracowanymi rozwiązaniami. To bardzo pomaga uwierzyć osobom początkującym, poprawić i zrozumieć błędy i podnieść poziom swoich prac.


Wykład Ewy Gil przyciągnął mnie na The Makeup Day jak magnes :) Jestem bardzo wdzięczna organizatorom, że umożliwili nam podpatrzenie jej pracy na żywo bo to nie zdarza się często. Cóż, nie rozczarowałam się. Byłam zachwycona osobowością Ewy, jej poczuciem humoru, luzem i niesamowitym talentem. W kilka chwil na scenie wyczarowała jeden z najpiękniejszych makijaży, jakie widziałam podczas imprezy. Była to propozycja na czerwony dywan, którą z powodzeniem mogłyby nosić największe gwiazdy na oskarowej gali. Miałam wrażenie, że efekt był wynikiem zaledwie kilku ruchów i wcale nie trzeba mieć pokaźnego zestawu pędzli, żeby makijaż wywołał zachwyt. Jedno życzenie spełnione, teraz czekam na warsztaty! (Ewa całkowicie mnie kupiła, kiedy podczas wspólnego zdjęcia na ściance zauważyła mój ciążowy brzuszek i zaczęła śpiewać do niego kołysankę :) Możecie zobaczyć zdjęcia na moim profilu na instagramie, szalona kobieta! :))


Po tym wystąpieniu postanowiłam zrobić szybką rundę po stoiskach, żeby zorientować się przynajmniej w wystawcach. Nie nastawiałam się na zakupy więc nie byłam mocno rozczarowana kiedy zobaczyłam olbrzymie kolejki do marek, które mnie najbardziej zainteresowały. Największym zaskoczeniem był dla mnie sklepik NYX, do którego wejścia czekało się nawet 2 godziny. Bardzo natomiast podobał mi się porządek dzięki Panu ochroniarzowi, który wpuszczał do środka pojedyncze osoby kiedy ktoś odchodził od kasy i odsyłał cierpliwie na koniec kolejki panny, którym nie chciało się czekać ze wszystkimi :) Bardzo miły gest spotkał mnie drugiego dnia od jednej z dziewczyn z NYX, która zobaczyła mój widoczny już brzucho i zaprosiła do wejścia bez kolejki. Nie skorzystałam bo wszystko szło sprawnie i już po chwili wyszłam z zakupami ale było to naprawdę sympatyczne. Podziwiam natomiast determinację dziewczyn, które nastawiły się na duże zakupy i cierpliwie czekały znosząc wpychanie się i poszturchiwanie łokciami, ja już się do tego nie nadaję ;) Trzeba jednak uczciwie przyznać - to były największe i najlepsze targi branżowe, na jakich do tej pory byłam i na pewno każdy mógł znaleźć coś dla siebie.

Wieczór był kolejną okazją do poznania osób, których makijażowy talent oglądam w sieci od dawna a to za sprawą rozstrzygnięcia konkursu Artysta Roku organizowanego przez Makeup Trendy. Nie zdziwiło mnie uznanie dla Kamili Patyny i Karoliny Matraszek, zasłużyły na te nagrody i bardzo się cieszę, bo mocno trzymałam kciuki podczas ogłaszania werdyktu!


Drugi dzień rozpoczęłam od pokazu makijażu podwodnego Izy Śmieszek - Dorn, którą miałam już wcześniej okazję poznać podczas szkolenia w warszawskiej siedzibie Kryolan i na egzaminie czeladniczym, który zdawałam w 2014 roku. Iza ma niesamowitą wiedzę, rady, które od niej wówczas dostałam stosuję w makijażu do dziś i naprawdę widzę ogromną różnicę. Byłam bardzo ciekawa jak przygotowuje modelki do sesji podwodnych i po jej prezentacji chylę nisko czoła bo nie zdawałam sobie sprawy z tego, jakie to trudne. Makijaż, poza tym, że musi być oczywiście wodoodporny, nie przyjmuje żadnych poprawek, musi być dobrze rozświetlony ze względu na brak lamp pod wodą i zdecydowanie różni się od innych, wykonywanych na sesje czy pokazy. To była bardzo cenna prelekcja i choć myślę, że nie wykorzystam tej wiedzy w najbliższym czasie, dobrze jest podejrzeć inne techniki i rozwiązania w makijażu.


Całkiem niedawno trafiłam na wywiad z Agnieszką Chełmońską i kiedy zobaczyłam, że w programie jest jej wystąpienie, bardzo się ucieszyłam, że będę mogła zobaczyć na żywo jej pracę. Agnieszka wykonała makijaż blokatowy, zrobiła to przy tym tak wdzięcznie, sprawnie i konkretnie, że byłam pod wielkim wrażeniem, bo ja bym pewnie przy czymś takim musiała sprzątać to, co by mi się osypało z powieki szufelką :) Widać ogromne doświadczenie, wprawę i pewną rękę, nawet w precyzyjnych elementach jak rysowanie kreski czy doklejanie kępek rzęs. Jednak co malarka, to malarka ;)


Po tej prelekcji postanowiłam znów trochę się rozprostować i przejść po stoiskach w oczekiwaniu na kolejne wykłady. Czekałam na wystąpienie Jasona Benetta i jakie było moje zaskoczenie kiedy przypadkowo zorientowałam się, że zostało ono przesunięte na wcześniejszą godzinę. Gdybym pojawiła się na imprezie specjalnie dla tego amerykańskiego artysty i okazałoby się, że znowu nastąpiła zmiana w programie, byłabym bardzo rozczarowana. Niestety nie dotrwałam do końca prezentacji bo miejsce stojące, ilość osób wokoło i zaduch zrobiły swoje - musiałam wyjść na świeże powietrze i już na imprezę nie wróciłam.


Podsumowując, to, do czego mogłabym się przyczepić to przede wszystkim rozbieżność między podanym wcześniej programem a tym, co się działo na scenie. Jeśli ktoś, tak jak ja, przyjechał z daleka głównie na wykłady, mógł się poczuć skołowany. Do dzikich tłumów nie mam pretensji bo to tylko oznacza, że branża rośnie w siłę i ludzi, których łączy wspólna pasja jest naprawdę wielu, a to jest super! Zaapelowałabym jedynie do producentów pędzli aby pakowali je bardziej higienicznie bo to, że wszystkie stały sobie na wierzchu i były beztrosko macane przez tłum zniechęciło mnie trochę do zakupów :) Zaskoczyło mnie też trochę to, że znane wizażystki nie używają jednorazowych szczoteczek do tuszowania rzęs i dmuchają w zapylone paletki albo pędzle. Wiem, mam na punkcie higieny pracy konkretny odchył i wiem, że ilość pracy nie zawsze pozwala, żeby oczyścić kuferek przed pokazem ale chwilami szeroko otwierałam oczy podobnie jak wtedy kiedy widziałam, że nie powinnam też aż tak bardzo przejmować się precyzją ;) Delikatne nierówności nie dla wszystkich stanowią problem, a ja bym pewnie z uporem maniaka poprawiała jednak ten ułamek milimetra tracąc cenny czas. 

To, co mnie absolutnie zachwyciło to mnogość marek, przebogata oferta w atrakcyjnych cenach, pokazy wizażu i charakteryzacji, które odbywały się non stop w wielu miejscach jednocześnie, olbrzymi talent niewiarygodnych ludzi i możliwość spotkania osób, których makijaże podziwiam od lat. Każdy ma swoich idoli, kogoś kto go nieustannie inspiruje - jedni kochają muzyków, inni aktorów, ja makijażystów :) Moje 'gwiazdy' okazały się normalne - sympatyczne, skromne, otwarte na kontakt, uśmiechnięte, motywujące, chętne do pokazania swojego warsztatu pracy, co nie zawsze jest takie oczywiste. Nie da się ukryć, to było prawdziwe święto makijażu!



Poznajecie osoby ze 'ścianki'? To oczywiście Marzena Tarasiewicz, Karolina Ziętek i Ewa Gil. I proszę wybaczyć, że się nie 'odstawiłam' na taką imprezę ale zauważcie - żadna z prelegentek nie wygląda, jakby prosto ze sceny miała iść do klubu ;) Co innego patrząc na niektóre zwiedzające - przy nich rzeczywiście wyglądałam, jakbym nigdy nie trzymała szminki w dłoni :P Pewnie niejedna pani ze stoiska też chętnie zrobiłaby ze mną porządek... Z drugiej strony taka różnorodność wiele też mówi - niby impreza dotyczyła makijażu a wszystkie wykorzystujemy i odbieramy go inaczej - i to jest bardzo okej :)

Bardzo się cieszę, że się zmobilizowałam i na pewno pojawię się za rok, licząc na więcej spotkań, więcej inspiracji i jeszcze więcej wspólnych zdjęć!

Ala


poniedziałek, 15 lutego 2016

Polecane i przereklamowane - pielęgnacja cery

Wracam dzisiaj z cyklem polecane i przereklamowane, czyli krótkimi recenzjami tego, czego używałam do pielęgnacji cery. To kosmetyki, które skończyłam w całości, więc czas na podsumowanie. 


URIAGE, WODA MICELARNA 
To produkt na bazie mojej ukochanej wody termalnej Uriage więc nie mogło się nie udać :) Kosmetyk wzbogacony jest ekstraktem z zielonego jabłka, który reguluje wydzielanie serum więc świetnie nadaje się dla osób z cerą tłustą lub mieszaną. Uwielbiam jego delikatny, świeży, rześki zapach. Woda zamknięta jest w dużej, solidnej butelce (500 ml), dozuje odpowiednią ilość płynu i jest bardzo wydajna. Delikatnie ale skutecznie oczyszcza skórę z makijażu i zanieczyszczeń, nie ściąga ani nie zostawia nieprzyjemnej warstwy. Używa się jej naprawdę komfortowo, jest hypoalegiczna. Z chęcią kupię inną wersję. Jeśli lubicie kosmetyki apteczne, bardzo polecam.

EMBRYOLISSE, KREM ODŻYWCZO NAWILŻAJĄCY
Widywałam wcześniej ten kosmetyk na wielu zdjęciach znanych wizażystów, na backstage'ach z pokazów mody czy sesji zdjęciowych i bardzo chciałam wypróbować. Na początek zamówiłam małą wersję, 30 ml ale już wiem, że kupię większą, bo krem okazał się moim odkryciem minionego roku w swojej kategorii. Byłam zaskoczona, że tak bardzo spodobał mi się produkt, który na drugim miejscu w składzie ma parafinę ale on działa na moją skórę niesamowicie - cera jest nawilżona, gładka, elastyczna i niezwykle miękka. Początkowo myślałam, że przez swoją leciutką konsystencję będzie lepszy na lato ale okazało się, że doskonale sprawdził się także w wymagającym sezonie zimowym. Zlikwidował suche miejsca wokół nosa już po pierwszym użyciu. Ogromnym plusem jest to, że idealnie nadaje się pod makijaż i do mieszania z podkładami. Szybko się wchłania i już po chwili można aplikować kolorowe kosmetyki. Jest delikatny, przyjemnie pachnie, jedyny minusem jest twarda tubka, z której ciężko wydostać końcówkę (nie jest plastikowa). Mimo to z chęcią kupię kolejne - jedną dla siebie i jedną do kufra. Swój pierwszy krem kupiłam online ale od jakiegoś czasu ma go też w ofercie Douglass, w identycznej cenie (42 zł/30ml). Produkt nie jest testowany na zwierzakach, polecam! :)

AURIGA,  SERUM FLAVO-C
Ten kosmetyk recenzowałam na blogu ostatnio więc w skrócie - opinie o nim są mocno podzielone, u mnie sprawdził się świetnie, zarówno solo jak  i w duecie z kremem. Wyraźnie rozjaśniał i wygładzał skórę, twarz rano była niesamowicie miękka i delikatna. Jeśli chcecie go wypróbować, teraz jest dobry moment, latem wymagana jest dodatkowa ochrona przed słońcem aby uniknąć przebarwień. Produkt ma specyficzny zapach, rzadką, wodnistą konsystencję i wygodny dozownik z pipetką. Dostaniecie go w aptekach, moim zdaniem warto wypróbować jeśli zmagacie się z poszarzałą, zmęczoną cerą wymagającą odżywienia. 

SYLVECO, LEKKI KREM NAGIETKOWY
Po przeciętnej przygodzie z wersją brzozową postanowiłam dać jeszcze szansę Sylveco i wybrałam kolejną wersję z serii. Okazała się lepsza od poprzedniej na tyle, że kupiłam następne opakowanie zanim to jeszcze sięgnęło dna. Krem jest rzeczywiście lekki, na tyle, że z powodzeniem używałam go rano pod makijaż bo błyskawicznie wchłaniał się do matu. Dobrze sprawdzał się także na noc, solo lub z kropelką olejku gdy miałam wyjątkowo suchą cerę na początku sezonu grzewczego. Na pewno ogromnym plusem jest przyjemny, naturalny skład, napakowany wartościowymi ekstraktami i olejami. Brak w nim konserwantów więc termin zużycia jest dość krótki. Nie jest też perfumowany ale wyczuwam w nim wyraźny intensywny zapach, który nie do końca przypadł mi do gustu ale ze względu na działanie, przymykam na to oko. Opakowanie jest lekkie, higieniczne i poręczne, pompka dozuje odpowiednią ilość kosmetyku. Sam krem ma aksamitną konsystencję, nie przelewa się przez palce ani nie jest gęsty, mazisty. Uważam, że za cenę ok 27 zł (50ml) trudno dostać coś lepszego o naturalnym składzie.

LA ROCHE - POSAY, ANTHELIOS AC 30 SPF
Pisałam już o nim na pewno na blogu bo to krem, który bardzo lubię i do którego stale będę wracała. Jest wodoodporny, fotostabilny, matujący i zapewnia wysoką ochronę (także przed promieniowaniem UVA). Ma bardzo wygodne, niewielkie i twarde opakowanie, które przeżyło już naprawdę wiele :) Konsystencja jest rzadka, lejąca i łatwa w aplikacji - jak na filtr krem wchłania się bardzo szybko, do całkowitego matu. Idealnie nadaje się pod makijaż. Bardzo lubię jego specyficzny zapach, który kojarzy mi się z wakacjami. W kategorii ochrony przeciwsłonecznej to zdecydowany ulubieniec.

GARNIER, PŁYN MOCELARNY 3 W 1 
Czy komuś jeszcze trzeba go przedstawiać? To jest mój absolutny numer 1 w demakijażu twarzy. Mimo, że w minionym roku odkryłam jeszcze dwa inne, bardzo dobre wody micelarne, ten jest najlepszym z najlepszych, na równi z różową Biodermą, którą przestałam kupować ze względu na różnicę w cenie. Jest idealny - delikatny ale szybki i skuteczny, radzi sobie z całym makijażem, nawet eyelinerem. Nie powoduje podrażnień, nie piecze w oczy, nie klei się. Można go kupić praktycznie wszędzie za kilkanaście złotych. Najlepszy, zawsze mam go w zapasie! 

SYLVECO, LIPOWY PŁYN MICELARNY 
Kupiłam go ze względu na internetowe zachwyty i u mnie sprawdził się równie dobrze. Na plus można na pewno zaliczyć naturalny skład, niewielką i poręczną butelkę z twardego plastiku, którą bez obaw można wrzucić do bagażu. Nie przypadł mi go gustu jego zapach ale rozumiem, że naturalne kosmetyki tak już mają :) Działanie za to zaskakująco skuteczne - nie noszę na co dzień ciężkiego makijażu ani wodoodpornego eyelinera ale moim zdaniem ten płyn radzi sobie równie skutecznie jak Bioderma czy właśnie Garnier - nie zauważyłam, żeby rozmazywał tusz, wszystko ładnie i szybko rozpuszcza. Warty uwagi, szczególnie jeśli cenicie naturalną pielęgnację i polskie marki. Cena śmiesznie niska w stosunku do jakości, na pewno jeszcze do niego wrócę.

ZIAJA, ŻEL MYJĄCY, LIŚCIE MANUKA
Kiedy ta seria weszła na rynek, było o niej niesamowicie głośno. Byłam nieco sceptyczna do pozytywnych recenzji w ramach współpracy z marką i samej Ziai właśnie bo od jakiegoś już czasu nie kupuję tych kosmetyków (widać nie jestem lokalną patriotką). Długo więc koło niej chodziłam ale ostatecznie postanowiłam się skusić i nie żałuję. Żel okazał się bardzo przyjemny i na tyle delikatny, że mogłam go z powodzeniem stosować codziennie, zarówno rano jak i wieczorem. Idealnie doczyszczał twarz z resztek makijażu (zawsze myję skórę, mimo wcześniej użytego płynu micelarnego, tylko tak czuję się domyta :)), nie powodował podrażnienia ani ściągnięcia, a tego trochę się obawiałam bo skórę mam normalną, zimą nawet miejscowo przesuszoną. Mimo, że to chyba jedyny kosmetyk z SLS, jaki miałam aktualnie w łazience, chyba jeszcze do niego wrócę bo bardzo przypadło mi do gustu uczucie świeżości i dokładnego oczyszczenia. Poza tym to jeden z nielicznych ostatnio zapachów, który nie powoduje u mnie mdłości, wręcz przeciwnie, bardzo go lubię.  Miła niespodzianka za cenę kilku złotych :)

URIAGE, WODA TERMALNA 
Nie wiem czy muszę tu coś dodawać, pisałam o niej zylion razy i wciąż ją uwielbiam. Mam ją zawsze przy sobie, nawet zimą. Lubię ją do tego stopnia, że gdyby policzyć wszystkie butelki, które mam w domu i kufrze, uzbierałaby się niezła kolekcja :) To drugi kosmetyk, który wzięłabym na bezludną wyspę choć pozornie to 'tylko' woda. Jeśli jeszcze nie znacie wartości tego dokładnie produktu, odsyłam do recenzji, albo najlepiej od razu do apteki - nie pożałujecie :) 

To tyle na dziś. Jak widzicie, nie trafiłam na nic przereklamowanego, tym razem sami ulubieńcy. To chyba efekt bardziej przemyślanych wyborów, filtrowania informacji i minimalizmu w kosmetyczce. Jakiś czas temu, pisząc aktywniej bloga, chciałam przetestować dosłownie wszystko. Teraz bardziej szanuję swój czas i organizm, staram się nie nacierać skóry czym popadnie. Im prostsza jest moja pielęgnacja, tym cera lepiej wygląda i o to chyba chodzi. Jeśli ktoś z Was będzie chciał przeczytać o tym więcej, dajcie znać, napiszę! 

Uściski,
Ala


sobota, 6 lutego 2016

Ministerstwo Dobrego Mydła: olejki

Nie wyobrażam już sobie mojej zimowej pielęgnacji bez olejów. W zasadzie nie tylko zimowej, pielęgnacji w ogóle ale wyraźnie czuję, że potrzebuję ich bardziej w sezonie grzewczym. Jeśli doświadczyłyście suchej, ściągniętej, łuszczącej się skóry, która wyraźnie reaguje na warunki pogodowe, na pewno wiecie jaką ulgę mogą przynieść oleje. Jakiś czas temu przestałam już szukać kosmetyków, które zawierają je w składzie, skupiłam się na nich w czystej postaci. Moim odkryciem minionego roku pod tym względem było zdecydowanie Ministerstwo Dobrego Mydła

W pierwszej kolejności zamówiłam olejki z pestek śliwki i malin i pierwszego używam do dziś (a zdążyłam już zrobić dwa kolejne zamówienia :)). Malinową wersję, ze względu na naturalny filtr UV, zostawiłam sobie na słoneczne dni. Później dokupiłam jeszcze orzechowy, który nie załapał się na zdjęcia ale na pewno na blogu jeszcze się pojawi :) 


Wspólnym mianownikiem wszystkich tych produktów jest dla mnie przede wszystkim zapach - obłędnie intensywny, 101% surowca. Malina pachnie jak malina prosto z krzaka, orzech jak świeżo rozłupany orzech a śliwka jak... marcepan. Nie umiem tego logicznie wytłumaczyć ale musicie wierzyć mi na słowo :) Początkowo te mocne wonie mnie zachwyciły, później zaczęły męczyć, aż do zupełnego odrzutu i separacji. Chwilowo używam niemal bezwonnych kosmetyków bo mój nos się mocno buntuje ale wiem, że to przejdzie i znów będę używać olejków z ogromną przyjemnością. Jeśli nie jesteście bardzo wrażliwe na zapachy, powinny przypaść Wam do gustu.

Głównym motorem do pierwszych zakupów była jednak świadomość, że produkty powstają w niewielkiej pracowni dwóch dziewczyn z niesamowitym poczuciem humoru, czytając ich wpisy na facebookowej stronie nie można ich nie polubić :) Kosmetyki są ręcznie wytwarzane i pięknie pakowane z niezwykłą starannością. Nie ma w nich nic zbędnego, żadnej chemii, konserwantów, 100% natury. To sprawia, że musimy zwrócić uwagę na datę ważności, jest krótsza w porównaniu do drogeryjnych produktów, do których jesteśmy przyzwyczajone.



Uwielbiam ich minimalistyczny design, kojarzą mi się ze starymi aptekami i naprawdę cieszą oko stojąc na półce, tym bardziej, że od dłuższego czasu pojawia się na niej coraz mniej kolorowych, plastikowych butelek.  Olejki nie wymagają specjalnej troski, ja trzymam swoje w łazience bez okna i nie stawiam w pobliżu źródła ciepła. Jeśli miałabym znaleźć ich słabszą stronę, byłby to dozownik ale wiem, że dziewczyny intensywnie pracują nad ulepszeniami. Zwróćcie na to uwagę przy zamówieniu - niektóre mają pompkę, a niektóre pipetkę. Ponadto zdarza im się, mimo bardzo starannego zabezpieczenia, przeciec nieznacznie w transporcie ale to drobna usterka, która często rekompensowana jest miłym gratisem - poniżej w postaci pysznego, ananasowego mydełka :)


Na koniec najważniejsze czyli zastosowanie. Wiele razy już pisałam, że kocham olejki za ich wszechstronne, uniwersalne działanie i gdybym miała zabrać jeden kosmetyk na bezludną wyspę, byłby to właśnie ten bo:

  • wspaniale nawilża i zmiękcza skórę, szczególnie w sezonie grzewczym i po kąpieli w twardej wodzie
  • pozostawia na skórze ochronny filtr, który zapobiega utracie wilgoci i zapewnia komfort na długi czas
  • można go używać solo, jedynie na zwilżoną skórę
  • ... lub dodać do kremów do twarzy, serum,glinek, masek do włosów i kremów do dłoni i stóp
  • ... lub do masażu (szczególnie orzechowy, niesamowicie odpręża i relaksuje!) 
  • ... lub do golenia i na podrażnienia,, po opalaniu
  • rewelacyjnie działa na włosy - zarówno na całą długość na noc jak i na same końcówki przed stylizacją (szczególnie malinowy) 
  • podczas manicure, do nawilżenia skórek wokół paznokci 
  • do ochrony skóry dla kobiet w ciąży

Aż trudno uwierzyć, że tyle dobra dostajemy za tak niewiele (ceny od 18 do 21 zł, w zależności od rodzaju i pojemności, w ofercie jeszcze olej kokosowy, szczegóły tutaj: KLIK).  Jeśli jeszcze nie znacie tych olejków to bardzo polecam spróbować! To zdecydowanie moje pielęgnacyjne odkrycie roku!

A co Wy odkryłyście w ostatnich miesiącach?
Ala


Post nie jest sponsorowany, olejki kupiłam sama. Chwalę bo lubię ;) Nie prowadzę żadnej współpracy z markami kosmetycznymi więc wszystko co się tu teraz pojawia jest moim wyborem i szczerymi wrażeniami :) 

poniedziałek, 1 lutego 2016

Wiosenne nowości - Zoeva Spectrum

Zoeva zyskuje u nas coraz większą popularność, a ja poza jednym pędzelkiem, nie miałam z nią do tej pory żadnego doświadczenia. Kiedy ukazały się nowości z serii Spectrum wiedziałam że to dobry moment na bliższe poznanie. Dodatkowo do zakupów pchnęła mnie ogromna tęsknota za wiosną i tak oto zostałam posiadaczką dwóch nowych paletek róży. Od razu zrobiło się jaśniej i ciepłej :) 

 
Zbyt krótko się znamy na pełną recenzję, dziś chciałam tylko zaprezentować Wam kolory i opakowania, które od pierwszej chwili zrobiły na mnie duże wrażenie. Wybrałam wersję pink i coral, bo potrzebowałam czegoś do zarówno do ciepłych jak i chłodniejszych odcieni skóry. Myślę, że te osiem kolorów z powodzeniem wystarczy. Niestety trudno mi w tak kapryśną pogodę uchwycić ich rzeczywiste kolory ale mam nadzieję, że jakoś się udało :) 

Bardzo podoba mi się opakowanie - paletka jest magnetyczna, niewielka ale bardzo solidna. Bez obaw wrzucę ją do kuferka albo torby. Prezentuje się minimalistycznie i elegancko. Producent dodatkowo zabezpieczył ją w folię i zewnętrzny kartonik. Swoje róże kupiłam w sklepie internetowym za 74 zł / szt. więc bardzo korzystnie cenowo.



Może w tym poście nie ma zbyt wielu konkretów ale miałam obsesyjną wręcz potrzebę czegoś wiosennego, kolorowego i ciepłego :) Zabieram się za testowanie! 

Uściski,
Ala

UA-49610063-1